Archive for Styczeń, 2012

Swoboda i obowiązki

Swobodę dzieci wyznacza stopień przyzwolenia rodziców na to, że­by ubierały się w to, co chcą, oglądały to, na co mają ochotę, mówiły to, co myślą, natomiast ich fizyczna wolność jest znacznie ograniczo­na. Skuteczni rodzice próbują przezwyciężyć ten stan nierównowagi, rozszerzając zakres fizycznej wolności swoich dzieci w taki sposób, aby nie narażać ich na niebezpieczeństwo. Potrafią również zminimalizo­wać skutki ograniczeń w sferze swobodnego poruszania się przez po­wierzanie im bardziej odpowiedzialnych zadań w domu. Obowiązki te mogą w pewnym stopniu stanowić źródło doświadczeń niezbędnych do prawidłowego rozwoju, których dziecku „przywiązanemu" do do­mu i samochodu brakuje.

Powierzanie dziecku odpowiedzialnych obowiązków jest częścią procesu, w którym rodzice zachęcają do dobrych zachowań i odwodzą od złych. Jeśli malec rysuje po ścianach i niszczy swój pokój, skutecz­ni rodzice mogą go za karę wysłać wcześnie do łóżka lub nałożyć po­dobną sankcję, ale większość preferuje odmienne rozwiązanie – wolą uczynić go odpowiedzialnym za odnowienie pokoju. Uważają, że jest to lepsze, niż odmowa kupna nowej tapety.

Pozwolić dzieciom być dziećmi

Straciłam już rachubę, ileż to razy słyszałam, że obecnie dzieciń­stwo trwa krócej, a dzieci są o wiele bardziej przemądrzale. Mam nie­co inne zdanie.

Dzieciństwo jest krótsze w tym sensie, że dzieci wcześniej dojrzewa­ją fizycznie. Dziewczynki, które zaczynają miesiączkować w wieku dziewięciu lat, mają całkiem inne przeżycia i potrzeby emocjonalne niż te, u których miesiączka pojawi się później.

Dzieciństwo natomiast jest dłuższe w tym znaczeniu, że młodzi lu­dzie długo są zależni finansowo od rodziców, co z reguły łączy się z uzależnieniem emocjonalnym i społecznym. Dzieci tylko wydają się być samodzielne, ale nie są. Bywa, iż jedenastoletnie panienki, którym nie wolno przejść bez opieki przez jezdnię, wprawia w zdumienie fakt, że ich matki z zażenowaniem rozmawiają o seksie.
Radzenie sobie z tymi skomplikowanymi zmianami, które następu­ją w dzieciństwie, jest bardzo ważną częścią efektywnego pełnienia funkcji rodzica. Dziesięcioletnia dziewczynka, która zaczęła miesiącz­kować i nosi swój pierwszy stanik, pod wieloma względami nadal jest dzieckiem. Przeżywa pierwsze erotyczne emocje, szaleńczo zakochuje się w bardzo nieciekawym, twoim zdaniem, piosenkarzu, ale czasami ma ochotę bawić się misiem. Twoją powinnością jako rodzica jest utwierdzenie córki w przekonaniu, że miłość do muzycznych idoli i za­bawa z misiem są tak samo ważne w tym okresie jej życia. Na nic zda­dzą się uwagi, że jest za młoda, by mieć chłopaka, czy za duża, żeby ba­wić się zabawkami.

„Przemądrzały" jest dziwnym określeniem. Niewiele trzeba, żeby przylgnęło do dziecka.

Słyszałam, jak mówiono tak o dzieciach, które nie chciały nosić bu­tów firmy Adidas tylko Nike. Te dzieci nie były przemądrzałe, one po prostu wiedziały, że są buty różnych marek i większe wrażenie zrobiły na nich reklamy firmy Nike. Wybór nie był związany z jakością obuwia czy jego ceną, raczej należałoby tu mówić o sztuce skutecznego rekla­mowania.

Uważa się dzieci za przemądrzałe, jeśli na przykład wiedzą więcej o seksie czy śmiercionośnej broni niż wiedzieli rodzice, kiedy byli w ich wieku. Są jednak dziedziny, które nieobce były ich rodzicom, a które pozostają tajemnicze. Dzieci są nadal dziećmi.
Skuteczni rodzice przybliżają dzieciom otaczający je świat. Udziela­ją odpowiedzi na trudne pytania dotyczące pieniędzy, marketingu, handlu i mnóstwa innych problemów.

Dziecko, które nie jest zainteresowane poznaniem ważnych struk­tur świata, a wie, że chce buty Nike a nie Adidas, jest po prostu dziec­kiem. Jego wiedza jest fragmentaryczna i niekompletna. Próbuje zło­żyć w sensowną całość pokawałkowane informacje, które do niego docierają, ale często mu się to nie udaje.

Wspólne działanie

Nie można być rodziną, jeśli nie spędza się razem czasu. Dla rozwo­dzących się rodziców jest to jedno z najbardziej bolesnych odkryć.
Zawsze, kiedy odbierasz córkę lub syna ze szkoły, masz specjal­ne spotkanie z nowym dzieckiem, a gdy się rozstajecie, żegnasz człowieka, którego już nigdy nie zobaczysz, ponieważ dzieci zmieniają się niezwykle szybko! Następnym razem on lub ona będą już całkiem inną osobą. Nawet wspólne oglądanie telewizji jest formą życia ro­dzinnego. Każda nudna, codzienna domowa czynność jest unikalną częścią różnorodnych doświadczeń, które tworzą życie dziecka. Wszystkie okazje do bycia razem i okazywania drugiemu miłości są czymś specjalnym.

 

Czytanie

Byłam zdumiona tym, jak wiele rodzin kontynuuje zwyczaj czytania bajki na dobranoc, mimo że ich dzieci od dawna mogłyby robić to sa­modzielnie. Potrzeba słuchania opowiadań nie jest potrzebą wyłącznie praktyczną, która zanika, gdy tylko dziecko opanuje sztukę czytania. Dopóki rodzice czytają, jest to rodzaj wspólnej aktywności. Nawet głę­boko skłócone rodziny jednoczą się przy czytaniu. Jest to jeden z naj­bardziej oczywistych i wygodnych sposobów zagłębiania się z dziec­kiem w świat fantazji. Mistyka czytania zajmuje centralne miejsce w dziecięcym życiu.

Współczesna autorka książek dla dzieci, Theresa Breslin, rozwija tezę o mistycznym charakterze czytania w jednej ze swych nowel.
Ojciec chłopca, głównego bohatera, jest analfabetą. Ukrywa fakt, że nie umie czytać i wymyśla synowi historie pasujące do obrazków w oglądanych książkach. Świat wyobraźni, w który wchodzą razem ojciec i syn, jest równie bogaty jak ten, który przynosi dziecku dru­kowane opowiadanie, ale ponieważ opiera się na oszustwie, jego czar pryska, gdy chłopiec odkrywa, że tata nie umie przeczytać ani słowa.

Rozmowy

W domach skutecznych rodziców dużo się rozmawia. Nawet jeśli ojciec czy matka w towarzystwie osób dorosłych są nieśmiali i wyco­fujący się, z dziećmi rozmawiają o wszystkim. Nie obawiają się przed­stawiania własnych poglądów, zachęcają dzieci do formułowania sa­modzielnych opinii i nie czują się dotknięci, jeśli pociechy mają inne zdanie. Przyznają, że nie mieli racji i nie obrażają się, gdy dzieci mó­wią, że to oni są w błędzie. Wymagają natomiast, żeby zwracano się do nich z szacunkiem.

Rodzice ci potrafią rozmawiać na wiele różnych sposobów. Nie trwają przy jednym podejściu: złości, besztaniu, uspokajaniu czy ja­kimkolwiek innym. Dbają o „jakość" rozmowy, na przykład, żeby nie przeklinać. Uczą umiejętności komunikowania się i tego, że dorośli zasługują na szacunek, ponieważ są dorosłymi.

Przede wszystkim jednak ci rodzice umieją słuchać własnych dzieci. Reagują na ich pragnienia i tęsknoty. Nie śmieją się z dziecka, jeśli użyło niewłaściwego słowa czy wyraziło się w zabawny sposób. Słucha­ją, co ma do powiedzenia. Niektórzy nawet zapisują owe wypowiedzi, ale nie dlatego, że są śmieszne czy szczególnie mądre, lecz dlatego, że odzwierciedlają, co naprawdę dziecko myśli.
Rodzice, którzy zwykle pracują poza domem, z reguły mają niewie­le czasu na rozmowy z dzieckiem, stąd idea czasu jakościowego. Za­chęca się rodziców, aby w swoim napiętym terminarzu obowiązków wygospodarowali minutowe bloki, poświęcając je całkowicie dziecku. Można na przykład wspólnie z dzieckiem robić wycinanki z kartonu czy modele. Idea ta powstała w oparciu o przekonanie, że jakość na­szej aktywności z dzieckiem znaczy więcej, niż czas na nią przezna­czony.

W prawdziwym życiu czas jakościowy rzadko bywa twórczy. Dzieci nie można włączać i wyłączać jak komputery, mogą nie wpasować się w nasze okienko przeznaczone na rozmowę. Jakość często niewiele ma wspólnego z samą aktywnością. Zdarzało mi się prowadzić wspa­niale konwersacje z dziećmi podczas rozczesywania włosów.

Szacunek

Skuteczni rodzice szanują prawa dzieci do fizycznej i duchowej pry­watności; pozwalają im sprawować kontrolę nad własnym ciałem i umysłem. Mają do nich zaufanie i nie instalują elektronicznych sys­temów podsłuchowych w ich sypialniach. Szanują swe pociechy jako osoby podejmujące samodzielne decyzje. I właśnie dlatego odmawia­ją pomocy, z wyjątkiem sytuacji zagrażających bezpieczeństwu.

Siedmioletni Paul był wściekły na kierowcę szkolnego autobusu, który zabronił chłopcom zajmowania miejsca na przodzie, ponieważ bardzo mu przeszkadzali. Paul argumentował, że nigdy nie brał udzia­łu w żartach kolegów i dlatego może siedzieć z przodu. Uważał, że nie zasłużył na karę wymierzoną źle zachowującym się chłopcom. Posta­nowił zaprotestować. Kiedy autokar nadjechał, Paul oświadczył, że ani on, ani jego koledzy – wszyscy, którzy dobrze się zachowywali – nie wsiądą, jeżeli nie będą mogli usiąść z przodu. Kierowca, jak można so­bie łatwo wyobrazić, nie przejął się groźbą i powiedział, żeby poszli do domu piechotą (mieli do przejścia około dwóch kilometrów).

Matka Paula, Breda, dowiedziawszy się o tym, powiedziała- Dobrze, jeśli chcesz wracać do domu pieszo, nie mam nic przeciwko temu. Przede wszystkim jednak uświadom sobie, że prawdopodobnie będziesz chodził sam, bo inni chłopcy na pewno wycofają się i jutro wsiądą do autobusu. Weź także pod uwagę, że nadchodzi zima i jeśli myślisz, że będę cię odwo­ziła i przywoziła tylko dlatego, że odmawiasz korzystania ze szkolnego transportu, to się mylisz.

Kiedy Breda opowiedziała mi tę historię, pomyślałam, że ja postą­piłabym inaczej. Pewnie następnego dnia obsztorcowałabym kierowcę za to, że pozwolił chłopcom wracać pieszo. Breda, matka o większym doświadczeniu niż ja, wiedziała, że postawa Paula nie miałaby warto­ści, gdyby nie zapłacił za nią – w tym wypadku tą ceną była niewygoda.

Sprawa zakończyła się kompromisowo. Następnego dnia odprowa­dziłam go do autobusu; syn po uprzedniej rozmowie ze mną poprosił, że­by chłopcy co drugi dzień mogli siadać z przodu. Natomiast ci przeszka­dzający przez tydzień będą zajmować miejsca z tyłu. Kierowcy podobało się takie rozwiązanie, a Paul miał poczucie, że umowa jest sprawiedliwa.

W tej historii nie ma nic nadzwyczajnego. Dzieciństwo to milion małych doświadczeń, które rozwijają malca, choć nie wszystkie muszą dotyczyć bojkotowania szkolnego autobusu. Skuteczni rodzice to tacy, którzy są otwarci na coraz bogatsze doświadczenie życiowe dziecka i pozwalają mu w pełni z niego korzystać.

Bycie rodzicem

Odkrycie, że jesteś rodzicem, było największym szokiem w twoim życiu. Szok mógł mieszać się z przyjemnością i podnieceniem lub ze strachem i paniką, mogłaś wyczekiwać na zostanie rodzicem, rodzi­cielstwo mogło cię też zaskoczyć.

Może nastąpiło to w momencie, kiedy uświadomiłaś sobie, że pra­gniesz spędzić resztę swojego życia z kimś, kto już miał dziecko lub dzieci i wtedy doznałaś olśnienia, że łącząc się z tą osobą, jednocześnie bierzesz na siebie obowiązki rodzica. Mogłaś również zostać rodzicem w powolnym, emocjonalnie wyczerpującym procesie adopcyjnym.

W jakikolwiek sposób to się stało, było dla ciebie szokiem, bowiem dla wielu ludzi ów fakt jest ostatnim, wciąż żywym rytuałem pasowa­nia na dorosłego.

Inne obrzędy wyblakły, straciły na znaczeniu wskutek erozji kon­wencji. Można uczyć się mając dwadzieścia kilka lat, a nawet w póź­niejszym wieku, jeśli się chce. Bycie nastolatkiem – pojęcie, które ma mniej niż sto lat – zaciera granicę przejścia od dzieciństwa do dorosło­ści.

Bogaty w wybory styl życia, jaki prowadzą ludzie niemający dzieci, nie jest dobrym przygotowaniem do bycia rodzicem. Przez mniej wię­cej trzydzieści lat zamożna, bezdzietna osoba podejmuje życiowe de­cyzje, kierując się własną wygodą, ambicją i przyjemnością. Tacy ludzie mają niewiele ograniczeń w wyborze sposobu życia. Nie muszą czuć się skrępowani przez społeczeństwo, naturę czy obyczaje rodzinne, gdy zastanawiają się, jakiej pracy szukać, z jakimi partnerami chodzić do łóżka, gdzie mieszkać, kiedy i z kim mieć dzieci. Coraz trudniej jest znaleźć w zachodnich społeczeństwach samotną, bezdzietną osobę, która by podejmowała ważną decyzję pod naciskiem rodziny czy ze względów religijnych. Wśród najbiedniejszych presja moralna jest bar­dziej widoczna, ale i tak czynniki ekonomiczne – brak wykształcenia, bezrobocie – silniej wpływają na ich życie.

Kiedy zostajemy rodzicami, wszystko się zmienia. Tracimy pozycję numer jeden, stajemy się numerem dwa. Jedno z rodziców czuje się zepchnięte na miejsce trzecie. Żaden podręcznik pielęgnacji niemow­ląt czy macierzyństwa nie przygotuje cię w pełni na szok, towarzyszą­cy zwykle temu odkryciu.

Osoba numer jeden jest maleńka, bezbronna i nieprzewidywalna. Może się obudzić i przeraźliwie płakać, właśnie gdy siądziesz coś zjeść lub położysz się zdrzemnąć. Od tej chwili swoboda to wspomnienie z przeszłości. Już nigdy bez uprzedniego zorganizowania opieki dla dziecka nie wyskoczysz do baru. Nie możesz pod wpływem impulsu narzucić kurtki i wyjść z domu, wrzucając klucze do kieszeni. Od teraz każde wyjście wymaga specjalnego przygotowania. Lista zajęć jest dłu­ga – zmiana pieluchy, założenie kombinezonu lub czapki od słońca, spakowanie torby, znalezienie butelki i smoczka, rozłożenie wózka, naszykowanie zabawek i… znowu zmiana pieluchy.

Stopniowo szok mija. Odkrywasz, że inni też mają niemowlęta i czują się podobnie jak ty. Współczujecie sobie i przywykacie do no­wej sytuacji. Jesteśmy na tym etapie – powiedział jeden z ojców dwój­ki maluchów – kiedy nowość już spowszedniała i wiemy, co nas czeka przez następnych dwadzieścia lat.

Obecnie – ponieważ nasze rodziny są z reguły mniejsze niż dawniej i rzadko dziadkowie oraz krewni, którzy mają dzieci nieco starsze od naszych, mieszkają w pobliżu – każdy kolejny etap wychowania jest niespodzianką. Dla wielu z nas dzieci to tajemnicze istoty, które cały czas odkrywamy. Jeśli chodzimy z dzieckiem na zajęcia, na przykład do jakiegoś klubu, spotykamy tam rodziców z maluchami w tym sa­mym wieku co nasze, ale nieliczni z nich są bardziej doświadczeni, ja­ko że tylko 25 procent rodzin ma więcej niż dwójkę potomstwa.

Większość młodych rodziców, których znam (prawdopodobnie tak samo jest w twoim wypadku), obraca się w kręgu przyjaciół, będących mniej więcej w tym samym wieku. Jeśli znajomi mają dzieci, na ogół są one rówieśnikami naszych pociech. Niewielu z nich ma starsze o więcej niż pięć lat, czyli mówiąc krótko, tylko kilka osób zna nas na tyle dobrze, żeby pozwolić sobie na uwagę: W ten sposób niczego nie osiągniesz, my próbowaliśmy tej metody przed laty, ale okazała się nie­skuteczna.

Obcy nastolatek raczej nie budzi zainteresowania. Przyglądamy się bacznie tylko dzieciom, które są mniej więcej w tym samym wieku co nasze. Zatem od ich rodziców nie nauczymy się wiele. I prawdopodob­nie popełnimy te same małe, głupie błędy, które wcześniej zrobili ro­dzice nieco starszych dzieci.

Nie chcę popełniać w wychowaniu ani małych, głupich błędów, ani wielkich. Dlatego opracowałam program samokształcenia. Wyszuki­wałam rodziców, którzy są w tym zawodzie – bowiem jest to zawód – dobrzy, których młodsze dzieci lub nastolatki nie tylko zachowują się nienagannie, ale także mają satysfakcjonujące i szczęśliwe życie. Dzięki znajomym poznałam rodziny, które w ich oczach uchodziły za wzorowe.

Nie wszystkie z nich były tak zwanymi przykładnymi rodzinami, składającymi się z rodziców i dwójki dzieci. Byli rodzice samotni po rozwodzie lub tacy, którzy pozostawali w wolnym związku. Znalazły się w tej grupie rodziny, mające dzieci z poprzednich małżeństw. Nie­którzy rodzice przeżywali trudności w relacjach między sobą. Skutecz­ni rodzice to wcale nie idealni rodzice, ale tacy, którzy potrafią najle­piej wykorzystać własne błędy.

Wypytywałam moich rozmówców o źródła ich sukcesów. Intere­sowało mnie, czego uczyli się stopniowo dopiero będąc rodzicami, a o czym nie wiedzieli wcześniej. Starałam się dociec, co sprawia, że są dobrymi rodzinami i dobrymi rodzicami.

Zauważyłam pewne wspólne cechy. We wszystkich rodzinach:
•        Odnoszono się do dzieci z szacunkiem.
•        Dużo rozmawiano z dziećmi.
•        Wiele prac wykonywano wspólnie z dziećmi.
•        Czytano dzieciom książki.
•        Pozwalano, by były dziećmi, a jednocześnie nakładano na nie obo­wiązki.
•        Zwracano szczególną uwagę na wszechstronny rozwój dziecka.
•        Często rezygnowano z czegoś na rzecz dzieci, ale owe wyrzeczenia nie stanowiły dla rodziców udręki.
•        Dzieci w tych rodzinach były źródłem radości; pozostawały pod kontrolą, ale jednocześnie zachowywały niezależność.

Bycie rodzicem wydaje się uciążliwym obowiązkiem, ale funkcję tę wypełnisz szybciej, niż się spodziewasz. Za siedem lat twój dzisiaj pię­cioletni malec nie będzie już małym dzieckiem. W niedługim czasie złoty okres w jego życiu będzie zakończony.