Archive for Styczeń, 2012

Alergie i astma: kurs współczesnego dzieciństwa

Statystycznie w każdej klasie w szkole podstawowej pól tuzina dzie­ci cierpi na alergię, nietolerancję lub nadwrażliwość jakiegoś rodzaju. Liczba rejestrowanych nowych przypadków alergii wzrasta aż o 5 pro­cent rocznie.

Alergia jest natychmiastową reakcją na substancję angażującą sys­tem immunologiczny organizmu. Nietolerancja albo nadwrażliwość na substancję powoduje schorzenia, takie jak migrena, zespól wrażliwego jelita, które nie są związane z systemem immunologicznym.

Choć wydaje się, że liczba alergii wzrasta, dane te należy rozpatry­wać w szerszej perspektywie. W czasach wiktoriańskich miasta były pełne biednych dzieci, stale drapiących się i pociągających nosem. Kto zatem może twierdzić, że poprzednie pokolenia nie cierpiały z powo­du rozmaitych alergii związanych z tamtym środowiskiem?

Podstawowymi typami alergii są astma i katar, alergie skórne, do których należą egzema, pokrzywka, obrzęk twarzy, ust i powiek, reak­cje na ukąszenia owadów, takich jak pszczoły i osy, oraz alergie na nie­które leki.

Reakcje alergiczne są bardzo różnorodne, od lekkiego zaczerwie­nienia skóry u osoby siedzącej na trawie do potencjalnie śmiertelnego szoku anafilaktycznego.

Przytacza się wiele interesujących powodów, które doprowadziły do tego, że ciągle wzrasta liczba osób cierpiących na alergie. Panuje po­wszechna opinia, że głównej przyczyny takiego stanu rzeczy należy upa­trywać w niektórych aspektach współczesnego życia, a szczególnie tych, dzięki którym żyje się nam przyjemnie i wygodnie. Wśród modnych obecnie teorii jest również taka, która wiąże alergie pokarmowe z cało­rocznym spożywaniem w dużych ilościach żywności, do której kiedyś do­stęp był ograniczony, bowiem warunkowany sezonowością. W rezultacie zmiana ta doprowadziła do przeciążenia systemu immunologicznego.

Wizyty domowe

Lekarze rodzinni są zdecydowanie wrogo nastawieni do dorosłych, którzy wzywają ich w środku nocy, żeby obejrzeć krostkę na nosie. Niewątpliwie chętniej odwiedzają dzieci, ale też są przypadki, kiedy rodzice zwracają się o pomoc, chociaż sami mogliby sobie zupełnie do­brze poradzić. Na przykład gdy dziecko ma wysoką gorączkę i halucy­nacje, doktor do wezwania odniesie się ze zrozumieniem, ale rodzic powinien przedtem sam podjąć konieczne kroki. Po pierwsze trzeba obniżyć temperaturę, podając środek przeciwgorączkowy w dawce i formie odpowiedniej do wieku dziecka. Należy również rozebrać je i zwilżyć tułów, pachwiny oraz pachy letnią (nie zimną) wodą. Konty­nuować schładzanie i uspokajająco przemawiać do dziecka. Jeśli po­mimo tych zabiegów temperatura nie spada, bez względu na porę we­zwać lekarza.
 


Twoja postawa wobec chorego dziecka

 

U czwartego dziecka Louise, Williama, wkrótce po urodzeniu rozpoznano fenyloketonurię. Jest to rzadka choroba. Organizm nie wytwarza enzymu koniecznego do rozkładu białka. Chłopiec musi przestrzegać specjalnej diety, od której wykluczone są wszelkie od­stępstwa. Każdy posiłek trzeba ważyć, nie może być w nim więcej, niż 2,2 grama białka. Mama piecze dla niego specjalny chleb i cia­sta. William nie może jeść żadnych słodyczy ani jakichkolwiek dzie­cięcych przysmaków. Sztuczny słodzik aspartam, który jest obecny w bardzo wielu produktach spożywczych z uwagi na olbrzymie zapo­trzebowanie na żywność i napoje bez cukru, jest dla niego trucizną. Z tego powodu trzeba dokładnie sprawdzać wszystkie etykietki na kupowanej żywności. Louise mówi:

Ucinamy natychmiast, jeśli ktoś mówi współczująco, w rodzaju „maty, biedny William". On wcale nie jest biedny, a wręcz odwrotnie, ma wielkie szczęście, że choroba zosta­ła rozpoznana, dzięki temu żyje. Do niedawna dzieci takie jak on umierały w okresie niemowlęcym. Otaczamy go miłością i serdeczno­ścią, ale nie pozwalamy, żeby użalał się nad sobą. Nigdy się nie uskar­ża. Najbardziej nienawidzi poczucia, że jest inny. Dlatego woli wrócić do domu głodny, niż marudzić w szkole, żeby mu dali coś innego na obiad. Jego choroba zmieniała nas wszystkich. Od czasu postawienia diagnozy trzy starsze siostry czują się za niego odpowiedzialne i są bar­dzo opiekuńcze. Szybko zrozumiały, co mu grozi – popełnienie błędu w diecie może spowodować poważne uszkodzenie mózgu – i otoczyły go opieką.

William nie jest rozpieszczonym synkiem, co z pewnością jest zasłu­gą rodziny. Jeśli dziecko ma jakąś słabą stronę, rodzice zwykle stają się nadopiekuńczy. To, które ciężko chorowało w niemowlęctwie, będzie zatrzymywane w domu z powodu zwykłego kaszlu. Później, jako ostat­niemu w klasie, będzie mu wolno samemu przejść przez jezdnię. Wil­liam jest raczej niezależnym, samodzielnym chłopcem z prowincji. Nie tylko przygotowuje śniadania i kontroluje dietę (do tego stopnia, że słodycze, które dostaje od nauczyciela w nagrodę za dobrą pracę, cho­wa i oddaje siostrom), ale także podczas wakacji znika na całe godzi­ny w okolicznych lasach, wspina się na drzewa i miewa przygody, któ­re by zaszokowały wielu rodziców z miasta.

Kiedy iść do lekarza, a kiedy zostać w domu

Pewna matka powiedziała mi:

Rodzice na początku nie mają do­świadczenia. Moja sześciomiesięczna córeczka bardzo w nocy płakała, a my nie wiedzieliśmy, co zrobić. W żaden sposób nie umieliśmy przerwać płaczu. Pomyśleliśmy, że musi być chora, więc nad ranem zdecydowali­śmy się jechać do miejscowego szpitala. Kiedy już wyszliśmy, mała nagle potężnie beknęła, przestała płakać i natychmiast zasnęła, a my wrócili­śmy do domu.

Wiele jest doskonałych poradników, niewątpliwie przydatnych na wypadek choroby, ale żaden z nich nie jest adresowany wyłącznie do twojego dziecka. Tutaj ty jesteś ekspertem. Gdy twoje dzieci osiągnęły wiek szkolny, prawdopodobnie przestałaś już biegać do lekarza z po­wodu kolki gazowej, a także wykształciłaś u siebie szósty zmysł, którym potrafisz rozpoznać, czy twoje dziecko potrzebuje pomocy medycznej, czy też cierpi na coś, co ustępuje z czasem łub pod wpływem okazywa­nej mu miłości. Żyjąc z dziećmi od urodzenia, poznałaś je bardzo do­brze, wiesz, co jest normalne, a jakie symptomy zwiastują coś złego.

Niektórzy skuteczni rodzice pozwalają dzieciom narzekającym na złe samopoczucie od czasu do czasu nie iść do szkoły. Jeśli jednak dziecko notorycznie uskarża się na niesprecyzowane złe samopoczu­cie, jest to równoznaczne z odmową chodzenia do szkoły i może być spowodowane niechęcią do przebywania w klasie lub zastraszeniem przez kolegów. Jeśli coś takiego podejrzewasz, nie trać czasu i poroz­mawiaj z nauczycielem.

Dzieci potrafią stosować uniki i subtelnie, ale przekonująco zgła­szać nam swoje kiepskie samopoczucie w rodzaju: Jakoś dziwnie, nie najlepiej się dzisiaj czuję. Wiedzą, że po takiej skardze pozwolisz zostać dzień w domu, jest to więc doskonały sposób na wymiganie się od szkoły i oglądanie w spokoju Ulicy Sezamkowej. Dziewięć razy na dzie­sięć dziecko poczuje się dobrze w godzinach przedpołudniowych, a tylko ten dziesiąty raz zadzwonią do ciebie ze szkoły, żebyś zabrała je do domu; sytuacja nieprzyjemna, ale warto raz do niej doprowadzić, po to, żeby w tych pozostałych dziewięciu przypadkach nie brać dnia wolnego na opiekę nad nie najlepiej się dzisiaj czującym dzieckiem.

Nauczyciele stosują delikatne, psychologiczne środki, żeby odróż­nić symulantów od prawdziwie chorych dzieci:

Jesli rzeczywiście tak źle się czujesz kochanie, lepiej odłóż ten czekoladowy batonik albo: Jeśli nie czujesz się na siłach, żeby ćwiczyć na WF-ie, na pewno nie masz siły na zabawę z kolegami, zostań więc w klasie w czasie przerwy.

Te same nauczycielskie triki możesz zastosować w domu, dając do zrozumienia, że „chory" będzie miał w domu ciepło i wygodnie, ale nie powinien liczyć na rozrywki i specjalne przyjemności. A więc żadnych smakołyków na obiad, nie ma mowy o wypożyczaniu superfilmów, ani przynoszeniu prezencików lub czasopism. Będzie miał za to zapewnio­ny odpoczynek w łóżku, dużo miłości i uwagi, a na nocnym stoliku dzbanek świeżej wody, słodycze jedynie w postaci syropów, a z rozry­wek kasetę z bajkami. W taki oto sposób powinnaś potraktować swo­je codziennie niedomagające dziecię.

Nim podejmiesz decyzję, czy dziecko powinno zostać w domu, mu­sisz rozstrzygnąć po pierwsze, czy jest w stanie się uczyć, i po drugie, czy nie będzie zarażać innych. Jeśli dziwnie się czuje, ale czyta książkę lub skacze na drabinkach, to znaczy, że czuje się wystarczająco dobrze, żeby się uczyć. Jeśli raz zwymiotowało, ale jest już w porządku, może się uczyć (gdy wymioty się powtarzają, konieczny jest lekarz). Dużo się nie nauczy, jeśli nie może jeść, więc inną generalną zasadą jest prze­trzymanie dziecka w domu przynajmniej jeden dzień, gdy gorączkuje, albo nie czuje się na siłach, żeby zjeść śniadanie, a poprzedniego wie­czoru tylko rozgrzebało kolację.

Jeśli dziecko obudzi się rano z kaszlem i katarem, ale bez gorączki, to raczej nie zaraża, a że prawdopodobnie połowa klasy ma podobne objawy, zostawienie go w domu nikogo nie uchroni przed infekcją. Jest natomiast wielce prawdopodobne, że roznosiło chorobę w dzień poprzedzający wystąpienie symptomów infekcji, a więc kiedy było w szkole. Poza tym, w większości przypadków kaszel i katar nasilają się rano.

Młodsze dzieci łapią lekkie infekcje średnio cztery razy w roku, więc jeśli za każdym razem zatrzymasz swoją pociechę przez tydzień w łóżku, straci miesiąc szkoły, a ponadto nabierze przekonania, że szkoła nie jest ważna. Nie jest okrucieństwem posyłanie do szkoły dziecka lekko niedysponowanego.

Ku ogólnemu zdziwieniu lekarze zalecają zatrzymanie w domu mal­ca z zapaleniem spojówek. Natomiast znaczna część rodziców posyła do szkoły dzieci mające załzawione, czerwone oczy, a trzyma w cieple pociechy, które mają suchy kaszel. Zapalenie spojówek nie jest zbyt dokuczliwe, ale za to bardzo zaraźliwe, więc łatwo przenosi się na in­nych uczniów. Dziecku należy wpuścić do oczu krople z antybiotykiem zaordynowane przez lekarza i zatrzymać w domu do czasu ustąpienia ropnej wydzieliny.

Dzieci, u których stwierdzono jedną z niżej wymienionych chorób, muszą być izolowane, zwłaszcza w okresie, kiedy ryzyko zarażenia jest szczególnie wysokie:

•        ODRA. Od pierwszych symptomów infekcji do czterech dni po ustąpieniu wysypki.

•        RÓŻYCZKA. Na siedem dni przed wystąpieniem wysypki, aż do czterech dni po jej ustąpieniu. Kobiety w ciąży, które miały kontakt z chorym dzieckiem, powinny być poinformowane.

•        OSPA WIETRZNA. Od pięciu dni przed pokazaniem się krostek do czasu, kiedy zaschną.

•        ŚWINKA. Od trzeciego dnia po powiększeniu się węzłów na szyi, aż do siódmego dnia po ich powrocie do normalnych rozmiarów.


•        LISZAJEC.
Infekcja skóry, która może powstać z egzemy lub ospy wietrznej.


•        GRZYBICA OBRĄCZKOWA.
Jeśli jest powyżej szyi.


•        ZAPALENIE OPON MÓZGOWYCH.
Początkowe objawy mo­gą być mylnie potraktowane jako symptomy zwykłej infekcji wiru­sowej.

 

Obok wysokiej temperatury (ale niekonieczne utrzymują­cej się na wysokim poziomie) pojawia się wysypka na tułowiu lub nogach, sztywność karku i światłowstręt (dziecko prosi o zgasze­nie światła). Sztywność karku sprawdzamy, prosząc dziecko, żeby usiadło i dotknęło czołem do kolan. Przy zapaleniu opon nie będzie się w stanie wychylić nawet na kilka centymetrów. Jeśli podejrze­wasz zapalenie opon, natychmiast wezwij lekarza, ale nie panikuj. Rokowania w chorobie są na ogół pomyślne. Zapalenie innych
gruczołów, na przykład migdałków, również może wywoływać sztywność karku.

Dzieci nie powinny chodzić do szkoły z zapaleniem oskrzeli, płuc, czerwonką, dyfterytem, zatruciem pokarmowym (listeria, salmonella), żółtaczką zakaźną, ostrym zapaleniem rogów przednich rdzenia, darem brzusznym czy kokluszem. O zwolnieniu dziecka z zajęć decydu­je lekarz. Gabinety lekarzy rodzinnych pełne są rozhukanych dzieci, które zostały przyprowadzone przez mamusie, zamartwiające się z po­wodu lekkiego kataru pociechy. To, co powiem, brzmi brutalnie, ale wesołe, ożywione dzieci nie potrzebują pomocy medycznej. Z drugiej strony, jeśli symptomy chorobowe nie ustąpiły w czasie przewidywa­nym przez lekarza, bez wahania należy wrócić do przychodni. Może się rozwinąć wtórna infekcja, która nie została rozpoznana podczas pierwszej wizyty.
Kiedy dziecko choruje, dręczą nas wątpliwości, czy aby na pewno nie jest to coś poważnego, co będzie, jeśli doktor pomylił się w diagnozie i nie rozpoznał rzadkiej, śmiertelnej choroby. Jest to strach całkowicie uzasadniony. Jedynym zabezpieczeniem przed złą diagnozą jest po­twierdzenie jej przez innych lekarzy. Jeśli twoje dziecko ma utrzymują­ce się objawy, które są niepokojące, a lekarz rodzinny nie potrafi w spo­sób zadowalający ich wyjaśnić, zasięgnij opinii innego specjalisty.
 

Urodzinowy poczęstunek

Małe dzieci na przyjęciach są zbyt podniecone, żeby jeść, dopiero po ukończeniu piątego, szóstego roku życia zaczyna to się zmieniać. Niemniej wielu rodziców uparcie zastawia stoły słodkościami, podczas gdy dzieci preferują wytrawne przekąski: chipsy, kiełbaski, pizze po­krojone w rozmaite kształty.

Jest wiele ciekawych książek kucharskich, z których możesz się do­wiedzieć, w jaki sposób zrobić kornwalijski placek w kształcie rakiety lub innego przedmiotu. Jeśli jednak chcesz spędzić dzień na rzeźbieniu ciast, rób to dla własnej przyjemności, bo jak pokazuje moje doświad­czenie, niewiele dzieci pomyśli o tym, żeby ci podziękować. Ważne jest, aby poczęstunek smakował osobom o różnych gustach i upodobaniach. Przygotuj zarówno napoje gazowane, jak i bez gazu, proste kanapki i wyszukane, zwykłe herbatniki oraz domowe wykwintne ciasta i cias­teczka.


Nocleg u przyjaciół

Jocasta uważa, że przyjaciele są wykorzystywani jako broń, dzięki której twoje własne dzieci wymuszają późne chodzenie spać, kupowa­nie mnóstwa słodyczy i gier elektronicznych. Koledzy i koleżanki rów­nież są inicjatorami imprez z noclegiem, nowej formy rozrywki współ­czesnych dzieciaków.

Mówi Rupa:

Moja dziewięcioletnia córka została zaproszona na przy­jęcie z noclegiem przez dziewczynkę z jej klasy. Nie wiem, dlaczego mówi się o nocowaniu, skoro snu tam niewiele. Nie bardzo podobał mi się ten pomysł, ale córka jest jedyną Azjatką w klasie, więc nie chciałam, żeby dzieci, a może i ich rodzice wytykali nam, że my Azjaci krótko trzymamy swoje dzieci. Teraz żałuję, że pozwoliłam jej pójść. Dzieciaki obejrzały wtedy w sumie pięć filmów na wideo, w tym dwa horrory. Jaka matka po­zwoliłaby na to w swoim domu? Moja córka pierwszy raz w życiu widzia­ła wtedy tego rodzaju filmy i podejrzanie powściągliwie opowiadała o tym wydarzeniu. Przez resztę weekendu była w złym humorze, oczywiście z po­wodu niewyspania.

Jeśli twoje dziecko chce pójść do domu przyjaciela, powinnaś sta­nowczo wypytać, kto jest odpowiedzialny za imprezę, czy dzieci będą oglądać filmy na wideo, a jeśli tak, to jakie.

Nocowanie u przyjaciela dlatego jest uważane za wielką przyjem­ność, że można iść spać bardzo późno, a to samo w sobie jest niezwy­kle frapujące. Jeśli dzieci nie chodzą zwykle wcześnie spać, mniej so­bie cenią noce u znajomych. Żeby zminimalizować uboczne skutki takich spotkań, nie pozwól na zarywanie nocy poprzedzających dni szkolne. Możesz też domagać się zgaszenia światła o określonej porze bez szkody dla przebiegu imprezy, ponieważ dzieci potrafią chichotać godzinami w ciemnościach.

Około dziewiątego roku życia, a może wcześniej, dzieci (popierane niekiedy przez dorosłych) będą naciskały, żeby w wieczory, kiedy ro­dzice wychodzą z domu, mógł odwiedzić je przyjaciel. Nie jest to do­bre rozwiązanie, ponieważ jeśli zdarzy się poważny wypadek, rodzice dziecka gospodarza będą odpowiedzialni za pozostawienie obcego dziecka bez opieki. Uczucie bardzo przykre, nie mówiąc o tym, że w wypadku może ucierpieć i własne dziecko.

Niemniej nadejdzie taki dzień, kiedy twoje nastoletnie dziecko bę­dzie chciało zostać z przyjacielem pod twoją nieobecność. To właśnie wtedy rodzice zaczynają się wymieniać pełnymi grozy opowieściami o zdemolowanych mieszkaniach, pustych butelkach po ginie i wymio­cinach na dywanach. Jeśli twoje dziecko w wieku jedenastu czy dwu­nastu lat będzie miało za sobą pierwsze doświadczenia bycia odpowie­dzialnym za dom, może nie przez cały wieczór, ale przez jakiś krótszy czas, wtedy ekscytacja „wolną chatą" w wieku powiedzmy trzynastu czy czternastu lat będzie mniej toksyczna.

Gry i konkursy na dziecięce przyjęcie

Zaplanuj różnorodne zabawy, konkursy parami, drużynami dobie­ranymi losowo lub przez ciebie (nie pozwól dzieciom dobierać się sa­mym z uwagi na dziecko, które zawsze wybierane jest jako ostatnie), gry, w których wszyscy siadają w kółku i takie, w których jest dużo ska­kania oraz ciche dla trochę starszych, z gatunku „papier i ołówek".

Poniżej podaję gry, które przez skutecznych rodziców zostały uzna­ne za najbardziej popularne.

•        KOCIA KOŁYSKA. Zabawa dla małej grupy dzieci od sześciu lat wzwyż, w domu o niewielkiej powierzchni. Przygotuj dla każdego dziecka innego koloru kłębek włóczki. Jeden jej koniec przytwierdź do jakiegoś sprzętu, a następnie rozwijaj dookoła domu, krzyżując przy tym i plącząc z innego koloru nitkami. Twoje mieszkanie za­cznie przypominać pajęczynę. W miejscach kluczowych umieść coś ciekawego, jakąś niespodziankę. Każde przybywające dziecko do­staje wolny koniec włóczki i ma zwinąć kłębek. Za wykonanie zada­nia – oczywiście nagroda.

•        CZEKOLADOWY WYŚCIG. To stara, ale atrakcyjna zabawa, ja uwielbiałam ją jako dziecko, ponieważ, jeśli dopisze szczęście, można się najeść dużo czekolady. Upewnij się wcześniej, czy któreś dziecko nie ma cukrzycy lub z innego powodu nie może jeść czeko­lady. Najlepiej bawić się w to po poczęstunku. Dzieci siadają do­okoła talerza, na którym leżą: największa z dostępnych w sklepie tabliczka czekolady, nóż i widelec (im bardziej natłuszczane i po­wyginane, tym lepiej) oraz kapelusz, rękawiczki i inne zupełnie niedorzeczne rekwizyty do przebierania się, na przykład peruka, sztuczny nos. Bardzo ważne są rękawiczki. Każde dziecko rzuca parą kostek i kto pierwszy wyrzuci dwie szóstki, musi się przebrać i zjeść tyle czekolady, ile zdoła, posługując się tylko nożem, którym odcina kawałek po kawałku, i widelcem. Kto złamie zasady, wraca do koła. I znów rzuty kostkami do czasu wyrzucenia dwóch szóstek, po czym kolejna osoba zakłada rękawiczki i przystępuje do pała­szowania czekolady. W tej zabawie nie ma zwycięzcy, ale i tak wy­wołuje ona niewiarygodne emocje.

•        INNE GRY DRUŻYNOWE. Można utworzyć duże drużyny i zor­ganizować wyścigi sztafetowe albo zabawy, polegające na przeka­zywaniu sobie różnych przedmiotów, np. pomarańczy podawanej z ręki do ręki za plecami, piłki tenisowej umieszczonej pomiędzy łokciem jednego dziecka i zębami drugiego, monety przerzucanej z dłoni do dłoni.

•        WYŁAWIANIE JABŁEK. Nie widzę powodu, dla którego ta wciąż nietracąca popularności zabawa miałaby być wykorzystywana wyłącz­nie na przyjęciach z okazji Halloween. Ja osobiście nienawidzę tych imprez z powodu kiczowatego epatowania horrorem. Do tej zabawy dla każdego dziecka potrzebujesz wiadro wody i jabłko. Dziecko, nim zasiądzie do poczęstunku, musi zębami wyłowić jabłko z wody.

•        MUMIE Z PAPIERU TOALETOWEGO. Zależnie od tego, ile masz rolek papieru toaletowego, można się bawić parami lub dru­żynami. Jedno dziecko stoi nieruchomo, a inne lub inni zawijają je jak mumię egipską. Wygra pierwszy zawinięty. Na jedną mumię przeznacz przynajmniej dwie rolki papieru i zadbaj o uwolnienie delikwenta po zabawie.

•        SZARADY. Raczej nie nadaje się na wielkie przyjęcia, ponieważ trzeba dużo siedzieć, ale małe grupy, począwszy od sześciu lat, mo­gą się bawić, pod warunkiem że pokażesz im jak. Zacznij od odgry­wania zwierząt, przedmiotów i prostych czynności. Potem przejdź do odgadywania z pokazywanych scenek tytułów książek, progra­mów telewizyjnych znanych wszystkim, następnie demonstrujcie wybrane przysłówki – złośliwie, ślicznie, mocno itp. Możesz dać każdemu dziecku karteczkę z hasłem zabawnej scenki – strzyżenie dinozaura, układanie goryla do łóżka – którą musi przedstawić. Je­śli trafi się starsze naburmuszone i znudzone rodzeństwo, daj im szansę i poproś o wymyślenie kolejnych tematów scenek.

•        POSZUKIWANIE SKARBÓW. Do tej zabawy potrzebne są prze­strzeń, umiejętność czytania na jako takim poziomie, a także bar­dzo dużo przygotowań. Zapewne dlatego rodzice często angażują starsze rodzeństwo do zorganizowania tej zabawy młodszym. Waż­ne jest, aby bystre, przebojowe dzieci nie zdominowały gry, więc je­śli zdecydowałaś się na wariant, w którym muszą postępować zgod­nie z instrukcją i odkrywać kolejne wskazówki naprowadzające je na trop, powinny mieć imienne koperty z różnymi trasami. W każ­dej kopercie umieść przedmiot – skarb, cukierek i wskazówkę. Nie zapominaj o zabawie, więc jeśli nawet wyprowadzasz gości z domu do ogrodu, żeby pograli w piłkę, doprowadź do końca poszukiwa­nie skarbów.

• TRADYCYJNE GRY. Nigdy nie lekceważ uroku takich gier jak padanie, zastyganie w pozie, zajmowanie krzesła w momencie, w którym ucichnie muzyka. A jeśli bal odbywa się w ogrodzie, nie zapominaj o klasycznych wyścigach – wyścig na „trzech nogach", bieg z jajkiem lub ziemniakiem na łyżce, wyścigi w workach. Mo­żesz mieć trudności w znalezieniu odpowiednich worków, ale jeśli dzieciaki będą miały ochotę na zabawę, ekstra mocne worki na śmieci całkiem dobrze je zastąpią.

Gry i konkursy, czy raczej impreza poza domem?

Zdaniem Kirstie:

Można zapomnieć o organizowaniu konkursów dla chłopców powyżej sześciu lat. Dziewczynki natomiast cieszą się nimi dłu­żej i wiele pseudowyrafinowanych dziesięcio- lub jedenastoletnich panie­nek uwielbia hałaśliwą zabawę „czekoladowy wyścig" albo grę polegają­cą na podawaniu sobie pomarańczy bez używania rąk. Gry i zabawy na przyjęciu dostarczają dzieciom więcej radości, niż udawanie nastolatków i tańce w rytm młodzieżowej muzyki, ale nie ma powodu, by im o tym mówić, same się muszą przekonać.

Po ukończeniu przez dziecko sześciu czy siedmiu lat sama praw­dopodobnie zrezygnujesz z tradycyjnych przyjęć na rzecz imprez o określonym charakterze, urządzanych w miejscowym centrum sportowym, np. przyjęcie futbolowe, pływackie, łyżwiarskie; rodzaj zależy od tego, co oferuje ośrodek. Zapraszaj małą liczbę dzieci. Ty­le, żeby stworzyć dwie drużyny do gry. Pewnym mankamentem im­prez sportowych (zawsze najpierw powinna być część sportowa, że­by zmęczeni i głodni zasiedli do poczęstunku) jest to, że mamy ochotę zaprosić tylko dzieci o podobnym zacięciu i poziomie umie­jętności sportowych. Jeśli więc nie będziesz dostatecznie uważna, możesz na przykład całkiem niechcący wyłączyć z urodzin jedyne w klasie dziecko niepełnosprawne. Mając dość miejsca, zaproś ko­niecznie kilkoro dzieci, które tworzą swoją własną podgrupę. Listę gości ustalaj razem z dzieckiem i jemu przyznaj ostateczne słowo i prawo weta.

Mówi Brenda, matka pięciorga dzieci:

Łaskawość polega na tym, że przekonuje się do czegoś dzieci, a nie zmusza na siłę. One powinny same, z własnej inicjatywy, na przykład zaprosić na swoje urodziny dziecko nieszczęśliwe i samotne. W tym względzie wiele zależy od tego, jak rozwija się twoja relacja z dzieckiem. Moja ośmioletnia córka pla­nowała urodzinowe przyjęcie i ja zasugerowałam, żeby zaprosiła ze swo­jej klasy dziewczynkę z zespołem Downa. Córka przytaknęła, a ja doda­łam, że wspomniałam jej o Jane, bo myślałam, że zapomniała. Gdyby zareagowała inaczej, spytałabym, czy uważa, że Jane popsułaby jej przy­jęcie. Musiałabym dołożyć wiele starań, żeby dowiedzieć się, co rzeczy­wiście córka myśli o Jane. W końcu to są jej urodziny, a nie moje, i to ona ma prawo zaprosić gości, których chce, a nie tych wybranych prze­ze mnie.

Nieurodzinowe prezenty

W niektórych rodzinach utarł się obyczaj obdarowywania w dniu urodzin nie tylko jubilata, ale i rodzeństwa, ponieważ mylnie wydaje im się, że tak jest bardziej sprawiedliwie. Jeśli i ty podzielałaś to prze­konanie, zrewiduj je już teraz. Takim postępowaniem utwierdzasz w dzieciach wiarę, że świat będzie obsypywał je cudownymi podarka­mi, kiedykolwiek o nie poproszą. A przecież na jakimś etapie twoje dziecko musi zrozumieć, że urodziny są raz w roku.


Torby z prezencikami

Maluchy poniżej ósmego roku życia przyzwyczajone są, że z urodzi­nowych przyjęć wracają do domu nie tylko z balonem czy tubką cze­koladowych drażetek, ale z małymi torbami wypakowanymi słodycza­mi i natychmiast psującymi się zabawkami. Jeśli tylko jedno dziecko zapoczątkuje ten proceder, inne uznają go za normę i będą zawiedzio­ne, gdy na balu nie zdobędą worka fantów. W rezultacie mamy do czy­nienia z nadmiarem prezentów, których koszt wynosi kilka funtów na głowę.

Wystarczy jeden rodzic, żeby zaprzestać takiej praktyki. Mówi Ka- tya:


Przed przyjęciem urodzinowym z okazji ósmych urodzin córki zebra­łam się w sobie i zapytałam, czy rzeczywiście chce mieć więcej tych kosz­marnych plastikowych gadżetów, czy naprawdę chce mieć jeszcze więcej elementów połamanych przedmiotów i czy nie lepiej by było, gdybyśmy przygotowały gościom po jednym małym drobiazgu. Znalazłyśmy na po­bliskim bazarku śliczne latawce w kształcie motyli w cenie około funta za sztukę i dałyśmy po jednym każdemu dziecku, dołączając tubkę czekola­dowych drażetek.

Nadal jest to spory wydatek, ale Katya zauważyła, że wydała najwyżej jedną trzecią tego, co wydały inne znajome matki na zabawki-śmiecie.

Podziękowanie za urodzinowe zaproszenie nie jest wyrazem miesz­czańskiej hipokryzji, ma znaczenie zasadnicze. Jedna ze skutecznych matek poucza swoje dziecko, że wychodząc z urodzin, nie wystarczy wymamrotać „dziękuję", wybiegając na zewnątrz, ale należy popatrzeć w twarz dorosłego tak uważnie, żeby po powrocie do domu móc po­wiedzieć, jakiego koloru oczy miał gospodarz.

Urodziny i przyjęcia

Bratowa, kiedy zabierała z przyjęcia siedmioletniego synka, spytała gospodynię, czy wszystko było w porządku. W odpowiedzi usłyszała, że nie bardzo, bo chłopcy naśmiewali się z czarodzieja.

Bratowa i ja zgodziłyśmy się, że gdybyśmy miały dość odwagi, prze­rwałybyśmy pokaz ze słowami:

Moi złoci, jesteście tak niegrzeczni, że profesor Fancypants spakuje już teraz swoje rzeczy i opuści was. Dzwonię po rodziców, żeby was zabrali, a dzieci, których rodziców nie zastanę, bę­dą tu siedzieć i czekać.

Oczywiście to czysta fantazja. Po pierwsze, nikt nie zdobędzie się na to, żeby zapłacić artyście tylko za połowę pokazu, a po drugie, trzeba niezwykłej odwagi, żeby w takiej sytuacji nadzorować (co najmniej go­dzinę) tuzin siedmioletnich chłopców. Ale gdyby było nas stać na re­alizowanie ostrego kursu, życie byłoby odrobinę przyjemniejsze dla wszystkich naszych znajomych, a już z pewnością dla czarodziejów.

Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby urządzać dzieciom przy­jęcia, jeśli one nie wykazują zainteresowania i wcale im na tym nie zależy. Niepotrzebne są im urodzinowe bale. Na wiele innych, mniej kłopotliwych dla ciebie sposobów, można im sprawić przyjemność. Odnoszę wrażenie, że niektóre dzieci traktują bal urodzinowy jako coś, co im się należy.

Omówmy teraz podstawowe zasady, których należy przestrzegać, organizując dziecięcy bal.

Obowiązkowo trzeba odpowiadać na zaproszenia. Niektóre matki zadają sobie wiele trudu, żeby przygotować – dla każdego gościa indy­widualne – balony, specjalne nakrycia stołowe, paczuszki z niespo­dziankami, byłoby więc nietaktem niepoinformowanie, czy dziecko przyjdzie.

Podziękowanie dzieciom za prezenty nie tylko należy do dobrego tonu, ale jest absolutnie konieczne. Wielu rodziców wkłada dużo wy­siłku w to, żeby przygotować odpowiedni podarunek. List do nich po­winien zostać tak sformułowany, by nie było wątpliwości, że wiesz, co dziecko dostało od gościa. Formułka: Dziękuję za śliczny prezent oczy­wiście nie wchodzi w grę. Będąc osobą zaproszoną, możesz to zadanie ułatwić gospodarzowi, przyklejając do prezentu pod opakowaniem sa­moprzylepną karteczkę z informacją, kto jest ofiarodawcą.

Nie kupuj prezentu byle jakiego, ale też nie przejmuj się bardzo tym, żeby utrafić w dziesiątkę. Nikt nie oczekuje od ciebie, żebyś zna­ła jubilata tak samo dobrze, jak rodzice. Ważne jest, aby z wiekiem dzieci same aktywnie włączyły się w wybieranie urodzinowych prezen­tów dla swoich przyjaciół. Niech pomyślą, co sprawiłoby koledze szczególną przyjemność.

Kiedyś panowała paskudna moda, a mianowicie zamiast upomin­ków urodzinowych proszono o pieniądze. To zadziwiające, ale wielu rodziców przystało na to. Chłopcy przynosili solenizantowi pięciofun- towy banknot. Belinda nie zaakceptowała tego zwyczaju i wysyłała swoich chłopców z tradycyjnym prezentem – książką albo płytą.

Katya narzekała:

Imprezy urodzinowe zrobiły się nienormalne. Gdy­bym mogła wyrzucić połowę rzeczy, pozbyłabym się ich, bo nienawidzę rozgardiaszu. Jeśli zapraszasz dwadzieścia pięcioro dzieci, dostajesz dwa­dzieścia pięć prezentów.

Niektórzy szczęśliwi jubilaci w ogóle nie potrzebują upominków od zaproszonych na przyjęcie gości. Oni mają już i tak wystarczająco du­żo rzeczy, a jeszcze mnóstwo dostają z okazji urodzin od krewnych. Istotą urodzinowego balu jest sam bal. Jeśli szafki twojego dziecka są bliskie rozpadnięcia się na skutek przeładowania zabawkami, które dostało na poprzednie urodziny, i którymi prawie nigdy się nie bawi, zrób to, co zrobiła pewna matka na siódme urodziny córki. Po wielo­krotnym omówieniu sprawy z dziewczynką wysłała zaproszenia z pro­pozycją, ażeby zamiast podarków dla solenizantki goście przynieśli dary do miejscowej wypożyczalni zabawek, na przykład własne, w dobrym stanie zabawki, z których wyrośli. Po zakończeniu imprezy dary zosta­ły spakowane i same dzieci poszły je ofiarować.

Wyjazdy podczas roku szkolnego

Dopóki nie było dzieci, mogłaś, jeśli tylko dostałaś urlop, wyjeż­dżać, kiedy miałaś na to ochotę. Teraz okres, w którym możesz sobie na to pozwolić, jest uwarunkowany przerwami w nauce. Wszyscy chcą wyjeżdżać właśnie wtedy, więc przemysł turystyczny dyktuje w tym okresie najwyższe ceny za podróż i zakwaterowanie. Ci, którzy naj­mniej mogą sobie na to pozwolić, płacą więcej, niż zarabiający krocie samotni, bez zobowiązań, wybierający się na urlop poza szczytem. Ty możesz albo wynająć opiekę do dzieci i poza sezonem wyrwać się gdzieś na trzy tygodnie, albo wybrać wariant dość popularny wśród ro­dziców – zabrać dzieci ze szkoły.

 

Dotyczy to głównie rodzin, które pragną złożyć dłuższą wizytę krewnym za granicą. Wyjazd taki stanowi jednak poważne zakłócenie w edukacji dzieci nawet z młodszych klas szkoły podstawowej. Dzieci na etapie nauki czytania i pisania bardzo szybko tracą zdobyte umie­jętności, jeśli proces uczenia się zostaje przerwany. U starszych nara­stają braki w materiale, który stanowi podwaliny do nauki w szkole średniej. Zabierając pociechy ze szkoły, uniemożliwiamy im uczestni­czenie w szkolnych wydarzeniach, takich jak zawody sportowe czy koncerty, które są spoiwem łączącym społeczność uczniowską. Ale najgorsze jest to, że u dzieci rodzi się przekonanie, że szkoła nie jest bardzo ważna.

Lepiej więc dopasować swój urlop do szkolnych wakacji, a jeśli rze­czywiście musisz zabrać dzieci ze szkoły, przedtem porozmawiaj o tym z wychowawcą. Być może przygotuje materiał pomocniczy, dzięki któ­remu dziecko szybciej uzupełni braki.

Wyjazdy dzieci bez rodziców

Cynikowi może się wydawać, że kreatorami mody na kolonie czy obozy dla młodszych dzieci są bogaci rodzice, którzy chcą na trochę odetchnąć od swoich pociech. A przecież czasami dla wychuchanego malca to jedyna okazja, żeby doświadczyć w życiu czegoś innego, cze­goś, co wykracza poza doświadczenia z rodzinnego samochodu.

Opowiada Diana:

Moja najstarsza, dziesięcioletnia córka, która osią­ga dobre wyniki w sporcie, jest uzdolniona plastycznie i muzykalna, nie­stety ma bardzo zachwiane poczucie bezpieczeństwa i jest niepewna sie­bie. Przez cały czas stara się unikać spojrzeń innych. Nigdy nie bierze udziału w szkolnych przedstawieniach, argumentując „będą się na mnie gapić". Boi się obcych, nieznajomych dzieci. Boi się podłości, chociaż ni­gdy nie była w szkole obiektem szykan. Długo muszę ją namawiać, żeby chodziła na przyjęcia, które, jak sama potem przyznaje, bardzo się jej po­dobają. Szczególnie nie lubi wakacyjnych, kursów i zajęć, ale gdy miała osiem i pół roku sama błagała, żeby pozwolić jej na kurs jazdy konnej (zajęcia odbywały się w dzień, a wieczorem dzieci wracały do domu), na który zapisały ją koleżanki. Pierwszy dzień był dla niej straszny – została z tyłu za grupą, miała trudnego konia. Następnego dnia nie chciała iść na zajęcia, ale wymogłam to na niej. Co prawda z nerwów wymiotowała, ale gdy dotarłyśmy na miejsce i dosiadła konia, wyglądała na zadowoloną. Zostawiłam ją więc i odjechałam. Ledwo weszłam do domu, zadzwonił telefon. Otrzymałam wiadomość, że córka źle się czuje i wymiotuje. Zre­zygnowałyśmy z kursu, co przyjęła z olbrzymią ulgą. Rozmawiałam z nią o tym dużo, bardzo pomogła jej świadomość, że choć czasem zmuszam ją do czegoś, jestem wyrozumiała, gdy widzę, że naprawdę sobie nie radzi. Doświadczenie to było niewątpliwie porażką, a jednak spowodowało, że wzrosła jej wiara we własne siły. Następnego lata zapisałam córkę na ty­godniowe kursy malowania i gotowania. Jak poprzednio, pierwszego dnia była roztrzęsiona i źle się czuła. Potraktowałam ją ostro, powiedziałam, że wcale nie jest chora, że to wszystko z nerwów. Często w ten sposób rea­gujemy pod wpływem lęku czy niepokoju. Ale jak sobie z tym radzić? To trzeba wytrenować. Nie mogłam pozwolić, żeby się wycofała zupełnie bez walki. Udało się, spodobał się jej kurs, a pod koniec cieszyła się nawet, że poznała nowe dzieci.

Rodzicowi bardzo trudno zachować miarę pomiędzy zmuszaniem dziecka do brania udziaiu w zajęciach, których nienawidzi, a lekkim „popychaniem" do robienia czegoś, co przyniesie dużo radości. Przede wszystkim realizuj cele wieloetapowo. Na kilka lat wcześniej, zanim mało sprawne ruchowo dziecko wyślesz na dwa tygodnie gór­skiej wspinaczki lub szkolenie dla płetwonurków, zaproponuj mu mniej ambitne zajęcia sportowe. Jeśli twoja pociecha będzie prawdzi­wie zadowolona i wciągnie się w nie (podobnie jak córka Diany), w na­stępne wakacje możesz pomyśleć o czymś bardziej ekscytującym. Jed­nak przez cały czas dostarczaj jak najwięcej zachęt i wzmocnień.

' Dowiedz się bardzo dokładnie, najlepiej od rodziców, których dzie­ci były na podobnym obozie czy kolonii, co naprawdę jest potrzebne. Okropnie być jedyną osobą w grupie, która nie ma ważnej części ekwi­punku czy odpowiedniego ubrania. Dla nerwowych dzieci wyjazd na wakacje bez rodziny może być bardzo stresujący, i to zarówno z powo­du braku bliskich i trudności w nawiązywaniu kontaktów, jak i z powo­du poczucia fizycznego zagrożenia. Wyjazd z kolegą znacznie zmniej­sza lęk, ale nie wyeliminuje go całkowicie. Nie zapominaj, że twoje dziecko samo potrafi znaleźć przyjaciół, a kiedy to mu się uda, bardzo wzrośnie jego pewność siebie i poczucie własnej wartości.

Rita wysłała swoją najstarszą, siedmioletnią córkę na szkolny obóz do Walii, na którym dzieciom zakwaterowanym w lesie zapewniono je­dynie podstawowe wygody. Oto jej relacja:


Opowieści o obozie brzmia­ły przerażająco. Dzieci same przygotowywały jedzenie i korzystały z wyko­panych w ziemi latryn. Przez całe dwa tygodnie lało. Córka była wśród zupełnie obcych łudzi. Spośród dziewięćdziesięciu czterech uczestników znała tylko jedną dorosłą opiekunkę, moją znajomą. Mieszkała w na­miocie, przy ognisku popijała kakao na wodzie, jadła proste posiłki i czu­ła się tam wspaniale. Zawarła fantastyczne przyjaźnie. Oczywiście byli pozbawieni telewizji, wideo, stereo, książek, dosłownie wszystkiego. Nie mieli wyjścia, musieli się zaprzyjaźniać. Kiedy ją odbierałam, wyglądała na kompletnie wyczerpaną. Twarz miała opuchniętą, jej skóra przypomi­nała papier ścierny – okazało się, że to uczulenie na napój pomarańczo­wy, który tam piła – a mimo wszystko była radosna, promieniejąca szczę­ściem i pełna zachwytu. W tym roku pojedzie ze swoją młodszą siostrą.

Jeśli nigdy nie spędzałaś wakacji pod namiotem, spróbuj teraz, kie­dy dzieci są w wieku szkolnym. Mówi Nerys, matka czworga dzieci:
 Ży­cie na kempingu to dla dzieciaków wolność i swoboda. Im prymitywniej, tym lepiej. Wybraliśmy się po nowy namiot. Myślałam, że wybiorą okaza­ły, w stylu wiejskiej chaty, a tymczasem one wolały najskromniejszy, bo wy­glądał tak, jak powinien wyglądać namiot. Na biwaku koniecznie chciały gotować. Kiedy posiłki przygotowuje się na poziomie ziemi, gotowanie sta­je się dla dzieci dziesięć razy bardziej interesujące. W domu, w kuchni, wy­konujesz czynności na wysokości powyżej talii, odwrócona plecami do dzieci, więc one nigdy nie widzą, co rzeczywiście robisz. Na kempingu ma­luchy mogą zmywać, ponieważ nie ma problemu, jeśli nachlapią. Nie mu­szą tego robić zbyt często. Takie wakacje są naprawdę świetne.