Archive for the ‘Myślenie i rozmawianie’ Category

Homoseksualizm

Nasze społeczeństwo odrzuca dyskryminację ludzi z racji ich prefe­rencji seksualnych, ale nawet najbardziej liberalni rodzice nie są pew­ni, jak zareagować, gdy ich dzieci pytają o homoseksualizm.

Relacja Nessy:


Moja pięcio i półletnia córka wróciła pewnego dnia ze szkoły z wiadomością, że umań Freddie Mercury i spytała, czy ja wiem, że on był gejem. Pytała, co to znaczy „gej". Odpowiedziałam, że gejami są mężczyźni, którzy się w sobie zakochują. Po pewnym czasie przyszła z podwórka z pytaniem, czy ja wiem, że geje mają ze sobą stosunki sek­sualne. Tu zachowałam się wymijająco. Nie zmieniłam tematu, ale skupi­łam się na uczuciach. Córka szybko straciła zainteresowanie.

Czy to ci się podoba czy nie, twoje dzieci na pewno w jakimś mo­mencie zainteresują się homoseksualizmem, ale i w tym wypadku nie oznacza to wcale zatracenia przez nich niewinności. Jest mało prawdopodobne, że zaczną cię pytać o szczegóły praktyk seksual­nych. Raczej, gdy będą już starsze, zdobędą informacje same i przy­puszczam, że zechcą spytać kogoś innego, nie rodziców. Na razie wypytają tylko o rzeczy im potrzebne, a ty nie musisz oferować im niczego więcej.

Będąc w wieku ośmiu, dziewięciu lat, dzieci powinny wiedzieć, że niektóre osoby dorosłe są bardzo niebezpieczne, ponieważ mogą chcieć dotykać je „w zły sposób". Muszą to wiedzieć dla własnego bez­pieczeństwa w tym pełnym pułapek świecie. Być może, tak jak wielu rodzicom, jest ci przykro, że popularne telenowele zapoznają dzieci z pojęciem aborcji. Pamiętaj jednak, że to nie wiedza jako taka rani dzieci, ale zle doświadczenia.

Nessa dodaje:


Myślę, że nie ma w tym nic złego, że siedmioletnie dzie­ci dowiadują się o homoseksualizmie. Nie mówię mojej córce, że to nie­normalne, lecz podkreślam, że bardzo rzadkie. Ona i jej przyjaciele są całkowicie przekonani, że normą jest „mama, tata i dziecko". Homosek­sualizm nie jest dla nich zagrożeniem, a przynajmniej nie tak dużym, jak rozwód rodziców.

Seks

Małe dzieci nie interesują się sprawami płci bardziej niż innymi rzeczami, chyba że z zachowania otaczających je dorosłych wywnio­skują, że seks jest rzeczą najważniejszą. Tak dzieje się wtedy, gdy do­rośli ignorują to, co mówi dziecko i reagują tylko i wyłącznie na sło­wa odnoszące się do seksu. A ponieważ sposób, w jaki dziecko uczy się o związkach seksualnych w dużym stopniu zależy od tego, jak owocne są jego rozmowy z tobą na różnorakie tematy, dlatego warto się przyjrzeć, jak skuteczni rodzice poruszają sprawy seksu ze swoimi dziećmi.

Byłam zdumiona, kiedy odkryłam, że wielu bardzo mądrych rodzi­ców, a wśród nich nawet ginekolodzy i położne, milknie, gdy dzieci py­tają o seks. Mądrzy rodzice nie są całkiem pewni, co w istocie dzieci wiedzą na ten temat. Jedynie nieroztropnym wydaje się, że wiedzą do­kładnie, czego ich pociechy już się dowiedziały. Myślący rodzice, na­wet ci, których łatwo wprawić w zakłopotanie, próbują słuchać i do­starczać dzieciom potrzebnych informacji.

Myślałam, że niezwykle wyrafinowana Katya, z zawodu artystka, której dzieci mogą korzystać z doświadczeń znacznie starszego przy­rodniego rodzeństwa, będzie dokładnie wiedziała, co jej maluchy wie­dzą o seksie, i co więcej, że w tym względzie będą znacznie wyprze­dzały swoich rówieśników. Spytałam więc wprost, co jej ośmioletnia córka wie na ten temat. Katya popatrzyła na mnie niepewnie i wy­mamrotała, że chyba już coś wie i chyba rozumie, co to jest stosunek seksualny.

Edukacja seksualna w szkole jest potrzebna, ale nie może zastąpić rodziców przekazujących wiedzę o seksie w sposób naturalny. Matka lub ojciec mogą dostosować swoje odpowiedzi do potrzeb dziecka w danym momencie, bez obawy, że dostarczą mu więcej informacji, niż potrzebuje. Rodzice często są zaskoczeni stopniowym przebiegiem zdobywania wiedzy na temat seksu. Być może wynika to z faktu, że sa­mi zapamiętali ze swojego dzieciństwa jeden lub dwa epizody, podczas których zdobyli doświadczenie w tym zakresie.

Mówi Nessa:

Rodzice muszą zdać sobie sprawę, że decyzja, kiedy za­cząć rozmawiać o seksie, nie należy do nich. Ten temat pojawi się sam, zostanie podjęty gdzieś na podwórku. Nie możesz sobie tego zaplanować. Moja córka chciała wiedzieć, skąd biorą się dzieci w wieku trzech lat. Ca­ły proces uświadamiania odbywa się na wielu płaszczyznach. Dwulatek rozumie, że dzieci rosną w brzuchu mamy, ale uważa, że wydostają się na świat przez „pupę". Rozróżnienie pomiędzy narządami umieszczonymi z tyłu i przodu w dolnej części naszego korpusu nie jest dla niego łatwe. Dzieci przyswajają informacje wtedy, kiedy ich potrzebują i w takiej for­mie, w jakiej są im potrzebne. Wielu rodziców popełnia błąd, planując, że przeprowadzą rozmowę na temat seksu w okresie dojrzewania, bowiem często się to nie udaje. Edukację seksualną lepiej zacząć od końca. My zaczęliśmy od tego, że bobas jest w mamy brzuchu i tam rośnie. Na tym etapie córka bardzo interesowała się rozwojem dziecka w łonie matki. Wielokrotnie dyskutowałyśmy o tym, jak niemowlę wychodzi na ze­wnątrz, o różnych komplikacjach przy porodzie, na przykład o cesarskim cięciu i innych technicznych sprawach. Pytała mnie na przykład o to, jak i kiedy rosną maleństwu paznokcie. Sam stosunek seksualny nie był dla niej wtedy ważny, zainteresowała się nim później.

Nie ma potrzeby pomijania w rozmowach tematu seksu tylko dlate­go, iż wydaje ci się, że małe dziecko mogłoby się wystraszyć i zrazić. Jocasta uważa, że dziecko będzie zachwycone, kiedy się dowie, że po­wstało w wyniku połączenia się mamy i taty. Dodaje:

Ta informacja nie niesie żadnego zagrożenia, jest całkowicie bezpieczna. To bardzo ważne, żeby pierwszy raz dzieci dowiadywały się o tym w sposób delikatny, bez sprośności.

łona, inna matka profesjonalistka, pozwala swojej bystrej, dociekli­wej siedmioletniej córce poruszać sprawy seksu, łona mówi:


Myślę, że ona rozumie, na czym polega stosunek seksualny, ale nie mam zamiaru tego drążyć. Nasze rozmowy są jak teleturniej, pytanie i odpowiedź. Jeśli pyta, odpowiadam, ale się nie rozgaduję. Dzieci pytają tylko o to, co chcą wiedzieć i nie mają ochoty wysłuchiwać żadnych dalszych wyjaśnień, chcą znać odpowiedź na jedno lub dwa pytania. Potem możesz zapo­mnieć o sprawie na jakiś czas, póki temat nie wróci. Idziemy do przodu krok po kroku. Spodziewam się, że w przyszłym roku, a może za dwa la­ta zaczniemy mówić o stosunku seksualnym.

Lotte, która ma dwie córki, dodaje:


Dzieci są świadome, że seks od­grywa w życiu wielką rolę, ale większość rodziców podejmuje ten temat za późno.

Kim również dostosowuje się do tempa córki, i tak jak wielu innych rodziców jest zdumiona, że pytania dotyczące seksu pojawiły się wcze­śniej, niż się tego spodziewała. Mówi:

Wszystko jej wyjaśniłam w pięć minut, w drodze ze szkoły do domu, kiedy miała siedem i pół roku. Wy­padło to bardzo zgrabnie. Córka wybiegła ze szkoły z pytaniem, jak rodzą się dzieci. Koleżanka Angeła twierdziła, że wychodzą przez nogi. Wyjaśni­łam jej to i pomyślałam, że właściwie mogę pociągnąć temat dalej. Po­wiedziałam, że penis musi się dostać do wnętrza mamy i że mama ma w środku jajeczka. Nie wspomniałam o chodzeniu do łóżka. Prawdopo­dobnie napomknęłam o uprawianiu seksu i dodałam, że chcąc mieć dziecko, trzeba uprawiać seks. Myślałam, że wszystko wpuści jednym uchem, a wypuści drugim, jak często jej się to zdarza z bajkami, ale dwa miesiące później usłyszałam, jak bardzo dokładnie relacjonowała sprawę koleżance.

Prawdopodobnie nigdy nie możesz liczyć na to, że uda ci się prze­prowadzić z góry zaplanowaną rozmowę z dzieckiem na temat seksu.

Belinda, rozwiedziona matka trzech synów, wspomina:


Mój byty mąż uważał, że powinien z dwoma starszymi chłopcami porozmawiać o seksie w sposób tradycyjny. Zawołał ich więc do gabinetu na rozmowę za zamkniętymi drzwiami. Potem jeden z nich powiedział, że to było bar­dzo nudne, a drugi dodał, że uczyli się już o koszałkach w szkole.

Rodzice dziwią się, jak bardzo ich dzieci są niewinne. Siedmioletni synek Kirstie był szczerze zmartwiony, ponieważ jego najlepszy kole­ga dostał w szkole uwagę za mówienie brzydkich słów. Kirstie potwier­dziła, że rzeczywiście chłopiec odzywał się niewłaściwie, a jednocze­śnie była zaskoczona znajomością obscenicznych słów przez dzieci. Wkrótce okazało się, że syn Donald wcale nie wie, co te słowa znaczą. Kirstie mówi:


Dzieci nie żyją w próżni, ale siedmiolatek jest w istocie bar­dziej niewinny, niż się wydaje. Teraz cała klasa będzie udawać, że wie, co te wyrazy na literę „k" i „ch" znaczą, ale podejrzewam, że mało kto rze­czywiście rozumie ich znaczenie.

Jocasta była porażona, gdy zorientowała się, jak bardzo niewinny jest jej wygadany jedenastolatek. Opowiada:


Kiedy znany muzyk rocko­wy został oskarżony o seksualne wykorzystywanie dzieci, spytałam moje­go syna, czy rozumie, co właściwie ten facet zrobił. Chłopak nie chciał ze mną rozmawiać, uświadomiłam sobie, że po prostu nie wiedział, o co chodzi, ale próbował zrobić na mnie wrażenie, że wie. Wyjaśniłam mu, że chodzi o seks, że seks uprawiać powinni równi sobie partnerzy i że oboj­gu ma dostarczać przyjemności. Natomiast ów muzyk podobno wykorzy­stywał młodszych od siebie w sposób, który tylko jemu służył.

Maud, bystra sześcioipółletnia dziewczynka, w niedzielny poranek, jak to miała w zwyczaju, przyszła do łóżka swojej mamy Roweny i za­pytała: Mamo, czy możesz mnie pocałować? A kiedy uzyskała zapew­nienie, że oczywiście tak, wyjaśniła: Ja otworzę usta i ty otworzysz usta, a potem ja włożę język do twojej buzi, a ty swój do mojej. Zdumiona mat­ka odrzekła, że matki z dziećmi nie całują się w ten sposób. Na pyta­nie, kto ją tego nauczył, dziewczynka odparła: Hatty i ja ćwiczyłyśmy całowanie w ogrodzie. Rowena komentowała później: Nie jestem prude­ryjna, ale nie spodziewałam się, że moja sześcioletnia córeczka przyjdzie powiedzieć mi, jak wygląda francuski pocałunek.

Oczywiście nie ma sensu pytać dziecko, gdzie się nauczyło całować po francusku. Zapewne dziewczynka widziała sceny pocałunków w rozmaitych filmach. Wystarczyła Hatty, żeby poznać szczegóły.

Interesującą rzeczą w tym epizodzie nie jest poziom seksualnej wie­dzy Maud, ale poziom jej ignorancji w tych sprawach.. Dziewczynka nie zdawała sobie sprawy, że taki pocałunek ma specjalne znaczenie w miłości. Niewinność, która, jak myślą rodzice, jest nieobecna w ży­ciu ich dzieci, nadal w nich tkwi. Wiedza o tym, skąd się biorą dzieci, wcale nie niszczy niewinności.

Z pewnością wcześniej, niż kiedyś jej mama, Maud musi się na­uczyć, że ludzie nawiązują między sobą różnego rodzaju relacje i jest rzeczą złą, a nawet szkodliwą, jeżeli się je myli. Nawet jeśli się dowie, że istnieją specjalne pocałunki, którymi obdarzają się w naszym społe­czeństwie wyłącznie osoby zakochane, pragnące założyć rodzinę (po­za wszystkim, seksualne znaczenie pocałunku w usta jest całkowicie współczesnym wymysłem, kochający rodzice w czasach wiktoriańskich zwykle całowali swoje malutkie dzieci w usta i nikt nie odczytywał tych pocałunków jako seksualnych sygnałów), jej naturalna niewinność sze­ścioletniej dziewczynki, która chce okazać miłość swojej matce, pozo­stanie nienaruszona.

Ośmioletni syn Theresy chciał wiedzieć, co to znaczy gwałt, ponie­waż usłyszał to słowo w Wiadomościach. Theresa powiedziała mu: Mówiliśmy już o tym, jak to jest, gdy mężczyzna i kobieta chcą mieć dziecko. Gwałt jest wtedy, kiedy mężczyzna zmusza kobietę do stosunku siłą, wbrew jej woli. Chłopiec wysłuchał i matka spodziewa się, że wkrótce wróci do tego tematu.

Dobrze jest mieć wcześniej przygotowane odpowiedzi na najtrud­niejsze pytania. Zawrzyj w nich prawdę, nie strasz, sformułuj je w spo­sób przystępny dla dziecka. Ono zrozumie, co to jest przemoc, jeśli wyjaśnisz, że z tym zjawiskiem mamy do czynienia wtedy, gdy ktoś zmusza kogoś do zrobienia czegoś, czego ta osoba nie chce zrobić.

Nie można oczekiwać od rodzica, że będzie z całkowitą obojętno­ścią dyskutował z dzieckiem na temat seksu. Myślę, że udawanie, ja­koby te sprawy nas nie poruszały, jest nieuczciwe. Nie należy mieć do siebie żalu z powodu zakłopotania. Czy to nam się podoba, czy nie, uczucie zażenowania w sprawach seksu jest naturalną ludzką reakcją. Możesz zaznaczyć na wstępie, że chcesz o tym rozmawiać, ale mówiąc szczerze, jesteś zawstydzona, ponieważ dorośli traktują seks jako spra­wę intymną. Nie musisz udawać, że jesteś w tej dziedzinie specjalistką. Ważne jest to, o czym mówi Jocasta, by dziecko wiedziało, że chcesz z nim o tych sprawach rozmawiać.
Miriam opowiada o swojej dziewięcioletniej córce:

Ona mówi, że wstydzi się pewnych rzeczy, a my jej odpowiadamy, że naturalną cechą człowieka jest mieć intymne myśli, którymi nie chce się dzielić z innymi. Cieszę się, że ona pyta mnie o sprawy, o które ja nigdy nie spytałabym swojej matki. Córka chyba czuje, że jestem po jej stronie. Kiedy byłam w jej wieku, nigdy nie miałam pewności, jak osądzi mnie matka. Nie roz­mawiałyśmy o seksie i czułam się zażenowana nawet wtedy, kiedy na ma­turze z biologii musiałam pisać o rozmnażaniu roślin.

Diana opowiada o swoim najstarszym dziecku:

Kiedy córka skończy­ła osiem łat, wyjaśniłam jej wszystko, bez robienia sensacji, tak mimo­chodem. Wtedy ona spojrzała na mnie oczami jak paciorki i spytała: Ale ty tego mamo nie robiłaś, prawda? W tym momencie nie wytrzymałam i zachichotałam. Spokojnie potrafiłam o tym mówić w trzeciej osobie, ale gdy córka zwróciła się bezpośrednio do mnie, nerwy mi puściły i zaczęłam się głupio śmiać. Byłam potem na siebie wściekła.

Przygotuj się wcześniej na pytania, skorzystaj z odpowiedniej litera­tury. Wybierz książkę, w której mówi się jasno, że seks przede wszyst­kim służy do reprodukcji, ale nie zostawiaj sprawy na tym etapie. Nie można pominąć emocjonalnego i społecznego wymiaru seksu, nawet wtedy, gdy rozmawiamy z sześciolatkiem.

W książkach sprzed lat, traktujących o seksie i przeznaczonych dla najmłodszych czytelników, z reguły nie wspomina się, że akt seksual­ny jest źródłem przyjemności, a już nigdy nie mówi, że seks sprawia przyjemność kobietom. Z tego powodu dzieci nie rozumieją, dlaczego ludzie uprawiają seks i dlaczego poświęcają mu tyle uwagi. Również jest dla nich tajemnicą, po co stosuje się antykoncepcję. W związku z tym bądź przygotowana na pytania o kondomy, jako że wszędzie są w sprzedaży.

Myślę, że powściągliwe mówienie o seksie nie jest właściwą reakcją w świecie ogarniętym seksualną obsesją. Taka postawa mogłaby odpo­wiadać rodzicom, którzy mają nadzieję, że zdołają utrzymać dzieci w całkowitej ignorancji na temat przyjemności płynących z seksu do czasu ich zamążpójścia, tylko czy tacy rodzice jeszcze istnieją? Nerys, matka czwórki dzieci, komentuje: Zdaję sobie sprawę z tego, że im wię­cej będę im mówiła, żeby nie robiły pewnych rzeczy, tym bardziej one bę­dą miały ochotę spróbować. Kiedy byłam mała, nie wolno nam było żuć gumy balonowej, więc zostałam, oczywiście bez wiedzy mamy, ekspertem od robienia balonów z gumy.

Chyba najlepszym wyjściem jest podkreślanie, że seks jest czymś niezwykle cennym i specjalnym, że warto cieszyć się nim z kimś, kogo się naprawdę kocha i pragnie założyć rodzinę.

Nerys kontynuuje: One muszą wiedzieć, że para małżeńska stanowi „najlepsze środowisko" dla seksu i póki są mali niech myślą, że seks uprawiają tylko małżeństwa. Z poglądem Nerys zgadzają się miliony troskliwych, wychowujących dzieci bez przemocy rodziców. Niemniej, kiedy rozmawia się z dziećmi o seksie, łatwo jest zapomnieć o „najlep­szym środowisku".

Wielu rozważnych rodziców stara się wpasować odkrycia dzieci na temat seksu w szerszy kontekst relacji międzyludzkich. Nerys uzupeł­nia: Sprawą bardzo ważną jest dla mnie szacunek dla ciała innej osoby i jej emocji. Zasadnicze znaczenie ma reguła niewykorzystywania dla własnej korzyści drugiego człowieka.

Dziewczynki dzisiaj dojrzewają wcześniej niż kiedyś, dlatego z pew­nością chciałabyś, by twoja córka wiedziała, co to jest menstruacja i dlaczego występuje ze znacznym wyprzedzeniem, zanim pojawi się u niej pierwsza miesiączka. Ale czy myślałaś o wyjaśnieniu tych spraw synowi w tym samym wieku? On też powinien wiedzieć i rozumieć, jak funkcjonuje organizm dziewczynki, żeby w przyszłości umieć ją trakto­wać z należnym szacunkiem i taktem.

Opowiada Belinda:

Weszłam kiedyś do łazienki i zastałam tam wszystkich trzech moich synów. Myli zęby, przepychając się. Jeden z nich potrącił pudełko z tamponami, które rozsypały się po podłodze. Po chwili ciszy padło pytanie, co to jest. Skorzystałam z okazji i wyja­śniłam im wszystko. Ważne jest, żeby w podobnych sytuacjach nie oka­zywać zakłopotania, tylko wykorzystać sytuację, bo przygotowywanie warunków do takich rozmów jest bardzo trudne i przeważnie mija się z celem.

Rozmowy o ważnych rzeczach

Żaden rodzic nie ma prawa uważać, że wie dokładnie, co się dzieje w głowie jego dziecka. Jeśli nadmiernie będziemy próbowali naruszać prywatność dziecka, posuwając się do wypytywania go o każdą minutę dnia, nie możemy się dziwić, że będzie chciało odsunąć się od nas.

Skuteczni rodzice nie bombardują dzieci pytaniami, lecz rozmawiają z nimi.

Poważna rozmowa z dziećmi wywołuje w nas niepokój. Dziecko jest skłonne do zadawania niewinnych, dociekliwych pytań. Twoja prawdo­mówność zostanie poddana testowi.

Mój partner nie rozumie psychiki dzieci, skarżyła się matka, której małżeństwo było bliskie rozpadu. On ma skłonność do traktowania ich jak maszyny. Sam wychował się w kibucu i mnie się wydaje, że to był bar­dzo dziwaczny sposób wychowywania. Był jednym z wielu. Nie miał wo­kół siebie nikogo, kto by go rozumiał łub interesował się tym, co przeżywa. Nikt go nie kochał. Teraz ma trudności z okazywaniem miłości dzieciom. Kocha je, ale nie potrafi tego wyrazić. One uważają, że ich nie kocha, a ja stale próbuję wynagrodzić im brak miłości. Staram się „nadrobić" to, cze­go nie dostają od ojca. Wspaniale opiekował się dziećmi, póki były malut­kie. Wykonywał zabiegi pielęgnacyjne, ale odkąd zaczęły samodzielnie my­śleć i wyrażać własne zdanie, nie wie, jak z nimi postępować.

Nie ma znaczenia, czy był to sprawiedliwy osąd owego mężczyzny. Problemem w rodzinie było to, że ojciec miał poważne trudności z ekspresją uczuć, natomiast matka nie mogła temu zaradzić, ponie­waż łączyły ją z dziećmi silne więzi emocjonalne. Zachowanie matki w istocie prowadziło do odsuwania ojca z kręgu rodzinnej miłości. Niekiedy, żeby zmienić taki nieprawidłowy związek, konieczna jest profesjonalna pomoc w formie terapii rodzinnej, ale wiele rodzin, w których ten problem występuje w małej skali, może dać sobie radę bez ingerencji z zewnątrz, przez usprawnienie systemu komunikacji wewnątrzrodzinnej.

Zastanów się, ile minut w ciągu dnia poświęcasz na rozmowę z dzieckiem. Według niektórych opracowań wielu rodziców, a szcze­gólnie ojców, rozmawia z dziećmi tylko dwie minuty dziennie. Czy pozwalasz dziecku swobodnie mówić, kiedy rozmawiacie, czy też prze­rywasz mu, podsuwając brakujące słowa? Czy kiedy rozmawiacie, opo­wiadasz mu o ciekawych rzeczach, które mogą go interesować, w taki sposób, w jaki byś mówiła do znajomych, czy ograniczasz się do wyda­wania rozkazów typu Podnieś to! Odłóż to tam! Posprzątaj pokój! Pospiesz się!?

Czy kiedy dziecko dzieli się interesującymi, nowymi faktami zada­jesz mu dalsze pytania na ten temat? Czy podśmiewasz się, gdy gubi wątek? Czy przynajmniej udajesz, że go słuchasz, gdy powtarzasz Wspaniale kochanie! co kilka sekund, nim wyłowisz słowa mające coś wspólnego z seksem, po których zrywasz się na równe nogi, krzycząc: A kto ci to powiedział?!
Marsha, matka trzech chłopców, dodaje:


Nie pytaj: "A  kto ci to po­wiedział?", kiedy twoje dziecko zdobyło niepożądaną lub fałszywą infor­mację, ponieważ malec szybko zauważy, że twoje zainteresowanie źró­dłem informacji zawsze sprowadza kłopoty. Pytaj natomiast, kto powiedział mu o planetach, Aztekach czy innych sprawach i bądź zado­wolona z odpowiedzi.

Czy pytasz dziecko o jego zdanie, szczególnie w sprawach, w któ­rych może mieć sprecyzowany pogląd? Na przykład: Czy podobają ci się dywany w tym sklepie? Jak ci się wydaje, dlaczego twój przyjaciel Max był dzisiaj w takim złym nastroju, gdy zabieraliśmy go ze szkoły? Jest wielka różnica pomiędzy poglądami twojego dziecka na temat rzeczy, na których się zna – każdy, kto rozróżnia barwy, może mieć swoje zdanie na temat kolorów, dziecko lepiej wie niż ty, co się stało przy­jacielowi w szkole – a poglądami na sprawy, o których ma niewielkie pojęcie.

Czy masz czas na długie rozmowy? Jeśli znajdziesz czas teraz i do­brze go wykorzystasz, nigdy nie będziesz tego żałować. Jeśli teraz nie wygospodarujesz czasu na rozmowy, będziesz tego gorzko żałowała, ponieważ taka okazja już nigdy się nie powtórzy. Marsha mówi:

Te­raz moi dwaj starsi chłopcy mają dwanaście i trzynaście lat. Żałuję bar­dzo, że nie rozmawiałam z nimi więcej, kiedy byli młodsi, szczególnie po ataku złości jednego z nich, ale jakoś nie starczyło na to czasu, stale by­ło coś innego do zrobienia. Chłopak czasami wpadał w straszny szał. Kiedyś, miał wtedy dziesięć lat, pozrywał wszystko ze ścian w swoim po­koju i ze złości podarł, co się dało. Jak się uspokoił spytałam, dlaczego był taki zły. Powiedział, że nie wie, że po prostu zdenerwowaliśmy go. Trudno było wtedy podjąć temat, ale teraz żałuję, że nie drążyłam tej sprawy dalej.

Rodziny, w których i matka i ojciec pracują zawodowo, mają bardzo mało czasu na rozmowy w ciągu tygodnia. Może udałoby ci się znaleźć dziesięć minut w czasie śniadania, gdybyś wstawała nieco wcześniej. Niektóre czynności, jak prasowanie, porządkowanie notesu z adresa­mi czy malowanie paznokci, mogłabyś wykonywać, gdy dziecko jest blisko ciebie, a równocześnie prowadzić rozmowę, podczas której ono opowie ci o ważnych dla niego sprawach.

Mówi Sheila:


John, mój partner, jest fantastycznym kolekcjonerem wiedzy ogólnej. On kocha fakty. Uwielbia uczyć się i dowiadywać różnych nowych rzeczy. Potrafi rano, gdy wszyscy szykują się do wyjścia, zacząć tłumaczyć, co to jest elektryczność. W ten sposób wyraża swoje uczucia. Dzieci ubierają się, a John nagle rozpoczyna opowieść o człowieku z epo­ki neolitu. Lubi wyjaśniać wszystko możliwie jak najdokładniej, z detala­mi, nie upraszcza niczego, nie dopasowuje do wieku dzieci. Nie przejmu­je się, że słuchacz ma sześć lat. Nasz syn z trudem uczył się czytać w szkole podstawowej, ale w wieku czternastu lat czyta znacznie lepiej niż się spo­dziewaliśmy i dobrze koncentruje się na lekcjach. Słucha, gdy ktoś do nie­go mówi, czy jest to nauczyciel, czy ksiądz, ponieważ oczekuje, że będzie to coś ciekawego, co go zainteresuje.

Niektóre rodziny muszą nadać ramy instytucjonalne swoim rozmo­wom. Zoe, matka siedmiorga aktywnych i często agresywnych dzieci, zwołuje rodzinną konferencję przeważnie raz w miesiącu. Te zebrania mają wyjątkowo formalny charakter i wydają się dość niezwykłe. Szóstka rozzłoszczonych nastolatków, ich mały braciszek oraz mama i tata zajmują miejsca w kręgu na miękkich pufach. Mówią o żalach, jakie mają do innych członków rodziny. Ten system stosowany jest w domach dziecka i innych instytucjach. Rodzic musi być dobrym przewodniczącym, żeby porządkować obrady, zapobiegać chaosowi i każdemu po kolei udzielać głosu.
Lotte, matka dwóch dziewczynek, opowiada:

Kiedy córki miały sześć i siedem lat, wprowadziłam obyczaj „prywatnych rozmów". Była to reakcja na konflikty i rywalizację pogłębiającą się między dziewczynka­mi. Oznaczało to tyle, że wysłuchiwałam żalów dziecka (z reguły doty­czyły one siostry) i nie odzywałam się, póki nie skończyło. Swoboda w wyrażaniu żalu ipretensji oraz możliwość poskarżenia się są dla córek równie ważne jak działanie dyscyplinujące, które podejmuję po wysłu­chaniu relacji. Teraz dziewczynki są już nastolatkami, ale nadal to ja je­stem osobą żądającą „prywatnych rozmów" i nadającą porządek wymia­nie zdań.

Bardzo trudno jest powstrzymywać się od komentarzy i ukierunko­wywania rozmowy, gdy słucha się dziecka. Rita, samotna matka trójki dzieci, uczyła się tej sztuki długo i kosztowało ją to wiele wysiłku. Tak opowiada:

Jeśli któraś z moich córek wracała ze szkoły rozdrażniona po bójce z innym dzieckiem, musiałam się bardzo starać, by ograniczyć się tylko do stwierdzenia: „Jesteś bardzo zła, bardzo zdenerwowana" i nie mówić nic więcej przez jakiś czas. Wystarczy powiedzieć dzieciom, jakie uczucia malują się na ich twarzach, co prawdopodobnie czują. Wtedy one zaczynają mówić, a ty zamieniasz się w słuch. Dziecko samo zda re­lację z tego, co się wydarzyło. Sęk w tym, że my zawsze pytamy: Dlaczego jesteś zły? Co się stało? Kto cię uderzył? Tymi pytaniami blokujemy dziec­ko. Takie śledztwo przeważnie prowadzi nas do szybkiego osądu sytuacji, zajmujemy stanowisko, stajemy po jednej stronie, a czasem kończy się to tak, że wkładamy dziecku do głowy sformowane przez nas opinie. Nawet zwykłe „Co się stało?" zakłada, że coś się wydarzyło. Początkowo nie wie­rzyłam, że stosując tę metodę można coś osiągnąć, bo przecież ogranicza się ona do absolutnego minimum. Mówisz dzieciom tylko o ich własnych emocjach. Nauczyłam się, że gdy zaczynają opowiadać o tym, co je zde­nerwowało, trzeba zasznurować sobie usta i jedynie potakiwać na znak, że się słucha. Kiedy dziecko relacjonuje: Byłam strasznie wściekła, gdy Henrietta walnęła mnie szpadlem w kolano, ty mówisz tylko: Tak, to bar­dzo boli, kiedy ktoś uderzy cię szpadlem. Przekonałam się, że jest to znacznie lepsza reakcja, niż odpowiedź w stylu: Co to za okropna dziew­czynka ta Henrietta, nigdy więcej nie baw się z nią! Ograniczanie się w ta­kiej sytuacji do słuchania dziecka wydaje się być reakcją nieco nienatu­ralną, ponieważ instynktownie chcemy natychmiast je ukoić, sprawić, żeby poczuło się lepiej. Zakładamy przy tym, że dziecko wie dokładnie, co to jest smutek, lęk i złość. A dzieci wcale nie muszą tego wiedzieć, nawet w wieku ośmiu lat, chyba że byty nauczone, jak te uczucia rozpoznawać. Ponadto dzieciaki muszą mieć do ciebie zaufanie, że ich słuchasz. Prze­konałam się, że rozmawianie z dzieckiem według podanego schematu naprawdę jest skuteczne.

Najczęściej stosowane przez nas pytania typu „Kto cię uderzył?" są niebezpieczne z dwóch powodów. Po pierwsze w tym sensie, o którym wspominała Rita, a po drugie dlatego, że dziecku wydaje się, iż ocze­kujemy od niego właściwej, poprawnej odpowiedzi. Nieświadomie za­ciemniamy prawdę, ponieważ komunikujemy dziecku, że chcemy usły­szeć bardzo określoną relację ze zdarzenia, zachęcamy je więc do zmyślenia historii na nasz użytek.

Czy ujawniasz przed dzieckiem emocje? Wygłaszanie dzieciom bombastycznych mów i okazywanie wściekłości generalnie uznawane są za niewłaściwe rodzicielskie zachowania, ale nie zawsze takimi być muszą. Nancy opowiada:


Płaczę w obecności moich trzech córek i nie rozumiem, dlaczego mam ukrywać przed nimi fakt, że dorośli także mar­twią się różnymi sprawami. Jeśli dziewczynki są dla siebie niedobre, wy­bucham płaczem. Nie robię tego celowo, po prostu tak reaguję i nie wi­dzę w tym nic dziwnego. Dzieci nie powinny uważać cię za robota. Prędzej czy później dorosną i same staną wobec tego samego problemu.

Czy jesteś szczera z dziećmi? Czy je przepraszasz, jeśli się unie­siesz? Rita mówi:


Są takie dni, kiedy musisz im powiedzieć, że twoja cierpliwość się wyczerpała. Nie możesz udawać, że jesteś doskonała. Nie możesz udawać, że twoja cierpliwość nie ma granic, że masz doskonały nastrój.

Nerys mówi:

Dobrym momentem, by przeprosić dzieci za to, że się na nie krzyczało, jest wieczorne pożegnanie przed snem. Jeśli masz powód, żeby gniewać się na nich, nie musisz natychmiast przepraszać. Jeśli zrobi­ły coś, czego nie powinny, masz prawo być zła, dzieci często są nie w po­rządku. Ale jeśli ty potrafisz je przeprosić, łatwiej im będzie powiedzieć „przepraszam " komuś innemu. Mówię im tak: „Jest mi przykro, że na was nakrzyczałam, ale wolałabym, żebyście mnie nie denerwowali, bijąc się/rozlewając keczup na podłodze/niszcząc moją książkę", albo „Byłam w takim stanie, ponieważ coś się zdarzyło".

 

Od nieuwagi do zespołu zaburzeń uwagi

Bardzo doświadczona nauczycielka, która w swojej okolicy prowa­dzi klub muzyczny dla dzieci, powiedziała mi:

Dzieci, które znam, w ogóle nie mają wyrobionych nawyków właściwego zachowania i odpo­wiedniego do sytuacji sposobu bycia. Są to dzieci z „dobrych domów", z rodzin średniozamożnych. Większość z nich nie jest w stanie usiedzieć bez ruchu i słuchać, ani nawet skoncentrować się na tyle, żeby móc za­grać krótki utwór na instrumencie.

Nauczycielka, która przez całe swoje zawodowe życie była zwolen­niczką metody nauczania skoncentrowanej na uczniu, teraz ze smut­kiem myśli o tym, żeby przestać prowadzić klub. Ciągłe uciszanie dzie­ci jest bardzo wyczerpujące i zajęcia nie dostarczają już radości.
Brak umiejętności skoncentrowania się na jednym temacie na dłu­żej niż kilka minut jest szczególnym problemem dzieci naszych cza­sów. Twórcy oferowanych im rozrywek – programów telewizyjnych, muzyki na kasetach wideo, reklam – z góry zakładają, że uwaga od­biorców jest krótkotrwała, więc wymagają od dziecka jak najmniejsze­go wysiłku. Zawartość treściowa i myślowa programów jest niezwykle prosta.

W skrajnych przypadkach brak koncentracji jest jednym z objawów zaburzeń zachowania nazywanych zespołem zaburzeń uwagi (Atten­tion Déficit Disorder, w skrócie ADD). Jest to specyficzna dysfunkcja mózgu, która według danych szacunkowych dotyka 10 procent dzieci w stopniu umiarkowanym i 2 procent w znacznym nasileniu. Nieuważ­ne odczytanie podanych liczb może sugerować, że jedno na dziesięcio­ro dzieci ma ADD, co byłoby grubą przesadą.

Dziecko cierpiące na ADD, choć z pozoru wydaje się, że to rodzice dziecka cierpią, z trudem może pozostać w bezruchu przez minutę, nie jest w stanie skoncentrować uwagi i bezustannie działa pod wpływem impulsów. Czasem zaburzenie to jest opisywane jako niezdolność mózgu do filtrowania setek bodźców-dźwięków, obrazów, wrażeń – które przez cały czas napływają – i wybrania tych najważniejszych. Dorośli, charakteryzując dzieci z ADD, najczęściej mówią, że:

•        On (większość dzieci z ADD to chłopcy, być może u dziewczynek zespół ten jest słabiej rozpoznawalny, bo u nich przebieg jest ła­godniejszy) niczym nie potrafi się zająć, łatwo się rozprasza, nie jest w stanie bawić się jedną rzeczą ani uczyć czegoś dłużej niż kil­ka sekund.

•        Działa bez zastanowienia.

•        Jest niezgrabny w ruchach i zawsze wygląda nieporządnie.

•        Jest pozbawiony zdrowego rozsądku.

•        Jest niedojrzały.

•        Godzinami doprasza się o to samo i nie umie pogodzić się z odmową.

•        Nie potrafi bawić się z dziećmi, nie ma przyjaciół, nie jest zaprasza­ny na przyjęcia.

Wszystkie te stwierdzenia, no może z wyjątkiem ostatniego, w ja­kimś określonym czasie mogą się odnosić do każdego dziecka na świe­cie. Żadnemu jednak, normalnie ruchliwemu i impulsywnemu nie słu­ży etykieta dziecka dotkniętego zespołem ADD, który to zespół prawdopodobnie jest spowodowany specyficzną dysfunkcja mózgu, a nie nieodpowiednim wychowaniem czy złym wpływem środowiska.

Na leczenie prawdziwego ADD składają się: bardzo stanowcze me­tody wychowawcze i wszelkie rutynowe działania o ściśle ustalonej strukturze, różnego rodzaju oddziaływania terapeutyczne, specjalna dieta stosowana pod nadzorem lekarza lub dietetyka, która eliminuje składniki chemiczne uważane za szkodliwe, i lekarstwa.

Z dzieckiem, które cierpi na ADD, trudno jest żyć i jego rodzice również potrzebują pomocy. Niestety, co chorym wcale nie pomaga, często rodzice zdrowych dzieci doszukują się u pociech zaburzeń uwa­gi, żeby usprawiedliwić różne niepowodzenia. Podobnie jest w przy­padku prawdziwie dyslektycznych dzieci, którym wielką krzywdę czy­nią rodzice dzieci bez zaburzeń, mówiąc o swoich dzieciach, mających kłopoty z ortografią, że są „nieco dyslektyczne". Na szkodę dzieci z rzeczywistym zespołem ADD działają ci, którzy wszelkie kaprysy zmęczonego dziecka przypisują chorobie. Dzieci ż ADD są na ogół bardzo bystre, dlatego dumni rodzice chętnie posługują się nazwą te­go zespołu, żeby zamaskować brak akademickich zdolności u swojego malca.

Z drugiej strony nigdy nie wolno traktować ADD jako czysto wy­chowawczego problemu, za którego powstanie winę ponoszą rodzice. Dzieci z ADD wymagają profesjonalnej pomocy. Jeśli podejrzewasz, że twoje dziecko cierpi na zespół zaburzeń uwagi, przede wszystkim porozmawiaj z lekarzem i nauczycielem, poproś o opinię szkolnego psychologa i skontaktuj się z jedną z powstających grup wsparcia dla rodziców.

Wiele dzieci bez zespołu ADD, zdaniem mojej nauczycielki muzy­ki, może dużo zyskać, jeśli poprawi swoją umiejętność koncentracji. Poniżej podaję proste, domowe sposoby na ćwiczenie koncentracji uwagi:

Gry, takie jak szachy i Scrabble, dopingują dziecko do lepszej koncentracji. Dobre, stare gry planszowe świetnie nadają się do ćwiczenia uwagi. Jeśli sama nie grasz w szachy, twoje dziecko mo­że się nauczyć grać, korzystając z bogatej oferty szachowych pro­gramów komputerowych i komputerowych szachów. Aczkolwiek gra z rzeczywistą osobą, poza tym, że dostarcza więcej przyjem­ności, lepiej zachęca do wytężania uwagi i uczy radzenia sobie w rozmaitych sytuacjach. Jeśli dziecko szczególnie zainteresuje się grą w szachy, możesz nawet pomyśleć o klubie szachowym. Niestety, szachy nadal uważane są raczej za męską grę, jeśli więc masz córkę, będzie ona potrzebowała dodatkowych wzmocnień, żeby grać i prawdopodobnie nie zechce wstąpić do klubu szacho­wego.

•        Słuchanie opowiadań z kaset zamiast oglądania telewizji wymaga od dziecka znacznie większej koncentracji, ponieważ brakuje wte­dy bodźców wzrokowych.

•        Lekcje muzyki mają przede wszystkim przynosić radość z samej gry na instrumencie, ale nie ma co do tego wątpliwości, że angażują również uwagę.

Katya, której pięcioletnia córeczka jest nadpobudliwa ruchowo i lekcje skrzypiec pomagają jej w wydłużaniu okresu koncentracji, mówi:

Córka, kiedy gra, musi stać spokojnie i być skupiona, ale satysfakcja płynąca z faktu, ze zagrała cały utwór jest tak wielka, że się mobilizuje. Teraz, gdy grywa bardziej skomplikowane utwory, chętniej ćwiczy niż wte­dy, gdy wykonywała tylko bardzo proste.

Jeśli w szkole twojego dziecka nie ma dobrych indywidualnych lek­cji muzyki, skontaktuj się z ogniskiem muzycznym.
Pragnę jednak ostrzec przed popularną metodą uczenia muzyki, Suzuki. Całe życie zostanie podporządkowane nauce gry, i to nie tyl­ko życie waszego dziecka, ale wszystkich członków rodziny. Lekcji mu­zyki jest bardzo dużo i jeszcze więcej godzin ćwiczeń. Katya, której starsza, dziewięcioletnia córka uczy się grać na skrzypcach według tej metody, postanowiła znacznie ograniczyć czas praktycznych ćwiczeń.

Próbuję ją chronić, żeby muzyka nie zabierała jej całego dzieciństwa. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, w co się pakuję, kiedy córka powiedziała mi, że chce grać na skrzypcach. Wychowano mnie w przeświadczeniu, że gdy coś się robi, to trzeba robić to dobrze, ale ona przesadza. Godzina jej nie wystarcza, chce ćwiczyć więcej. W systemie nauki Suzuki rodzic ma siedzieć i przysłuchiwać się grze dziecka, więc mnie także jej gra pochła­nia mnóstwo czasu.

W szkole nauczyciele stosują różnorodne strategie, żeby poprawić koncentrację uwagi u zdrowych, nieuważnych uczniów. Starają się wzmacniać prawidłowe nawyki przez nagradzanie i punktowanie do­brych zachowań. Theresa opowiada, że nauczyciel jej sześcioletniego dziecka wiesza na ścianie dla każdego ucznia obrazek z nakrapianym dinozaurem i za każdym razem, kiedy dziecko siedzi spokojnie i kon­centruje się nad czymś wystarczająco długo, koloruje jedną plamkę. Tego typu proste systemy nagród mogą być użyteczne w domu.

Ośmioletni synek Rupy ma szczególny rodzaj problemu z koncen­tracją. W odróżnieniu od wielu dzieci nie rozprasza się pod wpływem rozmaitości zadań, natomiast ma trudności ze skończeniem jakiegokol­wiek szkolnego ćwiczenia. Chłopiec ciągle wykańcza swoje prace, po­nieważ w jego mniemaniu rysunek czy inne zadanie nie są na wystar­czająco dobrym poziomie, nie dorównują ideałowi, do którego dąży.

Rupa mówi:

Wiedziałam, że synowi bardzo zależy na kończeniu za­czętych prac, więc prosiłam nauczyciela, żeby pozwalał mu zabierać je do domu. Mając znacznie więcej czasu, doprowadzał je do końca i w ten sposób nauczył się planować swoje działanie.

Sztuka siedzenia w bezruchu przez godzinę lub dłużej jest, wbrew obiegowym sądom rodziców, możliwa do opanowania przez dzieci. Jessica mówi:

Na podstawie obserwacji dzieci w sali koncertowej uwa­żam, że ośmioletnie dziecko bez trudu może spokojnie wysiedzieć przez półtorej godziny, również wielu młodszym dzieciom to się udaje.

Ową umiejętność zdobywa się poprzez ćwiczenie. Jeśli uważasz, że w szkole zbyt mało uwagi przywiązuje się do siedzenia w ciszy i skupie­niu, możesz wprowadzić do rozkładu dnia dziecka zajęcia pomocne w nauczeniu się tego. Mówi Ismene:


 Myślę, że kościół jest dobrym miej­scem do ćwiczenia się w spokojnym siedzeniu. Wydaje mi się, że moje dzie­ci dobrze sobie z tym radzą, obowiązkowo chodzą co niedziela na mszę.


Rzeczywiście, jeśli będziesz na ślubie kościelnym, przekonasz się, że podczas ceremonii krzyczą i biegają te dzieci, które nigdy przedtem nie były w kościele. Natomiast te, które są przyzwyczajone do kościo­ła lub innego miejsca, w którym panuje specyficzna atmosfera, lepiej rozumieją powagę chwili i w konsekwencji zachowują się ciszej, są sku­pione i bardziej przeżywają wydarzenie. Nie ma to nic wspólnego z grzecznością lub niegrzecznością, jest to jedynie kwestia wyćwicze­nia. Dzieci, które są przyzwyczajone do cichego zachowania podczas nabożeństw, potrafią usiedzieć w skupieniu w kościele, nawet jeśli z natury są niespokojne i płaczliwe.
Rodziny niepraktykujące powinny pomyśleć o innych okazjach, uczestniczeniu w wydarzeniach, podczas których dzieci będą zmuszo­ne siedzieć spokojnie przynajmniej przez trzy kwadranse.

Lęki nocne

Jako dziecko, Louise, matka czwórki dzieci, przeżywała nocne koszmary. Chciała, żeby lęki nie trapiły jej dzieci. Kiedy byty malut­kie, postanowiłam, że nigdy nie powiem im, gdy się przebudzą, że pew­nie nie mogły spać z powodu złych snów. Postanowiłam w ogóle im nie mówić o snach, nawet nie wspominać. Czasem zrywały się w nocy, wówczas je uspokajałam. Kiedy moja najstarsza córeczka miała pięć łat, zbudziła się kiedyś mówiąc, że widziała „obrazy". W odpowiedzi usłyszała ode mnie, że to miło, bowiem „obrazy" mogą być również przyjemne. Wydaje mi się, że rodzice są skłonni zakładać, że dziecko budzi się tylko wtedy, gdy ma złe sny, a to nie musi być prawdą. Nie zo­stawiam na noc zapalonego światła. W pokoju, w którym śpią dzieci, jest ciemno, ponieważ nie chcę, żeby nabrały przekonania, że ciemno­ści trzeba się bać. Do naszego domu nie dochodzą światła z ulicy, więc ciemność jest totalna.

Wiele dzieci boi się, że intruzi wtargną do domu. Odzwierciedlają w ten sposób sensownie i całkowicie zrozumiale strach dorosłych przed przestępczością. I w tym wypadku nie należy wyśmiewać się z ich lęku, chociaż powinno się uspokajać, że włamywacze bardziej in­teresują się sprzętem elektronicznym niż zawartością dziecięcych po­kojów (kolejny dobry argument, żeby nie trzymać telewizora w poko­ju dziecka). Z tego też powodu nie zakładaj automatycznie, że każde dziecko powinno mieć własny pokój. Wielkim komfortem może być dla malca świadomość, że inna istota ludzka śpi z nim w tej samej sy­pialni.

Klasycznym sposobem radzenia sobie z nocnymi lękami dziecka jest przeniesienie go po obudzeniu do swojego łóżka. Czasem rodzice, ojciec lub matka, przenoszą się z małżeńskiego łoża do łóżka dziecka. Metoda ta daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, a rodziców, którzy sami są półprzytomni i muszą rano wstać do pracy, zwalnia z uciążli­wego obowiązku uspokajania wystraszonego malca. Do tego rozwiąza­nia uciekali się moi rodzice, kiedy jako dziecko nie mogłam zasnąć z powodu lęku przed ciemnością.
Jednak chowanie się w matczynym łóżku nie likwiduje samego stra­chu. W moim przypadku mój własny pokój stopniowo stał się miej­scem, z którego należy uciekać, a nie schronieniem. Napawało mnie lękiem nie tylko budzenie się w ciemnościach, ale także wchodzenie do łóżka po ciemku, ponieważ w moim przeświadczeniu bezpiecznym miejscem w domu był pokój rodziców, a nie mój. Pokonanie strachu przed ciemnością wiele mnie kosztowało i nadal nie jestem pewna, czy ostatecznie go przezwyciężyłam.

Uspokajaj dziecko, ale staraj się zatrzymać je we własnym łóżku. Rozmawiaj z nim o przyjemnych rzeczach, które zdarzają się w nocy – przyjęcia, nocne loty do odległych krajów, opowiadaj, jak w nocy oży­wiają się zwierzęta, które zbyt boją się ludzi, żeby wychodzić z kryjó­wek w dzień. Unikaj za wszelką cenę przerażających książek i filmów przed spaniem. Twarda teoria „hartowania" nie sprawdza się w przy­padku dzieci, które bardzo łatwo wystraszyć.

Niektórzy rodzice do absurdu przejęci teorią, że należy z życia dziecka usuwać wszelkie przedmioty mogące budzić strach, wynoszą cierpliwie z pokoju dzieci wszystkie rzeczy, których mogą one się bać w półmroku. Oczywiście dziecięcy pokój powinien być jak najbardziej przyjazny, ale musimy uważać, żeby nie osiągnąć stanu, w którym ule­gając kaprysom dziecka i traktując jego niepokój zbyt poważnie, sami zaczniemy utwierdzać w nim poczucie lęku. Jeśli wynosisz co noc z sy­pialni dziecka ciężkie meble, bo malec nie chce, żeby z szuflady wysko­czy! potwór, albo usuwasz poduszki z foteli, bo wyglądają „dziwnie", to znaczy, że już jest najwyższy czas, żeby powiedzieć: Popatrz, to jest zwykła poduszka, a nie żaden potwór.

Niektórzy radzą, by – kiedy dziecko zerwie się w nocy z krzykiem, że w kredensie siedzi duch, albo jakieś inne straszydło wygląda z kąta – nie patrzeć w miejsce przez nie wskazywane i nie otwierać mebla, chcąc udowodnić i pokazać, że nic tam nie ma. Moim zdaniem ta ra­da jest pozbawiona sensu. Nie mówiąc o tym, że trudno jest pamiętać o tak nienaturalnym zachowaniu w środku nocy, znacznie mądrzej jest zapalić światło i spokojnie, szybkim, zdecydowanym ruchem popukać w kredens.

Najbardziej skuteczną taktyką jest rozmawianie o nocnych lękach w ciągu dnia. Najlepiej omawiać je w miarę często i uparcie powta­rzać dziecku, że rzeczy, których się boi, istnieją jedynie w jego wy­obraźni. Nie czekaj z rozmową aż do wieczora. Mów o lękach tylko przy jasnym dziennym świetle, wtedy jest większa szansa, że dziecko je przezwycięży.

Przezwyciężanie lęków

Doświadczeni rodzice wiedzą, że nigdy nie można być pewnym, cze­go boi się dziecko. Patricia wspomina:


Matka kolegi syna pokazała pię­cioletnim chłopcom film „Szczęki" na wideo. Byłam przerażona i wście­kła, a tymczasem wydaje się, że film nie miał negatywnego wpływu na syna. Natomiast kiedy oglądał w domu film powstały na podstawie książ­ki Roalda Dahla (znany angielski współczesny autor książek dla dzieci) tak się wystraszył, że musiałam przerwać projekcję. Nie domyśliłabyś się, co go tak przeraziło. Otóż zareagował takim lękiem na pomysł przeobra­żenia małego chłopca w mysz.

Jocasta zabrała swoich synów sześcio- i dziewięcioletniego do kina na kreskówkę o przygodach słonia imieniem Barbar. Chłopcy rzadko chodzą do kina, i ku zdumieniu matki bardzo wystraszyli się sceny, w której nosorożce plądrowały miasto słoni. Na innych dzieciach sce­na ta nie zrobiła żadnego wrażenia. Jocasta podejrzewa, że jej synowie po prostu nie byli odpowiednio „odwrażliwieni". Teraz, w wieku ośmiu i jedenastu lat, mogą oglądać umiarkowanie brutalne filmy.

Jeśli dziecko widziało coś niewiarygodnie przerażającego i wygląda na bardzo wystraszone, możesz nieco zredukować jego strach, poka­zując, w jaki sposób ten straszny efekt uzyskano. Chociaż, jak sama się przekonałam, można wyjaśnić, że to nie krew, tylko czerwona farba, ale wyperswadować, że cudowne ożywienie to efekt komputerowy, jest znacznie trudniej.

Wyjaśnienie, jak osiągnięto efekt specjalny, nie załatwia sprawy, ponieważ straszny obraz eksplodującej głowy lub jakiejś innej potwor­ności tkwi w umyśle dziecka. Dzieci są znacznie bardziej wrażliwe, niż to się dorosłym wydaje, na budzące grozę epizody, dlatego lepiej za­chowywać wzmożoną ostrożność na wypadek pojawienia się w filmie mrożącej krew sceny.

W społeczeństwie panuje przekonanie, że dzieci powinny być „har­towane", aby mogły sobie radzić z olbrzymim ładunkiem przemocy i terroru oglądanym na ekranie. Ja mam do tej sprawy podejście am­biwalentne. Sześciolatek w 1997 roku przebywa na tym świecie do­kładnie tyle samo, co sześciolatek w 1950 roku i obaj mieli dokładnie tyle samo czasu, żeby napatrzeć się na rzeczy wywołujące strach. Umysł dzisiejszego sześciolatka nie stał się wcale bardziej dojrzały. Ja­ko rodzic nie musisz hołdować filozofii „hartowania", ale nie możesz również liczyć na to, że uda ci się ochronić dziecko przed wszelkim strachem, tak samo jak nie możesz się spodziewać, że na zawsze uda ci się je uchronić przed złymi wpływami.

Ważniejsze jest, aby uczyć dzieci, jak radzić sobie ze strachem i jak unikać rzeczy, co do których mają pewność, że będą wywoływać lęk.

Pakiet ratunkowy: uzależnienie od horrorów

Jeśli twoje dziecko przejawia obsesje na punkcie horrorów, musisz działać szybko i zdecydowanie. Nie mów „Nie bój się!", kiedy dziecko się boi. Spokojnie, wytrwale przekonuj, nie popadając przy tym w ob­sesję, że lęki jego są bezpodstawne. Tłumacz, że „strachy" są wytwo­rem wyobraźni pisarza lub reżysera, którzy chcą dobrze sprzedać książkę lub film. Rozmawiaj z nim o różnicy pomiędzy faktami a fik­cją literacką.

Spytaj, dlaczego chce czytać coś, co z założenia ma je wystraszyć. Czy chce sobie udowodnić, że jest odważne? Może porozmawiacie o autentycznych doświadczeniach, takich jak jazda konna, pływanie kajakiem czy wspinaczka górska, które wymagają prawdziwej odwagi.

ście wystraszone jest tym, co przeczytało lub zobaczyło, po prostu pozbądź się tych książek lub filmów wideo. Nie próbuj organizować jakiegoś rytualnego palenia ani nie odprawiaj egzorcyzmów. Takich praktyk pełno jest w horrorach, więc nie włączaj się do gry inspirowanej przez autorów owych książek czy filmów.

Omów z dzieckiem szczegółowo, co dokładnie, które fragmenty czy obrazy wywołują niepokój. Dziecko może wstydzić się swoich lęków, więc się z niego nie wyśmiewaj. Dopóki nie wyrzuci ich z siebie, będą w nim tkwić, aż po wiek dojrzały. Po.przedyskutowaniu z dzieckiem je­go lęków zmień temat. Twoim zadaniem jest przywrócenie dziecka do realnego świata. Pokaż mu, że w prawdziwym świecie też jest dużo zła, któremu trzeba się przeciwstawić – znęcanie się nad dziećmi i zwierzę­tami, ignorancja, choroby, bezdomność, uzależnienie od narkotyków, rozpad rodziny. Rozejrzyj się wkoło, w jaki sposób twoje dziecko mo­że zwalczać rzeczywiste zło, na przykład poprzez uczestniczenie w ak­cji zbiórki pieniędzy na cele charytatywne lub zaprzyjaźnienie się z sa­motnym kolegą w szkole.

Uświadom dziecku, że to ono odpowiada za to, co czyta i ogląda. Pewna rozsądna matka powiedziała swojej ośmioletniej córce, która oglądała w samolocie ponury dreszczowiec i była potem bardzo wy­straszona:


Mówiłam ci, że to będzie przerażające, ale nie słuchałaś i po­stanowiłaś oglądać. Teraz już wiesz, że nie lubisz tego rodzaju filmów, że powinnaś ich unikać.

Zwróć uwagę na podśmiewające się z lęków brata czy siostry ro­dzeństwo i ukróć te praktyki. Jeśli będą z tym trudności, wprowadź za­sadę, że nie wolno dokuczać, a tym, którzy docinkami sprawiają przy­krość, wymierzaj karę lub odbieraj przyjemności – zakaz oglądania telewizji, odbywania wizyt koleżeńskich itd. A przede wszystkim wyja­śnij, że nie ma nic złego w tym, że ktoś się czegoś boi.
Jeśli uda ci się trzymać horrory z daleka od dzieci, przynajmniej do okresu dojrzewania, tym lepiej. Louise mówi:

Moja dziesięcioletnia córka miała koszmary nocne po przeczytaniu książki przeznaczonej dla jej grupy wiekowej. Próbowałam ją przekonać, że to nie była prawdziwa historia. Niestety, trudno jest się pozbyć męczącego strachu. Moje zapew­nienia byty pomocne, ale gdy ziarno zostało już posiane, rośnie.

Opowiadania z gatunku horrorów, filmy horrory i strach

Najnowszym i najpotężniejszym trendem w dziecięcej literaturze staje się horror. Chodzi głównie o opowiadania, w których celowo na­śladuje się najbardziej ponury, bezsensowny strach i sadyzm z książek tego gatunku dla dorosłych. Owa literatura zdobyła sobie pozycję na rynku wydawniczym, jako jedna z usankcjonowanych form twórczości dla dzieci, co z oczywistych powodów wywołuje uzasadnione oburze­nie rodziców.

Opowiadań z gatunku horrorów nie należy mylić ze starymi, tra­dycyjnymi bajkami lub z cudownymi opowieściami z końca dziewięt­nastego i początku dwudziestego wieku o treści fantastyczno-symbolicznej, jakie występują u C.S. Lewisa w „Kronikach z Narni" lub u Georga MacDonald'sa („At the Back of the North Wind"). W tam­tych książkach odwoływano się do lęków, aby przełamać strach, budo­wano modele symbolizujące świat dorosłych i jego wyzwania. Horror nie spełnia żadnej z tych funkcji, wzbudza strach dla samego strachu. Nie oferuje żadnego sposobu uwolnienia się od lęków. Różnica mię­dzy fantastycznymi opowiadaniami J.R.R. Tolkiena, takimi jak „Hob- bit", a horrorami dla dzieci jest podobna do różnicy między strachem, jakiego doznaje dziecko, gdy jest zaczepiane przez agresywnych kole­gów, a lękiem przed potworami, duchami czy czarownicami czyhający­mi w ciemnościach. O ile dziecko jest w stanie pokonać lęk przed ata­kującymi go napastnikami i poradzić sobie w zaistniałej sytuacji, o tyle w przypadku strachów pod łóżkiem lęk jest całkowicie irracjonalny.

Powieści horrory stanowią świetną pożywkę dla rozbudzenia obse­syjnych zainteresowań okultyzmem. Rozwój praktyk okultystycznych jest jednym z najbardziej niepokojących zjawisk we współczesnym świecie. Potwierdzają słuszność tezy G.K Chestertona, który uważał, że z chwilą, gdy człowiek zaprzestanie wierzyć w Boga, uwierzy w co­kolwiek. Dzieci szczególnie łatwo ulegają fascynacji okultyzmem i sa­tanizmem, szybko można je wciągnąć w tajemne rytuały. Popularność literatury z gatunku horroru sprawia, że wzrasta wśród młodych ludzi zainteresowanie okultyzmem i specyficzną atmosferą, jaką wytwarza­ją wokół siebie jego wyznawcy.

Książki z gatunku horroru to wielki, dochodowy biznes. Znane, cie­szące się dużym uznaniem wydawnictwa oferują młodzieży serie tema­tyczne poświęcone strachom i duchom. Książki te nabywają rodzice, ponieważ są reklamowane jako odpowiednie dla dzieci, które czytają niechętnie. W rezultacie powstaje wrażenie, że generalnie taka litera­tura nie jest szkodliwa.

Dla młodszych dzieci producenci przygotowali olbrzymi wybór za­bawek „straszydeł", utrzymanych w konwencji wczesnych filmów z ga­tunku horroru. Na rynku są, mające śmieszyć, figurki wampirów, Frankensteina, poruszające się ludzkie korpusy. Pozornie zabawki te wyglądają niewinnie, trzeba jednak pamiętać, że przerażające elemen­ty ze starych bajeczek dla dzieci stały się mniej przerażające dopiero wtedy, gdy spowszedniały. Jedynym zadaniem zabawek „straszydeł" jest właśnie przybliżenie maluchom horroru. Dzieci oswoją się ze stra­chami, a później, już jako dorośli, będą kupować „straszne" książki i filmy.

Zaniepokojona jestem tym, że dla małych dzieci popularne czarow­nice z reguły przedstawiane w kreskówkach jako jowialne postacie, są pierwowzorem szaleńców z horrorów. Podobnie jak zabawki „straszy­dła", bohaterowie Meg i Mog czy Grotbags (postacie z angielskich ba­jek) wprowadzają dzieci w konwencję horroru i okultyzmu, przygoto­wując je na przyjęcie większych dawek strachu w przyszłości.

Większość zabawek „straszydeł", zarówno tych, które z założenia mają budzić grozę, jak i tych rozweselających, skupia się na śmierci i życiu po śmierci. Przez to wiele dzieci traci rozeznanie co do praw­dziwego znaczenia umierania. Kiedy więc rodzice lub inni dorośli ma­ją za zadanie pomóc dziecku przeżyć prawdziwą śmierć bliskiej osoby, czują się bezradni. Wyobrażam sobie, jak traumatycznym przeżyciem dla dziecka, któremu umarła matka, jest przeczytanie w książce, że mama mogła przemienić się w przerażającą kreaturę i powróci, żeby go straszyć.

Kiedy już dzieci zasmakują w horrorach, bardzo trudno je do nich zniechęcić. Podobnie jak w przypadku przyzwyczajenia się do soli w potrawach. Nie wyczuwa się obecności soli w posiłkach, ale gdy jej nie ma, jedzenie wydaje się mdłe.

Wielu specjalistów zajmujących się literaturą dziecięcą uważa hor­rory za wartościowy gatunek literacki, ale zadziwiająco często nie chcą, żeby ich własne dzieci sięgały po takie lektury. Jeden z nich, wpływowy recenzent książek dla dzieci, powiedział mi kiedyś:

 Nie ujawniam nigdzie, że osobiście nienawidzę horrorów. Myślę, że dzieci czy­tają je przez krótki okres, a potem zarzucają. Jeżeli ten gatunek jest w sta­nie pozyskać czytelników wśród dziewięcio-, dziecięcio- czy jedenastolet­nich chłopców, to warto go rozwijać. Jako profesjonalista jestem zadowo­lony, że ten rodzaj powieści istnieje, ale jako ojciec cieszę się, że moi chłopcy nie chcą tego czytać.

Nie jestem pewna, czy rzeczywiście dzieci odchodzą od horrorów. Olbrzymia liczba młodych czytelników jest od nich uzależniona.
Jeśli nie chcesz zabronić czytania określonych książek w obawie, że staną się bardziej frapujące, zadbaj przynajmniej, żeby dostępna dzie­ciom oferta była jak najbogatsza. Korzystaj z biblioteki publicznej i szkolnej, organizuj wymianę wśród znajomych, zajrzyj do antykwaria­tu. W ten sposób dzieci będą miały znacznie większy wybór.

Co sprawia, że dzieci chcą czytać tylko i wyłącznie horrory? Czy możliwe, że jest to spowodowane brakiem odpowiedzialności i swobo­dy, nadmierną kontrolą ich życia przez dorosłych? Lydia, której dzie­ci mają duży margines wolności i nawet same podróżują pociągami na znaczne odległości, zaobserwowała, że nie zdradzają one żadnego za­interesowania horrorami.

W tym roku spędzaliśmy Wielkanoc z kuzyna­mi i jedno z ich dzieci przez całe święta czytało horrory. Moim dzieciom coś takiego w ogóle nie przychodziło do głowy. Nawet najstarszego, trzy­nastoletniego syna nie kusiło, żeby sięgnąć po horror. Był natomiast zły, że kuzyn, którego bardzo lubi, nie chciał się z nim bawić.

Czy to możliwe, że dzieci takie jak Lydii, od małego uczone zarad­ności, nie odczuwają potrzeby wzbudzania w sobie strachu horrorami? Czy to możliwe, że skazane na dom i samochód dzieci w ten sposób szukają brakującego w ich obsesyjnie bezpiecznym życiu uderzenia ad­renaliny?

Nikomu nie służy czytanie tylko jednego typu książek, ale w przy­padku horrorów jest to bez wątpienia bardzo szkodliwe. Dziecku, któ­rego umysł wypełniony jest obrazami gnijącego ciała, tortur i wrogości w najrozmaitszych jej przejawach, trudno znaleźć odniesienie do nor­malnego świata.

Poznałam kiedyś dwie amerykańskie nastolatki uzależnione od hor­rorów i zafascynowane okultyzmem. Dziewczyny te były przekonane, że jeśli gałęzie drzewa stukają w okno, to znaczy, że przemieniły się w diabelskiego potwora, który w każdej chwili może zbić szybę i po­rwać je z łóżek. Zwykły las jawił się im jako straszny i przerażający. Nie widziały w nim piękna. Obie panny, co jest niezwykle interesujące, by­ły bardzo pilnowane i miały niewiele swobody.

Lęk rujnował ich życie. Rodzice próbowali poradzić sobie z kosz­marnym strachem córek, stosując w domu pewnego rodzaju rytuały, wywodzące się z ruchu New Age. W rezultacie tych zabiegów dziew­czynki bały się jeszcze bardziej. Rodzice, zachowując się tak, jakby lę­ki dzieci były uzasadnione, nieumyślnie wzmacniali w nich poczucie zagrożenia.

Niechętnie czytający

Nie ma potrzeby, żeby w tym poradniku powielać tuziny rad doty­czących nauki czytania. Jeśli twoje dziecko nie zaczyna interesować się książkami w wieku sześciu lat, albo w wieku dziewięciu gotowe jest zrobić niemal wszystko z wyjątkiem czytania książki, nie zamartwiaj się, nie jesteś osamotniona. Wielu skutecznych i troskliwych rodziców ma dzieci, które niechętnie czytają. W skali kraju poziom czytania, szczególnie wśród chłopców, nie daje powodów do dumy, nie myśl więc, że tylko twoje dziecko jest niechlubnym wyjątkiem.

Możesz pomóc dziecku polubić czytanie i w tym celu wcale nie mu­sisz kupować mnóstwa koszmarnych książek z gatunku horrorów.
Wspólne czytanie na dobranoc lub w innej porze dnia nasuwa się naturalnie, jako najbardziej oczywisty sposób na pozyskanie czytelni­ka. Jeśli twoje dziecko przyzwyczaiło się do telewizji lub do słuchania opowiadań z kaset, warto zacząć to ograniczać i proponować w zamian książki. Pozwól dziecku czytać w łóżku jak długo ma ochotę, nawet je­śli jest to w porze, kiedy powinno już spać.
W sobotnie przedpołudnia lub w czasie wakacji organizuj specjalne przyjęcia, podczas których dzieci będą mogły wymieniać się książkami. Zaproś pół tuzina przyjaciół. Niech każdy przyniesie ze sobą sześć książek, które już nie są mu potrzebne. Ty rozłóż poduchy na podło­dze w salonie i przygotuj dzieciakom mały poczęstunek.

Szukaj nowych form czytania. Wszystko, co pokaże się na ekranie komputera, będzie dla dziecka bardziej atrakcyjne, bo nie kojarzy się z czytaniem. Dlatego, jeśli masz w domu komputer PC, zaopatrz się w gry bez przemocy, za to z dużą przewagą tekstu. Jeśli cię na to stać, pomyśl o zestawach multimedialnych i encyklopedii na CD- -ROM-ie. Inicjuj zajęcia, w których czytanie jest podstawą, na przy­kład gotowanie według przepisu z książki kucharskiej, gry planszo­we lub słowne.

Zaproponuj prowadzenie dziennika wieczornych lektur. W tym ce­lu przymocuj do ściany arkusz papieru, żeby dziecko mogło zapisać ty­tuł i autora każdej przeczytanej książki. (Pamiętaj o notowaniu nazwi­ska autora, żeby dziecko zrozumiało, iż historyjki, które czyta, są nie tylko wydrukowane, ale najpierw zostały napisane przez konkretną osobę). Na początek nie wieszaj na ścianie zbyt dużego arkusza, po­nieważ wielką satysfakcję będzie przynosiło dziecku zapełnianie po­wierzchni kartki.

Próbuj zaprezentować dziecku różnorodne teksty. Zbiorki dowci­pów, informatory, komiksy (tak samo służą do czytania, jak opowiada­nia), powieści historyczne, przygodowe, poezję.

Jeśli dziecku spodoba się jakaś książka, zaproponuj, żeby napisało o tym do jej autora. Do każdego pisarza możesz wystosować list na rę­ce wydawcy, szukaj adresu na stronie, tam gdzie umieszczona jest in­formacja o prawach autorskich.

Zachęcaj dziecko do tworzenia własnych książek na zszytych kart­kach papieru. Stwórzcie specjalny album, dokumentujący wydarzenia ważne dla dziecka, np. kronikę spotkań piłkarskich, recenzje z ogląda­nych filmów (w których dziecko oczywiście będzie mogło wyrazić swo­ją opinię).

Allan Ahlberg, jeden z najpoczytniejszych dzisiaj w Wielkiej Bryta­nii autorów książek dla dzieci, powiedział mi kiedyś, że z tysięcy li­stów, które dostaje od młodych czytelników, najbardziej lubi te, w któ­rych pisaniu uczestniczyła cała rodzina. Pisarz szczególnie ceni sobie list od matki sześcioletniego chłopca, w którym opisała, jak jej syn po­stanowił zostać słynnym autorem, takim jak Allan Ahlberg. Chłopczyk urządził sobie gabinet w suszarni, wstawał o szóstej rano i tworzył ma­leńkie książeczki z historyjkami na zszywanych i sklejanych samodziel­nie kartkach papieru.

Myślenie i rozmawianie

Wszyscy rodzice, z którymi przeprowadzałam wywiady do tej książ­ki, byli poleceni przez osoby, które uważały ich za wyjątkowo dobrych w radzeniu sobie z rodzicielstwem. Zapewniali swoim dzieciom szczę­śliwe i wartościowe dzieciństwo. Z przyczyn oczywistych starałam się znaleźć podobieństwa między tymi rodzinami. Najbardziej zdumiał mnie fakt, że wszyscy czytali swoim dzieciom codziennie wieczorem, choć pociechy dawno już opanowały tę sztukę. Niektórzy kontynuowa­li czytanie dziesięcio- i jedenastolatkom.
Nie wiem, czy jakiś bardzo zapracowany rodzic rzeczywiście czyta wieczorem swoim dzieciom przez telefon komórkowy, jak sugerowano w niezwykle popularnej kampanii reklamowej, ale przyznaję, że sam pomysł trafił mi do przekonania.

łona, bardzo zajęta pracująca matka, dla dzieci rezerwuje godzinę po przyjściu do domu o osiemnastej trzydzieści. Prowadzi z nimi po­ważną, jak przystoi kobiecie interesu, zakrojoną na dużą skalę akcję czytelniczą. Opowiada o tym następująco:

Najpierw około dwudziestu minut czytam trzylatkowi, a potem około półgodziny spędzam z siedmio­letnią córką. Ona czyta mnie, a ja jej. Ostatnio poznajemy Kroniki z Na­mi (C.S. Lewisa). Częściowo słuchamy tekstu z taśmy, częściowo córka czyta sama, a trochę ja. To jest poważne przedsięwzięcie, potrzeba nam na to kilku miesięcy. Wolałabym, żeby więcej czytała sama, ale obawiam się, że jeśli przestanę ją wspierać, nie poradzi sobie.

Dzięki wspólnemu czytaniu dzieci zaczynają postrzegać ową czyn­ność jako coś, co przynosi dorosłym radość i pożytek. Gdyby nie czy­tanie na dobranoc, czy dzieci często widywałyby cię skupioną nad książką? Marsha, matka siedmiolatka i dwóch starszych chłopców, za­obserwowała, że młodszy syn zachęcił się do czytania głównie dlatego, że zazdrościł starszym braciom tej umiejętności.
Pary, które czytają sobie nawzajem, twierdzą, że wspólne czytanie w większym stopniu wpływa pozytywnie na ich związek, niż Ann Sum- mers. Nawet zwykłe czytanie z dziećmi ich książki jest czymś więcej niż zabawą, to bardzo jednoczy rodzinę.
Mówi Nancy:


 Szkoła zaleca dzieciom głośne czytanie codziennie rano przez dziesięć minut. Od czasu do czasu nakłaniamy dziesięciolatka do przeczytania czegoś z gazety. Sześcioletnia córka czyta głośno codziennie przez dziesięć minut, a potem może czytać sobie po cichu.

Nie musisz zdawać się na szkolne zasady. Jeżeli szkoła twoich dzie­ci nie narzuca wieczornego czytania, ty sama możesz wprowadzić taki zwyczaj.