Archive for the ‘Obowiązki, pieniądze, rzeczy codzienne’ Category

Ubiór

Mówi Breda Joyce:

 Dzieciom szczególnie zależy na tym, żeby mieć własny, często bardzo wyszukany styl. Chcą być o krok przed rówieśnika­mi, chcą uchodzić za światowców. Zdarza się jednak i tak, że to rodzice pragną, by ich pociechy były ubrane modnie, „na czasie" i w jak najlep­szym stylu, by to właśnie na nich się wzorowano. Spotkałam kiedyś mat­kę, która nie chciała pójść do miasta z trzynastoletnią córką, ponieważ ubranie dziewczynki odbiegało od obowiązującego aktualnie stylu. W stroju dziecka nie było nic niewłaściwego. Po prostu matka chciała, żeby córka zważała na modę i podobała się chłopcom już w wieku trzyna­stu lat, kiedy to na ogół dzieci raczej nie przejawiają istotnego zaintereso­wania płcią przeciwną. Rodzice patrzą na dzieci jak na swoje odbicie, a nie jak na osoby, które mają prawo do zachowania własnej indywi­dualności.

Rupa, Hinduska, matka dwójki dzieci, uważa, że dostępne na ryn­ku stroje dla dziesięcioletnich dziewczynek są zanadto kobiece – de­kolty w bluzkach i bardzo obcisłe szorty. Jest to niestosowne. Chce, że­by jej córka ubierała się praktycznie i wygodnie, żeby wyglądała jak dziewczynka, a nie jak kobieta.

Już w wieku ośmiu lat dziewczynki interesują się modą, a około je­denastu ubiór staje się tematem niezwykle drażliwym. Jessica, której starsza córka przeszła do prywatnej, średniej szkoły, mówi:

Dziewczyn­ki uznają tylko jeden kolor dżinsów, jeśli chodzi o buty, największym uznaniem cieszą się glany Doc Martens.

łona, matka siedmioletniej córki, dodaje:

Jestem przerażona moral­ną presją, jaką na rodziców wywierają dzieci, uczniowie szkoły podstawo­wej. Ci, których nie stać na zakup butów typu Adidas, są wręcz do tego zmuszani, a groźby dzieci wcale nie brzmią jak żarty. Ja nie widzę powo­du, żeby kupować takie buty. W naszym klimacie są niepraktyczne.

Mówi Belinda:


Kiedy po raz pierwszy zapłaciłam pięćdziesiąt funtów za parę sportowych butów dla mojego najstarszego syna, byłam zszoko­wana. Niestety, musiał dostosować się do kolegów. Ubiór staje się kodem rozpozna w czym.

Mówi Gina:


Moja córka, kiedy jeszcze była dzieckiem, koniecznie chciała być modnie ubrana. Myślałam, że to dlatego, iż mieszkamy w Londynie. Ale to nieprawda. Na prowincji dzieci stroją się tak samo. Za moich czasów nie było wyboru ubrań. Te, które dostawaliśmy, pocho­dziły z bazarów, ze sklepów z używaną odzieżą. Nowe stroje kupowało się na Boże Narodzenie, Wielkanoc czy inne specjalne okazje. Moja dziewię­cioletnia córka może przebierać, stać nas na ubrania dla niej. Ogląda ciuchy w telewizji, reklamy zachęcają wciąż do zakupów.

Obcokrajowcy traktują zamiłowanie Brytyjczyków do szkolnych mundurków jako rodzaj nieszkodliwego bzika lub narodową osobli­wość. Ja jednak myślę, że jest to jedna z kilku ostatnich rzeczy w bry­tyjskich szkołach, która jest dobra. Mundurek wspaniale niweluje róż­nice. Daje dzieciom możliwość ujawniania własnej indywidualności na poziomie znacznie głębszym niż wygląd zewnętrzny. W szkołach pań­stwowych, w których dzieci z bardzo zróżnicowanych środowisk muszą uczyć się i bawić razem, mundurek sprzyja nawiązywaniu kontaktów towarzyskich. W szkołach prywatnych również jest elementem pozy­tywnym, ponieważ dzieci są z natury snobami i są niezwykle wrażliwe na niuanse bogactwa i gustu.

Nessa mówi w imieniu milionów rodziców, którzy odetchnęli z ulgą, gdy zostały wprowadzone obowiązkowe stroje szkolne. Od wczesnego dzieciństwa toczyłam wojnę z córką o ubrania. Nie o jedzenie, bo w tej sprawie dałam jej wolną rękę. Uznałam, że życie jest zbyt krótkie, żeby handryczyć się o żarcie. Ale ubranie to coś innego. Ona przez strój pra­gnęła wyrażać swoje prawo do zachowywania własnej indywidualności.

Wojny o ubranie są okropne, traci się na nie mnóstwo czasu. Wyda­je ci się, że nie posunęłaś się ani o krok, od kiedy twoje maleństwo racz­kowało po podłodze i ściągało z siebie rzeczy. Maluch, który rozbie­ra się dwadzieścia razy dziennie, celebruje fakt, że potrafi to zrobić. Dziecko, które upiera się przy noszeniu zupełnie niestosownych ubrań, celebruje fakt, że ma do tego prawo. Jeśli trzęsie się z zimna lub oble­wa potem z gorąca, to trudno. Dokonało takiego wyboru i musi samo wyciągnąć wnioski. Jedyne, co można zrobić, to pozwolić dziecku decy­dować o własnym ubiorze, pod warunkiem że na specjalne okazje zgo­dzi się ubrać w to, co mu naszykujesz, oraz że zadba o drogie rzeczy (np. córka nie będzie się wspinać na drzewa w wizytowej sukience).

Trący, która ma sześcioletnie bliźniaczki i troje młodszych dzieci, mówi:


Umowa jest taka, że same wybierają ubrania w dni bez szkoły, chy­ba że jest jakaś specjalna okazja. Bywa tak, że palę się ze wstydu, kiedy pojawiają się w kościele lub z wizytą u przyjaciół w niesamowitych zesta­wieniach. Ale ponieważ rzadko interweniuję, nie mają nic przeciwko, gdy czasem coś im narzucam.

Czy kupujesz ubrania wspólnie z dziećmi? Czy pozwalasz dzieciom, które mają hopla na punkcie strojów, wybierać samodzielnie ubrania? Czy kupujesz im rzeczy, kiedy są w szkole i stawiasz przed faktem do­konanym? Począwszy od siódmego roku życia, ważne się staje rozwi­janie umiejętności odpowiedzialnego nabywcy.

Marion zaobserwowała u swojej córki wielkie pragnienie samo­dzielnego dobierania ubrań już od szóstego roku życia:

Mówiła, że nie­koniecznie musi mieć taki gust, jak ja. Chodziłyśmy na zakupy razem, i z moją poradą ona wybierała rzeczy. Nigdy nie kupiłyśmy niczego, co by się jej nie podobało. Pamiętam, że jako mała dziewczynka dostawałam ubrania, które w ogóle mi się nie podobały i nie chciałam, żeby moja cór­ka doświadczała tego samego.

Jeśli twoje dzieci nie mają wymagań dotyczących ubrań, masz szczę­ście. Niech pozostaną dziećmi, sama kupuj im stroje, a zaoszczędzisz mnóstwo czasu. Z drugiej strony, te wybredne muszą nauczyć się być wybrednymi w sposób twórczy. Niech przekonają się na własnej skó­rze, że właściwe zestawienie ze sobą różnych rzeczy naprawdę jest sztuką. Warto również uświadomić dzieciom, że należy się ubierać sto­sownie do okazji, a przede wszystkim zdawać sobie sprawę, na które rzeczy, z tych oglądanych w sklepach, je stać.

 

Dobrą zabawą, i na pewno mniej stresującą finansowo, jest wyszu­kiwanie ciekawych ubrań w sklepach z używaną odzieżą. Tutaj możesz pozwolić dziecku nawet na zły wybór, córka przekona się z czasem, że nigdy nie włoży przyciasnej spódnicy, bo będzie jej w niej niewygodnie, a syn stwierdzi, że o kilka numerów za duża bluza to nie najlepszy strój na upalne lato.

Pasjonaci strojów piłkarskich oraz innej drogiej odzieży i butów są wielkim zmartwieniem dla rodziców. Firmy ubierające drużyny piłkar­skie bardzo sprytnie zmieniają co sezon układ pasków na koszulkach i spodenkach. Z tego powodu rodzice nawet nie mają co marzyć, że zeszłoroczny, szokująco drogi strój piłkarski starszego brata da się wcisnąć w tym roku młodszemu. Ten ostatni raczej pójdzie do szkoły w piżamie siostry z rysunkiem kucyka na piersi, niż w koszulce z nie­aktualnym układem pasków.

Chęć posiadania stroju, który świadczy o przynależności do grupy, jest bardzo silna. Dla chłopców niezwykle ważne są ubrania piłkarskie, obuwie, akcesoria do deskorolek. Jeśli nie możesz wyciągnąć dziecka z grupy, która wywiera na niego zbyt duży nacisk w kwestii stroju, przynajmniej popracuj nad jego samodzielnością. Jedenastoletniemu synowi Marsha zapowiedziała, że musi sam uzbierać pieniądze na ko­szulkę klubu Arsenał i chłopak zgromadził odpowiednią sumę z bar­dzo skromnego kieszonkowego. Chłopcy zrobią wszystko, żeby zdobyć strój piłkarski, może nawet posprzątają pokój.

Od chcenia do cieszenia się

Trący, matka piątki dzieci, od niemowlaka do siedmiu lat, często wychodzi z parku bez grosza w portmonetce, ponieważ obrzydło jej już powtarzanie, że lody są zbyt drogie i nie może ich kupić. Trący chcia­łaby mieć inny argument.

Przez jakiś czas można żonglować argumen­tem, że coś, o co się dopominają, jest zbyt drogie. Nie można jednak z tym przesadzać, bo w końcu dziecko dojdzie do wniosku, że gdybyś miała wię­cej pieniędzy, kupiłabyś daną zabawkę. Ono musi wreszcie zrozumieć, że ta czy inna zabawka jest mu niepotrzebna i nie dostanie jej, nawet jeśli cię na nią stać.

Kim opowiada:


Powiedziałam mojej dziewięcioletniej córce, że do­mek Barbie jest jej zupełnie niepotrzebny. Odpowiedziała mi rozdrażnio­nym tonem, że jeśli nie zamierzam kupić jej domku na urodziny, będzie zmuszona zrobić go sama. I rzeczywiście, urządziła dom w szafie w sypial­ni. Jest naprawdę śliczny, znacznie lepszy od oryginalnego. Lalki usadzi­ła dookoła stołu nakrytego do podwieczorku.

Pragnienie czegoś, czego nie możesz kupić, próbuj zamienić w wy­obraźni dziecka w fantazję, w coś, co będzie przyjemnie tworzyć. Tak postępuje Rita, niezamężna matka trójki dzieci, która ma bardzo ograniczony budżet.

Próbuję oddziaływać na ich wyobraźnię. Przypuść­my, że dzieci marzą o pójściu do restauracji McDonald śa. Wtedy mówię, że byłoby wspaniale mieć furgonetkę pieniędzy. Moglibyśmy odwiedzać restauracje McDonald śa w Ameryce, Meksyku i na całym świecie. To działa. Dzieci zaczynają same fantazjować, ich pragnienie przemienia się w dobrą, przyjemną zabawę. Najważniejsza jest umiejętność słuchania dzieci, rozumienia ich potrzeb. Kiedy to potrafimy, możemy wyjść im na­przeciw. Wtedy one nabierają zaufania i wiedzą, że szanujesz ich pragnie­nia. Pamiętaj, gdy usłyszysz: „ja chcę", od razu stosuj opisaną metodę. Jest skuteczna, ale musi być wprowadzana bezzwłocznie.

Wraz z pragnieniem rzeczy pojawia się ból. Rita próbuje oddzielić ból od chcenia. Stara się pokazać, że można cieszyć się rzeczami, któ­rych się nie posiada. Chodzenie po sklepach jest przyjemniejsze, gdy nie musimy niczego kupić. Znacznie zabawniejsze jest włóczenie się po salonie meblowym i udawanie, że to właśnie jest nasz dom, niż ku­powanie materiału obiciowego.
Marketing jest wysoce rozwiniętym przemysłem i dzieci muszą mieć znacznie większą wiedzę na ten temat, niż w ich wieku posiadali rodzi­ce. Muszą wiedzieć, dlaczego istnieje reklama i co to jest promocja.

Imogen opowiada:

 Nasza szkoła podstawowa otrzymała od lokalne­go supermarketu komputer w zamian za pudlo wypełnione kuponami o wartości jednego pensa każdy. Kierownictwo sklepu przekazało kompu­ter na specjalnej uroczystości, dyrektorka wygłosiła mowę dziękczynną. Wtedy mój mąż Mike wstał i głośno zapytał, kogo próbują omamić. Zę­by dzieci mogły uzbierać kupony, wszyscy rodzice musieli w ciągu kilku miesięcy wydać w supermarkecie ponad osiemdziesiąt tysięcy funtów. W nagrodę szkoła otrzymała jeden niskiej klasy komputer PC, więc mo­że kierownictwo sklepu powinno podziękować rodzicom za ich ofiarność i zostawione u nich pieniądze. Dyrektorka była przerażona. My jednak nie mogliśmy pogodzić się z taką nieuczciwością. Usiłowali nam wmó­wić, że dali komputer z dobrego serca. Całą akcję zorganizowali po to, że­byśmy dokonywali zakupów w ich sklepie, a nie w żadnym innym, i jesz­cze wciągnęli w to dzieci.

Dzieciom mechanizmy takiego działania powinno się przystępnie tłumaczyć, choć niekoniecznie trzeba je opatrywać krytyczną oceną. Wyjaśnij dzieciom, dlaczego firmy organizują kampanie promocyjne, co przez to zyskują. Zastanówcie się razem, kiedy superoferty mają na celu szybsze sprzedanie towaru, kiedy wzbudzają zainteresowanie przedmiotem i powodują, że dziecko chce dostać daną zabawkę, pły­tę, wideo lub po prostu bilet na określony film.

Dopomóż dzieciom w wyrobieniu krytycznego stosunku do czyta­nych komiksów i czasopism. Niech będą świadome, w jakim celu po­kazuje się nagle w filmie jakiś określony przedmiot. Niech wiedzą, że figurki ulubionych bohaterów po to są w seriach do kompletowania, żeby zachęcić do ich kupna.

Naszym celem powinno być uświadomienie dzieciom roli marketin­gu w tworzeniu zapotrzebowania na dany produkt i kształtowaniu określonych zachowań. Podejmowane przez nas działania nie powinny natomiast być postrzegane jako takie, które pozbawiają przyjemności.

Dzieci mają prawo do rozrywki i dobrej zabawy. Jeśli podoba się im przereklamowany, kiczowaty film, nie ma w tym nic złego. Rodzice, którzy totalnie krytykują reklamę jako taką, po pierwsze są niereali­styczni, a po drugie są na dobrej drodze do wywołania u dzieci, gdy te wejdą w okres dojrzewania, silnych reakcji sprzeciwu, buntu.

Pakiet ratunkowy: lista bożonarodzeniowych prezentów

Na najlepszy pomysł, jak radzić sobie z dziecięcym pragnieniem po­siadania różnych rzeczy, wpadła w moim przekonaniu Nessa, matka jedynaczki. Dziewczynka ma w swoim otoczeniu wielu krewnych za­możnych, młodych i bezdzietnych – którzy uwielbiają obsypywać ją prezentami. Matka wielokrotnie rozmawiała z córką o tym, że rekla­my często kłamią, a przynajmniej nieco rozmijają się z rzeczywistością. Omawiały też postać Verruci Salt z powieści Roalda Dahla (dziew­czynka wygrała główną nagrodę w konkursie, polegającym na zbiera­niu talonów umieszczonych w opakowaniach batoników, ponieważ zmusiła ojca milionera do wykupienia wszystkich batoników).

Nessa opowiada:

 Zeszłej jesieni, kiedy odkryłam, że lista wymarzonych bożonarodzeniowych prezentów składa się tylko z zabawek reklamowa­nych w telewizji, rozzłościłam się na dobre. Umówiłyśmy się więc, że jed­no listopadowe przedpołudnie spędzimy w sklepie Hamleys (słynny lon­dyński sklep z zabawkami). Postanowiłyśmy obejrzeć reklamowane zabawki i poprosić personel o dokładną ich prezentację. Umowa była na­stępująca: obejrzymy wszystkie rzeczy, potem pójdziemy coś zjeść. Przy po- sitku porozmawiamy o oglądanych zabawkach i na koniec wrócimy do sklepu po tę jedną, wybraną. Przeznaczyłyśmy na oglądanie mnóstwo cza­su. W trakcie naszej wyprawy obaliłyśmy z pół tuzina reklamowych mitów. Zabawki wcale nie robiły tego, co w przekonaniu córki powinny robić. Płaczące lalki były bardzo kiepskiej jakości, ale największym rozczarowa­niem okazały się lalki reklamowane jako umiejące mówić. Podczas posił­ku córka nie bardzo potrafiła przypomnieć sobie tę spośród mnóstwa za­bawek, o którą wcześniej prosiła, ponieważ żadna nie utkwiła w jej pamięci. W końcu, za moją delikatną namową, do czego się szczerze przy­znaję, wybrała zabawkę edukacyjną – zestaw do rozmaitych naukowych eksperymentów. Wielkie sklepy z zabawkami przypominają jaskinie pełne skarbów, ale jeśli poświęcisz czas, żeby pochodzić tam z dzieckiem i poroz­mawiać o wystawionych zabawkach, wtedy bardzo szybko się przekonasz, że w istocie wybór jest maty. Dookoła są kilometry półek z breloczkami w kształcie postaci z Disneya i hektary pluszowych maskotek. To nie są prawdziwe zabawki, one służą do przekupywania dzieci.

Gdybyś chciała pójść w ślady Nessy i odbyć taką wędrówkę po wy­branym sklepie z zabawkami, zapewne nie obędzie się bez utarczek z personelem, zanim da się przekonać, że masz prawo wyjmować oglą­dane przedmioty z pudelek. Czasem dobrze jest zwrócić uwagę dziec­ka na zabawkę ze wszech miar pożyteczniejszą. Uważaj jednak, żebyś nie była zbyt natarczywa, jeśli nie wybierze preferowanego przez ciebie zestawu edukacyjnego, bowiem ostateczna decyzja powinna należeć do dziecka. Dla córeczki Nessy wyprawa do sklepu z zabawkami była do­świadczeniem jedynym w swoim rodzaju; dziewczynka nauczyła się z dystansem podchodzić do reklam. Uświadomiła sobie, jak bardzo by­łaby zawiedziona, gdyby na Boże Narodzenie dostała zamówione wcze­śniej, wyglądające niezwykle atrakcyjnie w reklamach, zabawki.

Uczenie się roli konsumenta

Miriam, która ma pięcioro dzieci, mówi: Nie pozwalam im oglą­dać bloku dziecięcego w ITV, ponieważ nie cierpię reklam. Nie znoszę, gdy potem proszą o coś, zachęcone tym, co zobaczyły na ekranie.

Imogen, matka sześcioletnich bliźniaków i ośmiolatka, opowiada:


Dużo czasu upłynęło, zanim uświadomiłam sobie, że nie należy kupować dzieciom wszystkiego, czego zapragną. Kupujesz im jedną część z zestawu zabawek, i nim zdążysz pomyśleć, kupujesz całość. W pudełkach zawsze jest ulotka, zachęcająca do nabycia kolejnych elementów z danej serii. Trzeba umieć sobie radzić z komercyjną presją. Trzeba umieć powiedzieć dzieciom, że kolejna zabawka nie da im tyle radości, ile się spodziewają. Moje wreszcie zrozumiały, że do kupowania potrzebne są pieniądze i że na upragnioną rzecz muszą poczekać, na przykład do Bożego Narodze­nia. Myślę, że każde dziecko powyżej piątego roku życia może przyjąć to do wiadomości.

 

Nie ma silniejszych emocji niż nieskrywane pragnienie małego chłopca, żeby dostać plastikową figurkę podziwianego i uwielbianego superherosa, nie wspominając o jego przyjaciołach, wrogach i super- pojazdach. Intensywnością uczuć dorównuje mu tylko i wyłącznie ma­ła dziewczynka, pałająca miłością do najnowszej Barbie.

Kieszonkowe

Wypłacanie kieszonkowego należy rozpocząć dopiero wtedy, kiedy dziecko chce kupować sobie rzeczy samodzielnie i prosi o środki na zakupy. Nie ma powodu, żeby powierzać pieniądze bujającemu w ob­łokach czterolatkowi. On je po prostu gdzieś zgubi. Większość najstar­szych dzieci w rodzinie nie myśli o kieszonkowym do siódmego, ósme­go roku życia, chyba że pomysł ten jest im zaszczepiony przez rodziców chcących, by stały się wcześniej, niż są do tego przygotowa­ne, nastolatkami. Młodsze rodzeństwo dorasta do chęci posiadania własnych pieniędzy znacznie szybciej.

Ile płacisz, zależy od ciebie. W latach osiemdziesiątych i dziewięć­dziesiątych popularna była zasada: dziesięć pensów tygodniowo za każdy rok życia.

Jest to niewątpliwie sprawiedliwe w odniesieniu do rodzeństwa, ale, moim zdaniem, daje za dużo najmłodszym, a za mało najstarszym dzieciom, no i oczywiście nie uwzględnia inflacji.

Zdecyduj sama, co chciałabyś, żeby twoje dziecko mogło sobie ku­pić za kieszonkowe i na tej podstawie wyznacz sumę. Możesz przeli­czać tygodniówkę według bieżącej ceny paczki chipsów czy czekolado­wego batonika, co będzie równoznaczne z uwzględnieniem inflacji. Przedyskutuj sprawę z dzieckiem, ale staraj się nie rozbudzać apetytu. Myślę, że warto zastanowić się wcześniej, na co ma dziecku starczyć ty­godniówka i przygotować sobie plan, taki jak ten:
 
Wiek    Może kupić za tygodniówkę      
5    Jedną lub dwie paczki chipsów.      
6    Dużego lizaka.      
7    Upragnioną maskotkę, mazak, ołówek, zabawkę.      
8    To, co siedmiolatek, plus troszkę słodyczy i chipsów.      
9    Wybrany przez siebie komiks, ale aprobowany przez rodziców.      
10    Paczkę mazaków, blok rysunkowy, ozdobną papeterię.      
11    Od jednej trzeciej do jednej drugiej wartości kasety audio.     

To smutne, że przedmioty takie jak kasety, nowe książki czy czaso­pisma są obecnie zbyt drogie, żeby je kupować za kieszonkowe. Typo­we małe książeczki w twardych okładkach, przeznaczone dla najmłod­szych czytelników, mają ceny znacznie przewyższające możliwości płatnicze znanych mi dzieci.

Nastolatka mogłaby na przykład za swoje kieszonkowe sfinansować spotkanie z przyjaciółmi, to znaczy przejazd i zestaw z hamburgerem oraz z napojem. Nie wydaje mi się jednak, żeby musiała kupować co­dziennie chipsy lub ubierać się jak gwiazdka pop kultury. Staraj się do­radzać dziecku, jak najbardziej ekonomicznie wydawać pieniądze.

Gerry, mająca dwie córki, wspomina:

Postanowiłam prowadzić do­kładne zapisy przychodów i wydatków osobno dla każdej dziewczynki. Kłopot w tym, że one nigdy nie chodzą po zakupy ani ze mną, ani z opie­kunką. Chociaż mieszkają w centrum miasta, nie mają pojęcia o cenach i przez to w sprawach finansowych są bardzo naiwne. W związku z tym pomyślałam, że prowadzenie księgi pomoże im zorientować się w warto­ści pieniędzy.

Ważne, żeby nie tracić z pola widzenia, na co przeznaczane jest kie­szonkowe. Wydaje nam się, że dzieci w sposób przemyślany gospoda­rują pieniędzmi, a tymczasem one myślą, że pieniądze rosną na drze­wach. Może to brzmi nieco górnolotnie, ale skuteczni rodzice, o czym się przekonałam, uczą dzieci zasady, że pieniądze najpierw się zarabia, a potem wydaje. Kieszonkowe pomaga naszym latoroślom planować wydatki, ale tylko wtedy, gdy o nie proszą (na dzieci spada obowiązek pamiętania o wypłacie) i gdy nie dostają wypłat awansem.

Kirstie, matka Donalda, specjalisty od pożyczek, zauważa:

 Teraz kieszonkowe praktycznie nie ma takiego znaczenia, jak za czasów, kiedy ja byłam dzieckiem. Wtedy miało się znacznie więcej swobody, wychodzi­ło się z przyjaciółmi, zaglądało do sklepiku na rogu. Było gdzie wydać pie­niądze. Byliśmy zorientowani, ile pieniędzy mają znajomi. Obecnie, do­myślam się, moje dzieci nie wiedzą, czy ich koledzy w ogóle dostają tygodniówkę, bo nigdy nie chodzą razem na zakupy.

Kirstie mieszka w zamożnej dzielnicy na obrzeżach miasta. Jej dzie­ci nie znają malutkich sklepików, do których mogłyby chodzić po sło­dycze. Podobnie jak dzieci Gerry, jeśli rodzice nie nauczą ich, jak na­leży korzystać z pieniędzy, wyrosną całkowicie nieświadome ich wartości w życiu.

Kirstie opowiada dalej:

Moje zarabiają pieniądze, wykonując dodat­kowe prace, i to nie tylko dla mnie, ale i dla siebie nawzajem. Donaldpla- ci siostrze za wieczorne czytanie opowiadań. Laura, co wykryłam, liczyła sobie jednorazowo pięć pensów za przegrywanie płyt na kasety. Postępo­wała nieuczciwie, wykorzystując fakt, że ma odtwarzacz. Dlatego ukróci­łam ten proceder.

Wielu rodziców pomyśli, że Laura i Donald to straszni materialiści, ale ja wcale nie jestem tego pewna. Nie mając wielu okazji do robienia zakupów, uczyli się o pieniądzach, posługując się nimi w inny sposób.

Henry, ich ojciec, przypomina sobie rozmowę, którą odbył z Donal­dem pewnej niedzieli w centrum handlowym. Chłopiec miał trzy funty, ale chciał kupić głośnik za ponad cztery funty. Poprosił więc ojca o wy­płacenie awansem następnej tygodniówki. Ojciec odpowiedział, że to po­niekąd rozwiązałoby sprawę, ponieważ nie musieliby przyjeżdżać do skle­pu za tydzień, ale nie dał synowi pieniędzy wyjaśniając, że nie kupuje się rzeczy, jeśli się nie ma pieniędzy. Donald był zawiedziony, ale pogodził się z decyzją. Za tydzień okazało się, że głośniki zostały wyprzedane. Szczęśliwie obyło się bez łez i scen rozpaczy. Rodzice byli bardzo zado­woleni z reakcji syna, i z tego, że poszerzył swą wiedzę o pieniądzach.

Dzieci z zamożnych domów prawdopodobnie wiedzą mniej o pie­niądzach niż dzieci biedne, bo u tych pierwszych one jakby nigdy się nie kończą.

Kirstie dodaje:

 Czasem mówię Donaldowi, że w tym miesiącu nie mam już pieniędzy na dżinsy, choć tak wcale nie jest. Nawet jeśli nie mam gotówki, mogłabym zapłacić kartą kredytową. Mnie jednak bardzo zale­ży, by dzieci zrozumiały, że pieniądze w pewnym momencie się kończą, i że kiedy się je wyda, nie można ich mieć z powrotem.

Marion, która dzieli mieszkanie z córką i lokatorkami, mówi:

 Kiedy w domu są lokatorzy, każdy płaci część rachunku, partycypuje w kosztach środków czystości itp. Ta sytuacja zachęciła moją córkę do współuczest­nictwa. Chętnie dokłada się do rachunku telefonicznego. Kiedy przycho­dzi faktura, siadamy przy kuchennym stole i rozliczamy, od kogo ile się należy. To daje córce poczucie, że postępuje uczciwie i honorowo.

Pieniądze i posiadanie

Laura, lat dziewięć, i jej brat Donald, lat siedem, wracali z wakacji samolotem. Dziewczynka miała w portmonetce hiszpańskie monety i chciała kupić za nie na pokładzie figurkę trolla. Mama poradziła jej, by nie wymieniała pieniędzy w samolocie ze względu na bardzo niedo­godny kurs wymiany i pożyczyła od brata pięć funtów. Następnego dnia był ostatni dzień wakacji i Laura potrzebowała pieniędzy na przy­bory szkolne. A ponieważ zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, któ­re przyjęła, bardzo niechętnie, miała w połowie pokryć wydatki ze swojego kieszonkowego, został jej tylko jeden funt dla Donalda. Dzie­ci umówiły się, że siostra będzie spłacać dług przez kolejne cztery ty­godnie. Laura chciała oddawać bratu po funcie tygodniowo, a resztę kieszonkowego, czyli dwadzieścia pensów, zostawiać dla siebie. Tym­czasem Donald domagał się rat w wysokości jednego funta i dwudzie­stu pensów. Żądał dodatkowej sumy za to, że musiał czekać na zwrot pieniędzy.

Chłopiec rozpracował pojęcie procentów od pożyczki w wieku sied­miu lat. Można powiedzieć, że świetnie by się nadawał na lichwiarza, ale nie byłoby to w porządku. Wiedział, że siostrę stać na płacenie pro­centów i przy tak dużej pożyczce jego żądanie jest uprawnione. Wyka­zał się dużym zrozumieniem mechanizmów finansowych i ta wiedza będzie mu przydatna w życiu.

Dzieci wykazują zainteresowanie pieniędzmi. Nie tylko dokonują wyborów, na co przeznaczyć własne środki, ale także mają olbrzymi wpływ na wybory dokonywane przez rodziców. Jedną z wielkich zmian w życiu dzieci w dwudziestym stuleciu było powstanie potężnego ryn­ku dóbr konsumpcyjnych, nastawionego na niepełnoletnich klientów. Żeby dorastać w dwudziestym pierwszym wieku, dzieci muszą opano­wać mechanizmy rynkowe, zanim rynek zawładnie nimi. Muszą być świadome, jaką wartość mają pieniądze i skąd się biorą. Muszą na­uczyć się z dystansem, bez emocji patrzeć na atrakcyjne towary, w szczególności na zabawki i ubrania. Muszą umieć zadać sobie pyta­nie, czy naprawdę dana rzecz jest niezbędna i czy warto ją kupić.

Wspólne czytanie

Nigdy nie jest za późno na wprowadzenie nowego zwyczaju. A ży­cie, jak mówi Nerys, to ciąg następujących po sobie rutynowych, zwyczajowych czynności. Ona i jej rodzina składająca się z dwójki dorosłych osób i czwórki dzieci zamieszkuje w małym domku z nie­wielkim ogrodem. Wszyscy bardzo cenią sobie i celebrują wspólne wieczory, które codziennie wyglądają podobnie. Nerys opowiada:

Głównym wydarzeniem jest czytanie. Zaczyna się od pięciolatka, do którego dołącza reszta, ponieważ wszyscy uwielbiamy proste książeczki obrazkowe. Potem on idzie spać, a my sięgamy po teksty trudniejsze i tak po kolei, aż dochodzimy do dwunastoletniej córki. Z nią i moim partnerem czytamy we trójkę głośno, wszyscy jesteśmy na równych pra­wach.

Wspólne wieczorne czytanie jest jednym ze sposobów, w jaki szczę­śliwe rodziny okazują sobie uczucie. Ale jest to również jeden ze spo­sobów, w jaki rodziny będące na krawędzi rozpadu lub w trakcie roz­stawania się mogą dojść do porozumienia i przywrócić sens idei bycia razem. Spodziewałam się, że rodzice przestają dzieciom czytać z chwi­lą, gdy latorośle same opanują tę sztukę. Myliłam się. Obyczaj trwa na­dal, i to nawet w bardzo wykształconych rodzinach, w których dzieci zaczytują się w Tolkienie i nowelach sióstr Bronte. Co wieczór przez mniej więcej piętnaście minut odbywa się wspólne czytanie. Niekiedy jest to książka czytana już wielokrotnie, ale taka, która zyskała specjal­ny status wieczornego czytadła.

Być może w świecie, który domaga się, by dzieci przeistaczały się w wyrafinowane nastolatki, jest to jakiś sposób na zachowanie czegoś z prawdziwego dzieciństwa. Jessica zwierzyła się:

Mój jedenastoletni syn nadal lubi być utulany do snu.

Być może, bo po świecie chodzą miliony ofiar mody na bycie twar­dzielem, które sekretnie marzą o utuleniu do snu i o wieczornym czytaniu na dobranoc.

Chodzenie spać

Najprostszym i najbardziej oczywistym sposobem na poprawę sy­tuacji rano jest nieco wcześniejsze chodzenie spać dzieci, a także two­je, jeśli masz rano problemy ze zorganizowaniem się. Dzieci poniżej jedenastu lat w żadnym wypadku nie powinny oglądać telewizji po 21.00, kiedy pokazywane są programy niestosowne dla nich. Niestety, często ma to miejsce. Wielu nauczycieli jest głęboko zaniepokojonych tym, że dzieci zasypiają na lekcjach, ale szczegółowo znają treść wy­świetlanych późną nocą horrorów, oglądają do północy filmy na wideo.

Skorzystaj z doświadczeń prywatnej podstawowej szkoły z interna­tem, w której przestrzeganie codziennego rozkładu dnia ma znacze­nie zasadnicze. Nawet dzieci starsze (trzynastoletnie) muszą leżeć w łóżkach i mieć zgaszone światło o 20.30. Dzieci potrzebują snu, a wielu rodziców z uporem pozbawia ich tego. Kiedy dyrektor prywat­nej szkoły w wywiadzie powiedział dziennikarzowi, że chłopcy do dzie­siątego roku życia powinni być w łóżku o 19.30 i mieć zgaszone świa­tło o 20.00, zrobiono z jego słów sensację. Poglądy pedagoga uznano za co najmniej dziwaczne. A przecież dom pełen przemęczonych dzie­ci podobny jest do domu pijaków.

W domu Zoe, w którym jest siedmioro dzieci, kłótnie wybuchają prawdopodobnie częściej, niż w innych. Matka radzi sobie w ten spo­sób: jeśli szarpaniny i bijatyki mają miejsce po 17.30, wysyła dzieci od razu do łóżek, uzasadniając swoją decyzję tym, że widocznie są zmę­czone. I przeważnie tak jest. Wczesne chodzenie spać rozwiązuje mnóstwo problemów. Kiedy najstarszy syn miał dziewięć lat, wszystkie dzieci, łącznie z niemowlakiem, chodziły spać o 19.00. To kładło kres kłótniom.
Zoe opowiada:

Przez lata chodziliśmy wcześnie spać. Zasada była ta­ka, że dzieci mogły czytać w łóżkach jak długo chciały, miały także mil­czące przyzwolenie na zabawę, pod warunkiem że zachowywały się na ty­le cicho, że nie musiałam interweniować. Niedawno przypadkowo dowiedziałam się, że kiedy ja byłam pewna, iż dzieci śpią, one bawiły się w najlepsze. Dopóki żadne nie było poszkodowane, a to docierało do mnie natychmiast, gotowa byłam przymknąć oko na ich sztuczki.

Zoe reprezentuje podejście pragmatyczne, które radykalnie różni się od postawy rodziców, zwolenników totalnej kontroli. W celu nad­zorowania dzieci instalują oni systemy telewizyjne z kamerami w sy­pialniach, by mieć pewność, że malcy są bezpieczni w łóżkach. Mówiąc bez ogródek, po prostu śledzą własne dzieci.

Panuje powszechna zgoda wśród skutecznych rodziców, że dzieci do siódmego roku życia powinny mieć zgaszone światło do 19.30, chy­ba że w pokoju jest starsze rodzeństwo, z którym chcą porozmawiać. Dla dzieci do dziesięciu lat w trakcie roku szkolnego dobrą porą do spania jest godzina 20.00. Natomiast starsze w dni szkolne powinny gasić światło najpóźniej przed 21.00.

W rodzinach, w których oboje rodzice pracują i żadne nie spędza całego dnia z dziećmi, rodzi się pokusa, żeby wydłużyć nieco dzień i pobyć trochę razem. Jednak w czasie roku szkolnego jest to nie do zaakceptowania. W krajach śródziemnomorskich widuje się dzieci wcale nie wyglądające na zmęczone, przebywające późnym wieczorem z rodzicami w restauracjach, ale pamiętajmy, że one prawdopodobnie spały co najmniej dwie godziny po południu w zaciemnionym pokoju.

Dzieci potrzebują snu. Dlatego, jeśli mając pierwszoklasistę nie wracasz do domu przed 19.30, wstawaj pół godziny wcześniej i baw się z dzieckiem lub czytaj mu rano. Nie każ mu natomiast czekać na sie­bie wieczorem. Jeśli następnego ranka idzie do szkoły, szczególnie w pierwszych tygodniach uczęszczania, powinno spać o 19.30, a nawet wcześniej, gdy występują trudności adaptacyjne.
Dzieci chcą mieć poczucie, że wraz z wiekiem są traktowane ina­czej. Starszp rodzeństwo pragnie, żeby było im wolno chodzić spać później niż młodszym, ale jeśli różnica między dziećmi jest tylko rok czy dwa, nie ma potrzeby ulegać tym żądaniom. Pamiętaj, że jeśli zgo­dzisz się raz uwzględnić różnicę wieku, nie będziesz już miała odwro­tu. Bycie pierwszym dzieckiem jest wystarczająco trudne, nawet bez patrzenia na to, jak młodsze rodzeństwo łatwo osiąga przywileje, o które ono musiało stoczyć ciężką walkę.

Ranne wstawanie

Początek i koniec dnia to dla wielu rodziców najcenniejszy czas. Dla pracujących ojców ranek jest nie tylko ich „specjalnym czasem" dla dzieci, ale jedynym czasem, jaki z nimi spędzają, przynajmniej dopóki maluchy chodzą wcześnie spać. Dlatego szkoda, że dla wielu rodzin poranne szykowanie się i wychodzenie do szkoły jest koszmarem. Lot­te, której dwie dziewczynki chodzą do prywatnej szkoły na bardzo wy­sokim poziomie, a po powrocie są tak zmęczone, że wieczorem po prostu padają, opowiada:

Ranki są koszmarem. Jestem strasznie zestre­sowana, żeby ze wszystkim zdążyć. Próbuję usamodzielnić córki, na przy­kład nie siedzę z nimi przy lekcjach, choć wiem, że inne matki to robią. Powiedziałam też twardo, że to one, a nie ja chodzą na basen, więc same muszą spakować kostiumy i pamiętać o ich zabraniu do szkoły. Niestety moje dziewczynki należą do zapominalskich. Zdarza się, że nie przypo­minam i pozwalam im wyjść bez potrzebnych rzeczy. Jeśli czegoś zapo­mniały, to ich problem, nie mój.

Kim dzieli się swoimi doświadczeniami:

Po kilku latach męczącego nawoływania, żeby wreszcie wstała, zmieniłam taktykę. Zapowiedziałam córce, że odtąd będę ją wołała tylko raz, a jeśli spóźni się do szkoły, to na własne życzenie. Wydaje się, że to pomogło. Zależy jej na dobrej opinii.

Tak jak w innych obszarach rodzicielstwa, Lotte i Kim przekonały się, że łatwiej jest żyć z dziećmi, kiedy wiedzą, że ponoszą za coś peł­ną odpowiedzialność.

Jeśli nauczyciel nie cieszy się szacunkiem dziecka, jeśli nie zwraca uwagi na spóźnienia, a dziecko czuje się w szkole na tyle źle, że chce być dużo spóźnione, wtedy raczej nie należy obarczać winą tylko ma­lucha. W rozdziale 2 opisałam sposób z nagrodami pieniężnymi, któ­ry zastosowała Ingrid, żeby pomóc córce zmierzyć się z problemem co­dziennego chodzenia do szkoły w trudnym dla niej okresie, kiedy była dręczona przez dzieci. Dziewczynka miała na ścianie wywieszoną listę celów. Jeśli wykonała podane czynności w określonym czasie, dosta­wała dodatkowego pensa do tygodniowego kieszonkowego. System ten pomógł jej przetrwać trudny okres, a po zmianie szkoły, gdy już nie była tak zestresowana, sama z niego zrezygnowała, czując, że już nie jest jej potrzebny.
Lista celów może zawierać następujące hasła: wstać z łóżka do 7.00, ubrać się do 7.15, skończyć śniadanie do 7.45, ale można także stwo­rzyć listę bardziej szczegółową. System będzie skuteczny tylko wtedy, jeśli na początku będziesz nadzorować dziecko minuta po minucie. Brzmi to strasznie, ale jeśli zamiast dobrze zorganizowanego dziecka masz codziennie przed sobą ślamazarę, warto spróbować.

Ranki czasem są tak strasznym piekłem, iż łatwo zapominamy, że często jest to jedyny czas, w którym cała rodzina jest razem. Nerys, matka czwórki dzieci, przypomina:


Myślimy, że zawsze będzie tak ciężko, ale z czasem, gdy dzieci dorastają, jest coraz łatwiej. Nie lubię wy­dzierać się na dzieci, żeby się pospieszyły. Nie chcę, żeby cały czas żyły w napięciu. Pragnę, by cieszyły się tym, co robią. Niech radują się dzie­ciństwem.

Telewizja i posiłki

Dla dzieci Giny, kiedy najstarsze miało dziewięć lat, a najmłodsze trzy, największą frajdą było oglądanie telewizji w kuchni przy obiedzie. Gina uważa, że:

 to pomaga im w jedzeniu, ponieważ przedtem spieszyli się, żeby zdążyć na ulubiony program. Pamiętam, że jako dziecko też mia­łam ochotę jeść, oglądając coś dobrego w telewizji.

Gina, podobnie jak Deborah, traktuje telewizję jako rodzaj kleju, który trzyma dzieci na krzesłach przy stole.

Po przyjściu ze szkoły dzieci są bardziej zmęczone, niż na to wyglą­dają. Szkoła jest miejscem stresującym. Miriam, której dzieci chodzą do prywatnej szkoły, wymaga, żeby telewizor przy jedzeniu byl wyłą­czony. Uważa, że wspólne posiłki są niezmiernie ważne. Rodzina ma wtedy czas na rozmowę, wychodzą na jaw różne sprawy. Jednak jej dzieci nie przebywają w takim hałasie jak dzieci Giny, które chodzą do państwowej podstawówki w Londynie. A poza tym ma pięcioro dzieci, a Deborah dziesięcioro.

Najważniejsze, by ustalić zasady i ich przestrzegać. Nie ma powodu upierać się, żeby jeść obiad właśnie wtedy, kiedy w telewizji jest pro­gram, na którym dzieciom bardzo zależy. A z drugiej strony, w dobie magnetowidów nie ma powodu, żeby program telewizyjny dyktował nam pory posiłków.

Warto zapamiętać, że im więcej posiłków dzieci będą spożywać przed ekranem telewizyjnym, tym trudniej im będzie zachować się właściwie na uroczystym obiedzie z okazji złotego wesela dziadków. A dzieci, które nie bardzo wiedzą, jak się zachować, z reguły okazują to, zachowując się bardzo niestosownie.