Archive for the ‘Obowiązki, pieniądze, rzeczy codzienne’ Category

Grymaszenie

Lotte, z pochodzenia Niemka, matka dwójki dzieci, uważa, że jeżeli w ogóle jest problem z grymaszeniem, to na pewno ma to miejsce przy je­dzeniu. Pewna siebie i asertywna kobieta jest „profesjonalną matką". Zrezygnowała z obiecującej kariery zawodowej, ponieważ jej młodsza córka cierpi na alergię i wymaga specjalnej opieki. Ku zdumieniu partne­ra, którego własna firma przeżywała poważne trudności, oświadczyła, że rzuca pracę, bo wybiera dobro dzieci. Swoją niespożytą energię skierowa­ła na prowadzenie wspaniale zorganizowanego, bezpiecznego domu.

Wiele osób przyjmie z ulgą fakt, że nawet skuteczni i sensowni ro­dzice, jak Lotte, przyznają, że gdy raz w tygodniu siadają razem do niedzielnego obiadu, jedzą cztery różne dania, ponieważ niemal z cu­dem graniczy znalezienie potrawy, która by wszystkim odpowiadała. Lotte zaprzestała zmuszania dzieci do jedzenia tego, co mają na tale­rzach. Jej córki (pięć i dziewięć lat) rezygnowały z wizyt u przyjaciół, jeśli miałyby tam jeść. Bały się, że będą nakłaniane do jedzenia czegoś, czego nie znają lub nie lubią.

Dzieci mają do wyboru mnóstwo rozmaitej żywności. Wiedzą, że wszystko zawsze można kupić bez względu na porę roku. Jeśli będą chciały, mogą dostać pizzę lub chipsy każdego dnia. Wiedzą również, że mają wybór, ale ten fakt interpretują inaczej, niż my. Uważają, że mogą prosić codziennie o to samo.

Nasi żyjący w jaskiniach praprzodkowie musieli być bardzo ostroż­ni w spożywaniu nieznanej żywności. I niewątpliwie każde dziecko ma w sobie coś z neandertalczyka – lubi jeść ciągle to samo.

Patricia, Holenderka z pochodzenia, matka dwojga dzieci, zajmują­ca wysokie stanowisko, opowiada:


Sądziłam, że jedzenie nie będzie pro­blemem, ale szybko się nim stało. Dziewięcioletni syn, od czasu, kiedy przestał być karmiony butelką, nie chciał wziąć do ust żadnego warzywa. W szkole wmawiał nauczycielowi, że ma dietę mięsną, bo jest uczulony na warzywa. Odmówiłam brania udziału w kłamstwach i w szkole cza­sem zmuszają go do zjedzenia jakichś warzyw. Pocieszam się, że jego oj­ciec, który też był strasznym niejadkiem, teraz je normalnie, może więc syn również z tego wyrośnie.

Powinniśmy wspierać dzieci w podejmowaniu właściwych wyborów przez zachęcanie i dobry przykład. Dzieci wykazują duże zaintereso­wanie zdrowym odżywianiem się. Może dlatego, że traktują to jako al­ternatywę do grymaszenia. Domagając się zdrowej żywności, mogą kształtować bardziej pozytywne formy kontroli nad jedzeniem.

Marion, niezamężna matka, która samotnie wychowuje córkę od uro­dzenia, mówi:

Wprowadziłam pojęcie niezdrowego jedzenia, „śmieciowe­go". Samo jedzenie nie było zakazane, bo niby dlaczego? „Śmieciowa" żyw­ność nie jest zdrowa i tylko nierozsądni ludzie ją spożywają. Do czasu, kiedy córka ukończyła dziesięć czy jedenaście lat, udało się ustalić dzienną porcję niezdrowej żywności. Słyszałam potem, jak mówiła sama do siebie, że nie będzie się napychała czekoladą, a nawet się samoograniczała: „Zjadłam lo­dy w sosie czekoladowym, więc dzisiaj już nie zjem żadnych słodyczy".

Pracująca matka dwóch synów, Jocasta, jest zwolenniczką twarde­go podejścia. Mówi:

 Nie zwracam uwagi na grymasy. Wszystko, co po­daję, jest jadalne, jeśli nie chcą jeść, to ich sprawa. Między posiłkami synom wolno tylko przegryzać jabłka i pełnoziarnisty chleb, bo są to pro­dukty zdrowe, tanie i dobrze równoważą dietę. Dziecięce podniebienia trzeba przyzwyczajać do różnych smaków. Zawsze próbowałam przeko­nywać do rzeczy pikantnych i zniechęcać do słodkich. Proponowałam ka­napkę z sardynkami zamiast z dżemem. Niania, którą zatrudniłam, była bardzo dobrą kucharką. Powiedziałam jej, żeby gotowała to co chce i nie ulegała dzieciom, które codziennie jadłyby makaron. Możesz to nazwać ryzykownym eksperymentem. Niania proponowała im potrawy chińskie i inne tydzień po tygodniu i powoli zaczęli się do nich przekonywać.

Podobnego zdania jest Kim, której dziewięcioletnia córka też spra­wia kłopoty. Po prostu kładę na jej talerzu kilka produktów, których, jak twierdzi, nie lubi. Kiedy protestuje, że przecież właśnie tego nie znosi, mó­wię, żeby odsunęła na bok. Mam nadzieję, że pewnego dnia zapomni, że ma tego nie lubić.

Wytrwałość jest bardzo ważna, gdy ma się do czynienia z marudze­niem przy jedzeniu. Im większa rodzina, tym mniejszym problemem jest grymaszenie przy stole. Nigdy nie znika całkowicie, ale przestaje być ważne. Deborah opowiada, że w jej domu każdego dnia jakieś dziecko użala się na jedzenie, które dostało. Mogę w zamian zapropo­nować grzankę z szynką, ale nic więcej. W przeciwnym razie będą maru­dzić do nocy i cały wieczór spędzę na karmieniu.

W niektórych szkołach wprowadzono zasadę, że każde dziecko mo­że odmawiać jedzenia jednej potrawy. Jest to całkiem dobry system, ponieważ zmusza grymaszące dzieci do zawężenia listy nie lubianych rzeczy. Niestety, także zachęca dzieci jedzące wszystko do wybrzydza­nia. Zaczynają grymasić, żeby zachowywać się jak koledzy.

Sheila, jedna z najłagodniejszych matek, jakie znam, stara się wy­robić w dzieciach poczucie sprawiedliwości (może to wiąże się z fak­tem, że jest zwolenniczką idei Kwakrów). Zawsze, kiedy dziecko wy­krzywia buzię przy jedzeniu, mówi: Wiem, że nie przepadasz za tą potrawą, ale bardzo lubi ją twój brat, ty dostaniesz swoją ulubioną inne­go dnia. Czasem odsuwa talerz, wtedy dziecko wpada w szał i bierze się do jedzenia.

Ktoś kiedyś powiedział mojej trzyletniej córeczce, że ma cudowne oczy, a ona odpowiedziała z dumą: Tak, bo mama mówi, że są większe od brzuszka.

Mając w domu niejadka, warto pamiętać, że trzeba mu serwować niewielkie porcje. Ta technika, którą pewnie łączysz z karmieniem ma­lutkich dzieci, sprawdza się też w odniesieniu do starszych. Ustał, że dziecko ma zjeść wszystko to, co znajdzie się na talerzu, ale nakładaj na początek tylko odrobinę.

Dobre obyczaje przy jedzeniu nie mają nic wspólnego z zamożno­ścią. Kiedyś zostałam zaproszona na obiad do Ismene. Uczestniczyli w nim również jej mąż i czwórka dzieci. Ralph właśnie podjął pracę po dłuższym okresie bezrobocia. W domu nigdy się nie przelewało. Isme­ne sama piekła chleb, bo jak twierdziła, przy dużej rodzinie wychodzi­ło to taniej. Zajadaliśmy się przepysznym wegeteriańskim obiadem z domowym chlebem i dwoma deserami. Zauważyłam, że Ismene na­kłada dzieciom, a szczególnie najmłodszemu, maleńkie porcje. Smacz­na, świeża sałatka była przygotowywana w niewielkich ilościach i do­rabiana tylko wtedy, gdy było jasne, że mamy ochotę na więcej. Dzieci zjadają wszystko, co mają nałożone, a dokładki zawsze są dostępne. Nie wyrzuca się żywności, natomiast resztki zużywa na kolację lub nocne przekąski. Jest to znacznie tańsze i sensowniejsze, niż napycha- nie się chipsami. Ismene nie przeżywa rozterek, że jej praca się mar­nuje, co niestety często zdarza się mnie, kiedy nagotuję za dużo.
Jocasta zabrania chłopcom wstać od stołu, dopóki wszyscy nie skoń­czą. Jadamy razem w weekendy. Ważne, żeby rodzina miała dla siebie ta­ki czas oficjalny. A poza tym wolę sama sprawdzić, czy synowie potrafią zachować się przy jedzeniu. Trzymam ich przy stole dłużej niż by chcieli po to, żeby móc dłużej porozmawiać, co samo w sobie jest istotne, i po to, żeby podjadali to, co zostało na talerzach. Ona także zmniejsza porcje, jeśli uzna za słuszne.

Kiedy zobaczyłam, jak jedzą synowie Jocasty i pomyślałam o wła­snych dzieciach, które rozrzucają palcami po talerzu kawałki na wpół przeżutych klusek, zrobiło mi się bardzo przykro. Utwierdziłam się jednak w przekonaniu, że warto naśladować Jocastę, bo bez wątpienia lepiej choć na krótko poprawić sytuację, która niestety z wolna po­nownie powraca do stanu chaosu, niż nie zmieniać niczego. Po wielu nieudanych próbach, być może któregoś dnia nastąpi przełom i uzy­skamy trwały efekt.
Jocasta uzupełnia:


Po prostu nigdy nie daję za wygraną. Niekiedy w weekendy spędzamy mnóstwo czasu na nauce właściwych manier przy stole. Jestem zdeterminowana.

Łatwiej o ten rodzaj determinacji, gdy nie jest się z dziećmi przez cały czas. Jocasta świetnie zarabia. W ciągu tygodnia jedzenie chłop­com przygotowuje opiekunka, więc w weekendy przystępuje do walki z nową energią. Dla większości z nas, nie tak zamożnych, dobrym punktem startowym do wprowadzenia nowych zasad przy stole jest początek roku szkolnego.

Najpierw trzeba wymyślić danie podstawowe, obfitujące w zdrowe składniki, które będzie smakować wszystkim, i wprowadzić je do ro­dzinnego jadłospisu. Następnie do tej potrawy bazowej dodawać stopniowo kolejne. Niechęć dzieci do nowości stopniowo zacznie wy­gasać.

Theresa, matka dwóch chłopców, mówi:

Jemy razem w czwartki, bo wtedy mój mąż wcześnie wraca z pracy, a chłopcy są strasznie głodni po basenie. Sześciolatek nie jada niczego, oprócz dwóch dań z makaronu, więc trudno jest zapewnić ośmiołatkowi posiłek, który by jemu odpowia­dał. Czasami kończy się to tak, że dla młodszego gotuję obiad, a dla nas przynoszę gotowe dania z hinduskiego baru. Godzimy się tylko przy plac­kach tacos. Smakują wszystkim, każdy może położyć na wierzch to, co mu odpowiada.

Dobrze sprawdzają się dania, które można samemu wykańczać, dobierając składniki według uznania, jak fondue, potrawy z grilla, czy egzotyczne. To samo jedzenie występuje wówczas w wielu od­mianach.

Najgorsze, co możemy zrobić – tu wszyscy skuteczni rodzice są zgodni – to stać nad dzieckiem i zmuszać je do jedzenia. Breda ujmu­je rzecz następująco:

Pozwólmy dzieciom być dziećmi. Weźmy na przy­kład malca, który nie znosi marchewki. Matka naciska, żeby jadł, bo sa­ma ją lubi. Gotuje więc marchewkę i oznajmia dziecku, że na pewno mu zasmakuje, bo mamusia ją uwielbia. A przecież matka musi w którymś momencie zaakceptować fakt, że ona i dziecko to dwie różne osoby. Jeśli będziesz słuchała dzieci, dużo się o nich dowiesz. Nie domagaj się, żeby spełniały twoje oczekiwania.

Posiłki

Producenci żywności wiedzą bardzo dobrze, że teraz znacznie rza­dziej niż kiedyś rodziny zasiadają do wspólnych posiłków. Dlatego produkują wielką obfitość rozmaitych, łatwych do przygotowania dań i chcąc wzbudzić zainteresowanie klientów, reklamują swoje wyroby w programach telewizyjnych.

Wielka zatem część przemysłu spożywczego, i nie tylko, bierze udział w niszczeniu rodzinnego obyczaju wspólnego zasiadania do obiadu. A zwyczaj ten jest niezwykle ważnym doświadczeniem dla dzieci. Nawet sposób siadania wokół stołu ma tu znaczenie.
Łatwo jest naśmiewać się z klasycznego, rodzinnego obiadu, szy­dząc, że jest to relikt niemodnego już dzisiaj patriarchatu. Przy stole na honorowym miejscu zasiada ojciec, a mama w fartuszku obszytym koronką, z namaszczeniem podaje warzywa uśmiechniętej dziatwie, ubranej w czyste, wydziergane na drutach sweterki. Niemniej satyrycz­ny opis oddaje istotę rodzinnego posiłku. Przy obiadowym stole wszy­scy jesteśmy równi. Dzieci usadzone na tym samym poziomie co doro­śli zajmują pozycje bardziej partnerskie, niż podporządkowane. Jeśli są postawione w sytuacji, w której, jak sądzą, oczekuje się od nich doj­rzałego zachowania, jest duża szansa, że odpowiedzą na to wyzwanie. Nie ma znaczenia, kto ugotował posiłek, mama czy ktoś inny. Wspól­ne jedzenie to klasyczny sposób na stworzenie dzieciom warunków do dorastania.

Zdarza się, że dzieci rozpoczynające naukę w szkole nie potrafią posługiwać się nożem i widelcem, ponieważ wcześniej jadły po pro­stu palcami. Do tej grupy należał mój syn. Być może dlatego, że do przedszkola zabierał gotowe kanapki, a wieczorem po całym dniu poza domem był tak zmęczony, że dla ułatwienia kroiłam mu wszystko. Namówienie go do jedzenia było już nie lada wysiłkiem. Natomiast w weekendy najpierw podawałam obiad jemu i córce, a gdy szli się bawić, my z mężem jedliśmy w spokoju. Oczywiście to był błąd. Syn powinien ćwiczyć samodzielne jedzenie, tak jak inne umiejętności. W wieku czterech i pół roku zupełnie nie radził sobie z nożem i widelcem, samodzielnie potrafił zjeść tylko kanapkę.

W rezultacie, gdy poszedł do szkoły, nie zjadał obiadów i wracał do domu głodny.

Wielu rodziców wspólne posiłki uważa za utrapienie, ponieważ dzieci dominują w rozmowach. Wobec tego dla spokoju, tak jak my praktykowaliśmy w naszym domu, karmią swoje pociechy osobno, czę­sto zanosząc im pełne talerze przed telewizor. Jak na ironię jest to re­zultat powojennego podejścia do dzieci. Wkrótce po tym, jak dorośli uznali, że dzieci należy słuchać – przed wojną dzieci miało być widać, ale nie słychać – rodzice zorientowali się, że oni też mają prawo do ci­chej rozmowy, niezakłócanej dziecięcym szczebiotem. Mówią więc dzieciom, żeby obejrzały sobie film na wideo. Filozofia, która w zamy­śle miała poprawić komunikację między dziećmi i rodzicami, dopro­wadziła do separacji tych dwóch grup.

Skuteczni rodzice nie wahają się poprosić dzieci, żeby były cicho, gdy rozmawiają dorośli. Rodzinne posiłki dają dzieciom nieocenioną możliwość przysłuchiwania się dyskusjom starszych i uczenia się trud­nej sztuki przerywania we właściwym momencie. Proces ten może być wyczerpujący, wymagający wielu powtórzeń, a czasami przygnębiają­cy, ale warto podjąć wysiłek. Twoim celem jest posiadanie w domu młodego, dojrzałego człowieka, który z dużą swadą i pewnością siebie włączy się do konwersacji dorosłych.
Bardzo trudno jest znaleźć rodzinę, która codziennie jada razem, trudno o taką, która jada wspólny posiłek raz w tygodniu. A szkoda! „Usiądźmy razem" w najbardziej skrótowej formie tłumaczy, dlaczego to takie ważne, żeby rodzina regularnie zbierała się przy posiłku. Kie­dy już zbierzecie się wokół stołu, masz rzadką okazję przyjrzeć się wszystkim osobom, popatrzeć na ich twarze, ubrania, na sposób, w ja­ki siedzą, i co najważniejsze, jak się do siebie odzywają.

Oczywiście będą konflikty, ale pamiętaj, że kłótnie to niewystarcza­jący powód, żeby zaprzestać siadania razem.
Mówi Ingrid, matka dwójki dzieci w wieku siedmiu i dziewięciu lat:

W weekendy staramy się siadać razem do obiadu. Niestety dużo się wte­dy kłócimy. Oboje z mężem dbamy o zachowanie manier przy jedzeniu, dzieci mają zjadać swoje porcje i nie kaprysić. Kłopot w tym, że inne za­sady obowiązują w szkołę. Tam największą wagę przywiązuje się do po­trzeb dziecka, co generalnie nie jest złe, ale w przypadku posiłków znaczy tyle, że dzieci wybierają to, co chcą, a potem często nie zjedzone zostawia­ją na talerzach. W domu domagam się, żeby wszystko zjadły, chociaż za­wsze gotowa jestem pójść na kompromis. Przeczytałam mnóstwo porad­ników o wychowaniu dzieci i wiem, że w każdym krytykują wojowanie o jedzenie. Zgadzam się, że jest w tym pewna doza logiki, ale z drugiej strony nie mogę pozwolić, żeby nic nie jadły w środku dnia. Później napy- chają się słodyczami, a o trzeciej po południu są głodne. Myślę, że trzeba wyznaczyć granice.

Dla Deborah, która, kiedy ją poznałam, miała dziesięcioro dzieci i była z jedenastym w ciąży, nakłanianie wszystkich, żeby jednocześnie siadali do olbrzymiego stołu w kuchni wielkiej jak stodoła, było ko­niecznością, a nie strategią wychowawczą. Dopóki nie mieliśmy tego stołu, jedliśmy na dwie zmiany. Teraz mogę zgromadzić wszystkich razem. Nie ma wątpliwości, że to dodatnio wpłynęło na dyscyplinę. Telewizor znajduje się blisko stołu, wiem, że nie jest to właściwe, ale przynajmniej dzieciaki chętniej siadają do posiłku. Jestem na nogach od szóstej rano, zajmuję się dziesiątką dzieci w wieku od sześciu miesięcy do dwunastu lat i powiem szczerze, że włączony telewizor naprawdę mi nie przeszkadza.

Miłość do dzieci wyrażamy między innymi poprzez jedzenie. Nic więc dziwnego, że odżywianie staje się przedmiotem wielu konfliktów. Rozmawiając z rodzicami, którzy pomogli mi stworzyć tę książkę, wie­lokrotnie przekonałam się, że nawet dla tych mądrych, dynamicznych i sprawiających wrażenie skutecznych, jedzenie było tematem drażli­wym. Przyznawali, że w tej dziedzinie ponieśli klęskę.

U Ingrid problem jedzenia stał się głównym powodem stresów, kie­dy dzieci miały odpowiednio po siedem i dziewięć lat. W ciągu tygo­dnia wspólne posiłki były wykluczone z uwagi na charakter pracy mę­ża. Natomiast niedzielne obiady, na skutek kombinacji rozmaitych czynników: nie najlepszych stosunków w małżeństwie, gwałtownego charakteru małżonka, trudności w szkole przeżywanych przez jedno z dzieci, dziecięcych kaprysów i problemów z właściwym zachowaniem się przy stole, były istnym piekłem na ziemi. Wreszcie Ingrid znalazła rozwiązanie. Zaczęła przygotowywać wspaniałe, tradycyjne angielskie podwieczorki dla całej rodziny. Po szybkim obiedzie, ona i dzieci wspólnie, w dobrych humorach pieką malutkie kruche bułeczki i cia­sta. Wszyscy lubią smakołyki podwieczorkowe. Jest czym uraczyć nie­zapowiedzianych gości, nie ma problemów dietetycznych. Podwieczo­rek nadaje się dla wegetarianina, ortodoksyjnego żyda i muzułmanina. Posiłek Ingrid podaje przy stole, wyłącza telewizor, żeby można było porozmawiać. Atmosfera jest mniej napięta, spokojniejsza, niż w cza­sie obiadu.

Podoba mi się bardzo podwieczorkowe rozwiązanie Ingrid, bowiem jest to nowoczesna odpowiedź rodzica na nowoczesny problem. W świecie dostępnych wyborów i mikrofalówek dobrze by było, żeby przetrwała idea wspólnych posiłków przygotowywanych przez rodzinę przy zachowaniu pewnego poziomu właściwych manier. Nie trzeba odrzucać obyczajów, lepiej je przystosowywać.

Obowiązki, pieniądze, rzeczy codzienne

Wypracowywanie rozkładu dnia

Jak ten dzień szybko przeleciał! Zanim zostaliśmy rodzicami, mie­liśmy mnóstwo czasu dla siebie. Teraz nasze dni podzielone są na ma­łe półgodzinne bloki. Czynności, które kiedyś zajmowały nam całe wieczory, jak układanie fotografii w albumach czy pranie, obecnie wy­konywane są w pośpiechu, w czasie gdy dzieci są czymś zajęte. Rodzi­ce niepracujący żyją według rozkładu dnia dostosowanego do szkoły i godzin spania. Ci, którzy pracują, mają przed sobą niezwykle trudne zadanie dopasowania do siebie dwóch różnych rozkładów – dzieci i swojej pracy.

Rozmawiając ze skutecznymi rodzicami zauważyłam, że tym, co na pewno ich łączy, jest czas przeznaczony dla dzieci. Poświęcają go swym dzieciom bardzo dużo, dzięki wypracowaniu wzorowej organizacji dnia. Dzieci w takich warunkach czują się bezpiecznie, a pewne czyn­ności zawsze są wykonywane wspólnie z rodzicami.

Jeśli nastawiłaś się na wysokie standardy dotyczące jakości spę­dzanego razem czasu, być może w praktyce nie uda ci się zrealizo­wać swoich celów. Nasze wyobrażenia o cudownych godzinach spę­dzanych wspólnie z dziećmi są znacznie bardziej ekscytujące niż to, na co w rzeczywistości starcza nam czasu. Choć zaplanowałaś z sy­nem budowę drewnianego domku, praktycznie w wypełniony mnó­stwem zajęć weekend, uda ci się tylko odwiedzić skład drewna. Je­dyne, co możesz zrobić, to z ciężkim sercem próbować włączyć syna w domowe obowiązki, jako że to będzie jedyna wasza wspólna ak­tywność.