Archive for the ‘Rozstania i nowe początki’ Category

Śmierć

Prawdopodobnie pierwszym doświadczeniem śmierci będzie dla twojego dziecka śmierć domowego zwierzęcia. Biorąc pod uwagę krótki żywot chomików czy złotych rybek, skłonna jestem stwierdzić, że głównym celem posiadania tego rodzaju zwierzątek jest oswajanie dzieci ze zjawiskiem umierania. Tobie, rodzicowi, stwarza to dobrą okazję, żeby się przekonać, czy dziecko na pewno rozumie, co to zna­czy śmierć. Jeżeli posiądzie tę wiedzę, będzie na dobrej drodze do ra­dzenia sobie z utratą bliskiej mu osoby.
Pokaż dziecku, że zwierzę się nie porusza ani nie reaguje w żaden sposób, wytłumacz, że już nic nie czuje. Pokaż martwą muchę na pa­rapecie lub robaka w ogródku. Ważne jest, by dziecko rozumiało, że nieżyjącego zwierzęcia już w żaden sposób nie można skrzywdzić. To da mu wyobrażenie, co się dzieje po śmierci z ludzkim ciałem.

Jeśli masz religijne przekonania dotyczące życia po śmierci, dziel się nimi z dzieckiem. Zachęcaj do pytań i odpowiadaj jak najbardziej wyczerpująco. Jeśli nie wierzysz w życie pozagrobowe, zasugeruj dziecku, żeby wyobraziło sobie, co się dzieje z przekłutym balonem; powietrze ze środka łączy się z tym na zewnątrz i choć balon pozosta­je, już nie jest prawdziwym balonem. Innym porównaniem, które ro­dzice uważają za trafne, jest analogia do rękawiczki; kiedy rękawiczka jest na czyjejś ręce, wykonuje ruchy, gdy ją uderzysz, dłoń w środku czuje uderzenie, ale gdy ją zsuniesz z ręki, rękawiczka nie rusza się ani nic nie czuje.

Rodzice niereligijni czasem odwołują się w wyjaśnieniach do tego, jak interpretują śmierć osoby wierzące, łona, matka siedmiolatki, któ­ra stale zasypuje ją pytaniami o śmierć, choć nigdy nie doświadczyła utraty kogoś bliskiego, mówi:


Nie ma nic złego w odwoływaniu się do chrześcijaństwa, tłumacząc zjawisko śmierci. Zawsze zaznaczam, że jest to interpretacja, że inni ludzie mają odmienne religijne przekonania.

Zagubisz się w teologicznych rozważaniach, jeśli będziesz próbowa­ła wyjaśnić dziecku religię, o której sama wiesz niewiele. Znacznie le­piej uczyni to szkolny nauczyciel religii.

Specjaliści, którzy pomagają dzieciom w okresie żałoby, zauważyli, że przez dobre przygotowanie i szczere odpowiadanie na pytania dziecka można w dużym stopniu zmniejszyć jego cierpienie i smutek. Niestety przygotowywanie dziecka na śmierć kogoś bliskiego jest szczególnie trudne dla rodziców i dorosłych, którzy sami desperacko chwytają się nadziei, że to najgorsze nie nastąpi.
Dziecko jednak musi mieć zaufanie do bliskich mu osób dorosłych, dlatego jeśli sama nie jesteś w stanie rozmawiać o tym z dzieckiem, znajdź kogoś, kto potrafi to zrobić. Jeśli wszyscy mówią tylko, że dzia­dek źle się czuje, a tydzień później, że umarł, jak dziecko ma ufać do­rosłym, gdy on lub ktoś z jego otoczenia zachoruje. Często pierwszą reakcją na śmierć dziadka jest strach, że rodzic też umrze. Wtedy po raz pierwszy w umyśle dziecka pojawia się myśl, że rodzice też mogą umrzeć.

Mówi Diana:

Jeśli moja dziesięcioletnia córka jest zasmucona, oglą­dając jakiś film w telewizji, z pewnością jest to jakaś historia o dziecku, które traci rodzica lub jest osamotnione. Zapewniam ją, że jestem młoda i zdrowa, a nawet jeśli coś tak mało prawdopodobnego miałoby się zda­rzyć, to jest wiele osób, które by się nią zajęły. Obiecuję jej, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby żyć. Moja matka bardzo długo chorowa­ła, nie chciałam jednoznacznie mówić dzieciom, że umiera, w obawie, iż pójdą do niej z nowiną: „Mama mówi, że ty babciu umierasz". W ostat­nim miesiącu życia matki na każdą u niej wizytę zabierałam jedną ze starszych córek, pięcioletnią lub ośmioletnią. Decyzję, czy chcą iść na po­grzeb zostawiłam im. Starsza zdecydowała się pójść, natomiast młodsza wolała zostać z dziećmi kuzynów, którzy do nas przyjechali. Tylko naj­młodszej, wtedy trzyletniej, nie pytałam o zdanie. Dla starszej dziewczyn­ki pogrzeb był wielkim wydarzeniem. Jej pierwszym spostrzeżeniem było to, że bardzo dużo ludzi kochało babcię – żegnało ją mnóstwo osób. Do­wiedziała się troszeczkę o poczuciu wspólnoty, przynależności do grupy szerszej, niż rodzina. W Walii na prowincji nadal istnieją społeczności lo­kalne. W mieście nie ma już po nich śladu, dlatego ona przedtem nie miała takich doświadczeń.

Dzieci można zabierać na pogrzeby i według mnie powinno się je pytać o zdanie w tej sprawie. Dorośli często obawiają się, że dziecko ze zdenerwowania głupio się zachowa, zacznie chichotać, albo będzie wystraszone. Zawodowi terapeuci uważają, że dziecko, które jest wła­ściwie przygotowane, to znaczy: wie dokładnie, co to jest śmierć, wie, co się zdarzy podczas ceremonii, wie, że w pudle spuszczanym do zie­mi jest tylko babci „zewnętrzna powloką", nie będzie wystraszone podczas pogrzebu.

Chichotanie może stanowić problem. Jest to oczywiście sposób roz­ładowywania napięcia przerastającego możliwości dziecka, a nie ob­jaw zimnej bezduszności. Ty to rozumiesz, ale ciocia-babcia Elsie, któ­ra ma określony pogląd, na co dzieciom nie powinno się pozwalać, może myśleć zupełnie inaczej i nie dopuści do żadnej dyskusji na ten temat. Niemniej dzieci lepiej przygotowane, lepiej rozumiejące i bar­dziej wczuwające się w sytuację rzadziej chichoczą. Ponadto jest duża szansa, że dziecko tak bardzo będzie zafascynowane uroczystością, że zapomni o nerwach.

Jeśli to możliwe, pozwól dzieciom zobaczyć umarłego. Często fan­tazje maluchów są znacznie bardziej przerażające niż prawda, która dla kontrastu jest uspokajająco prosta. Słyszałam o małym chłopcu, któremu pozwolono zobaczyć ciało dziadka przed zamknięciem trum­ny. Malec z wielką ulgą stwierdził, że dziadek ma głowę, bo z rozmo­wy o tym, że w trumnie leży ciało dziadka wywnioskował, że jest on po­zbawiony głowy.

Dzieci instynktownie wczuwają się w obrzędy. Kiedy spotkałam Ka- tyę, macochę trójki nastolatków oraz matkę pięcio- i ośmioletniego dziecka, cała rodzina przeżywała głęboką żałobę po śwince morskiej, która nie przeżyła operacji. Pięcioletnia córeczka była pogrążona w żalu, matka także miała zaczerwienione oczy. Katya opowiadała:

Rozmawiałyśmy wcześniej o umieraniu, ale to było jej pierwsze zetknięcie ze śmiercią. Pytała mnie wcześniej, czy świnka może umrzeć. Zaskoczyła mnie tym, że dokładnie wiedziała, co ma się stać ze świnką po śmierci. Kiedy po całonocnych próbach ratowania zwierzątka powiedziałam jej, że nie żyje, zadała mi mnóstwo rozmaitych pytań. Potem nagle uświado­miła sobie, co się stało i poprosiła, żebym pokazała jej świnkę. Ułożyły­śmy ją na sianie w pudełku po butach, a pod spód włożyłyśmy białe, pa­pierowe chusteczki. Pozwoliłam jej pogłaskać zwierzątko, ale nie brać na kolana (było bardzo chore). Dopilnowałam, żeby dzieci po dotykaniu świnki umyły ręce, nie tylko ze względów higienicznych, ale także dlatego, żeby miały poczucie całkowitego rozstania. Razem pochowaliśmy świnkę. Córka wybrała miejsce w ogródku i sama chciała rączkami nasypać na wierzch ziemię. Później rozmawiałyśmy, co zrobić dalej. Chciała kupić i posadzić białe kwiatki, żeby świnka mogła stać się kwiatkiem. Następ­nego dnia w szkole przez cały czas płakała, więc została wcześniej zwol­niona. Pojechałyśmy do centrum ogrodniczego, w którym kupiłyśmy roz­kwitające lilie. Tej nocy dziewczynki napisały kilka wierszy o śwince. By­łam pod wielkim wrażeniem, że moja córka wymyśliła cały obrzęd poże­gnania ze świnką. Sądzę, że wykonywanie tych czynności było dla niej bardzo ważne, jak również to, że wszystko robiłyśmy razem. Obrzęd ode­grał swoją rolę, bo był dla niej sposobem na rozładowanie emocji i jed­nocześnie zaspokajał potrzebę działania. Wielkim błędem jest unikanie tematu śmierci, choćby miała to być tylko śmierć świnki morskiej.

Bardzo trudno jest dzieciom, które, gdy są szczęśliwe, żyją w prze­konaniu o własnej nieśmiertelności, rozmyślać o śmierci, o tym, że do­świadczenie śmierci bliskiej osoby może je odciąć od rówieśników za­zdrosnych o uwagę, którą się im poświęca. Nessa opowiadała:

Felicity, dziewczynka z klasy mojej córki, straciła matkę. Jedna z bardziej złośli­wych koleżanek powiedziała mojej córce, że matka Felicity naprawdę wcale nie umarła, a ona tylko tak mówi, żeby wzbudzić współczucie. Na­uczycielka zachęciła Felicity do mówienia o matce na lekcji, której temat brzmiał: „Moja mama ", i dziewczynka z chęcią zabierała głos. Niestety, inne dzieci zamilkły i były zakłopotane. Dziewczynka dobrze czuła się tyl­ko z tymi dziećmi, które byty gotowe rozmawiać z nią o jej mamie.

Z dziećmi trzeba rozmawiać o śmierci wcześniej, niż wielu rodzicom to się wydaje. Czteroletni Donald po śmierci dziadka, którego widywał nie więcej niż trzy tygodnie w roku, powiedział: Często myślę o dziadku. Dokąd on wyjechał? Czy jeszcze kiedyś go zobaczymy? Rodzice odpowie­dzieli, że dziadziuś jest z Jezusem i choć nie wiedzą gdzie, są pewni, że jest szczęśliwy. Mama wytłumaczyła Donaldowi, że gdyby nawet dzia­dek przeżył operację, nie byłby już tym dziadkiem, którego chłopiec znał. Nie mógłby chodzić, ani pomalować mu, jak kiedyś, pokoju.

Kiedy umiera członek najbliższej rodziny, żyjący rodzic lub rodzice często nie mają siły, żeby zająć się pogrążonym w smutku, bezradnym dzieckiem. Mają tendencję do zamykania się w sobie, słabną ich kon­takty z innymi osobami.

Rodzeństwo zmarłego dziecka czuje się niekiedy odrzucone, zwłaszcza gdy śmierć nastąpiła po długiej chorobie, w czasie której ca­ła uwaga rodziny była skupiona na chorym. Często zdarza się słyszeć ludzi, którzy mówią z wielkim współczuciem o rodzicach zmarłego dziecka, natomiast jakby zapominali o jego rodzeństwie. Dzieci rów­nież pogrążają się w smutku. Jedną z najbardziej tragicznych reakcji na śmierć dziecka jest odrzucenie, rzeczywiste lub pozorne, pozostałe­go rodzeństwa, które ma świadomość, że nie jest w stanie wypełnić po­wstałej luki.

Po śmierci jednego z rodziców dziecko lepiej sobie poradzi z rozpa­czą dorosłego, jeśli zostanie utwierdzone w przekonaniu, że ten drugi będzie żył. Ono musi mieć poczucie, że ma opiekuna, który jest dla niego źródłem siły. Rodzic przekonuje się, że wyrażenie własnego smutku pomaga uniknąć sytuacji, w której synowi lub córce wydaje się, że stracili nie jedno z rodziców, ale obydwoje.
Każde dziecko pogrążone w żałobie potrzebuje wielkiego wsparcia, bezpieczeństwa wynikającego ze stabilnego, uporządkowanego życia i stałej obecności małych rytuałów, takich jak częste chodzenie na cmentarz. Przez pewien czas jego smutek będzie malał i wzrastał okre­sowo, być może nawet irracjonalnie.

Dziecko może czuć się na tyle zagrożone i być tak bardzo nastawio­ne na chronienie żyjącego rodzica, że w obawie przed jego zasmuce­niem w ogóle nie będzie wspominało zmarłego. Z kolei rodzica może niepokoić zachowywany przez dziecko dystans. W takim wypadku do­brze jest, jeśli jakiś inny dorosły będzie dużo rozmawiał z dzieckiem o zmarłym, słuchał, co ma ono do powiedzenia i razem z nim wspomi­nał utraconego rodzica, do momentu, w którym żyjący rodzic będzie w stanie sam się tym zająć.

Nowe dziecko w przybranej rodzinie

W przynajmniej połowie pełnych przybranych rodzin przychodzi na świat wspólne dziecko. Co najmniej równie często maluch rodzi się w przybranych rodzinach niepełnych, a więc w rodzinach składających się z ojca i jego nowej partnerki oraz dzieci, które bywają w domu oj­ca regularnie. W tych drugich wspólny potomek jest często pierwszym naturalnym dzieckiem matki.
Jedna z macoch, która doświadczyła macierzyństwa, powiedziała mi:


Kiedy trzymałam własne niemowlę w ramionach, dopiero wówczas naprawdę zrozumiałam, jak głębokie uczucie łączy mojego męża, a szcze­gólnie jego byłą żonę, z ich dziećmi. Przedtem wydawało mi się, że jestem troskliwa i współczująca, ale dopiero po urodzeniu dziecka zrozumiałam ból i pojęłam sens kłótni o dzieci. Stałam się bardziej czuła w stosunku do przybranych dzieci. Przestałam mieć do nich żal o to, że tak absorbu­ją mojego męża, ponieważ ja też byłam pochłonięta swoim maleństwem.

Nie wszystkie macochy po urodzeniu własnego dziecka doświadczy­ły takich odczuć. Czasami nowe matki przestają interesować się przy­branymi dziećmi, choć wcześniej dobrze się nimi zajmowały. Starsze dzieci wydają im się zbyt głośne, niechlujne, za duże w porównaniu z kochanym niemowlaczkiem. Podobne wrażenie wywołują u matki dopiero co narodzonego malucha jej starsze dzieci, ale tutaj reakcja jest znacznie silniejsza.

W przybranych rodzinach nowo narodzone dziecko jest symbolem jedności. Rzeczą najwyższej wagi jest to, żeby inne dzieci w rodzinie wiedziały, że maluch jest ich dzieckiem, żywym spoiwem całej rodziny. Jeśli dzieci są dobrze przygotowywane na powiększenie rodziny, z ra­dością przyjmą brata lub siostrę. Jeśli zaś macocha i ojciec nadmiernie skupiają się na ciąży, a dzieci traktują po prostu jak dopust boży, jako złośliwe istoty, które nie dają odpocząć ciężarnej, jeśli koncentrują się głównie na niemowlęciu i wyłączają pozostałe dzieci z nowego rodzin­nego kręgu, to oczywiście ściągają na siebie kłopoty.

Pierwszy krok do przybranego rodzicielstwa

Wszystkie problemy, które uwidoczniły się w życiu dzieci po rozbi­ciu rodziny lub po jej przeorganizowaniu – etap buntu, użalania się nad sobą, kłótnie z rodzeństwem – mogły wystąpić w jakiejś formie na­wet bez zaistnienia zmian w rodzinie. Jednak bycie przybranym rodzi­cem jest bardzo stresujące, a wszelkie stresowe sytuacje uwypuklają i wyolbrzymiają nawet błahe problemy.

Katya przekonała się, że przybrane rodzicielstwo zaczyna się od pewnego rodzaju okresu wstępnego. Jednym z najbardziej katastrofal­nych posunięć nowego partnera, który wprowadza się do samotnego dotąd albo rozwiedzionego rodzica, jest branie aktywnego udziału, na równych prawach z naturalnym rodzicem, w działaniach dyscyplinują­cych. Przybrana rodzina nie jest tym samym, co pełna rodzina i nikt nie powinien myśleć, że może być inaczej. Cheryl Walters, bardzo do­świadczona terapeutka, ostrzega przybrane rodziny, które do niej tra­fiają, że nowy partner nie jest nowym rodzicem.

Dzieci i naturalny rodzic mają za sobą długą historię bycia razem. Przybrany rodzic, nawet jeśli przed wprowadzeniem się znany był dzieciom, nie dzielił z nimi doświadczeń i o tym nigdy nie wolno mu zapominać. Jeśli chcesz podjąć się przybranego rodzicielstwa, przygo­tuj się na długi okres terminowania, wchodzenia w rolę rodzica. W tym czasie, a może on trwać do dwóch lat, przybrany rodzic mozol­nie buduje skład wspólnych z dzieckiem doświadczeń, który w przy­szłości stanowić będzie podwaliny pod nowy typ relacji rodzic-dziecko.

Takie samo powolne i bez napięć podejście odnosi się do przyrod­niego rodzeństwa. Najlepiej jest zapoznawać dzieci ze sobą stopniowo, zaczynając od uczciwego opowiadania własnym dzieciom o dzieciach partnera. Potem dobrze jest pokazać im zdjęcia i przygotowywać do krótkiego, nieformalnego wspólnego wyjścia, a następnie do dłuższe­go wyjścia, po którym będzie miał miejsce wspólny weekend i wakacje. Te wszystkie elementy powinny wystąpić, nim podejmiecie decydujący krok, jakim jest zamieszkanie razem.

Rodzica, który dopiero co zawarł nowy związek małżeński, kusi nie­zwykle możliwość przekazania funkcji dyscyplinujących w rodzinie no­wemu partnerowi. Na przykład poczucie, że nowa żona, z racji bycia kobietą, automatycznie wejdzie w rolę matki, przynosi mężczyźnie wielką ulgę.

Mike, którego nowa rodzina składa się z niego i jego drugiej żony, okresowo z jego dwóch synów z pierwszego małżeństwa i dwójki dzie­ci żony z poprzedniego małżeństwa, opisuje swoje odczucia:

Jest pięć po ósmej, i jest mój dzień na wyszykowanie dzieci do szkoły. Jeden z mo­ich synów narzeka, że źle się czuje. Nie mam pojęcia, co powinienem zro­bić. Chcę, żeby kobieta spojrzała na malca i zadecydowała, czy chłopak ma iść do szkoły.

 Mike zdaje sobie sprawę z tego, że zaczyna paniko­wać, gdy jego druga żona, bardzo zresztą sensownie, nie podejmuje roli, której on od niej oczekuje – roli wszystkowiedzącej mamy. Ona nie jest jeszcze gotowa do bycia mamusią jego dzieci, nie zna ich wy­starczająco dobrze.

A tymczasem wiele matek po zawarciu nowych związków zachęca partnera, a wręcz na niego naciska, by aktywnie włączał się w trudne sprawy wychowawcze, jak na przykład dyscyplinowanie zbuntowane­go nastolatka, uważając, że mężczyzna, będąc bardziej stanowczym, będzie również skuteczniejszy. Taka postawa matek jest całkiem zro­zumiała, bo przecież przez lata, nim poznały nowego partnera, same zmagały się z trudami rodzicielstwa. A teraz bardzo im odpowiada wygodna pozycja na kanapie, podczas gdy ich Superman w osobie no­wego partnera, żwawo poruszając się po domu, zaprowadza nowe porządki.

Matka, która w ten sposób przekazuje władzę ojczymowi, stwarza niezwykle trudną, bardzo stresującą sytuację. Pomijając aspekt fizycz­nej siły, jest to równie niesprawiedliwe dla obu stron – dzieci i mężczy­zny. Nawet jeśli partner ma własne dzieci, jako ojczym nie ma tytułu do sprawowania roli głównego egzekutora dyscypliny, dopóki nie na­wiąże z dziećmi bliskiego kontaktu, opartego na wspólnych doświad­czeniach. Do tego czasu rolę szefa, osoby stanowiącej i egzekwującej prawo, musi pełnić naturalny rodzic.
Nie znaczy to wcale, że przybrany rodzic nie powinien uczestniczyć w podejmowaniu decyzji. Para razem powinna dyskutować o tym, któ­re zachowania są nie do przyjęcia, a które są właściwe, co jest w domu dozwolone, a co nie, natomiast wszelkie ustalenia musi wprowadzać naturalny rodzic przy wsparciu partnera. Długo jeszcze po zawarciu związku rodzic naturalny będzie miał ostateczne słowo w sprawach dotyczących dzieci. Przybrany rodzic musi starać się być dobrym uczniem.

Zanim nowy układ zacznie działać, z pewnością trzeba będzie prze­żyć wiele trudnych chwil. Nie obędzie się bez nieporozumień i łez. Ale jeśli wszyscy zechcą pamiętać, że każdy w rodzinie jest pełen obaw, nie wie, jak się sprawy potoczą, wtedy podejmowane wysiłki okażą się warte trudu.

Rodziny przybrane

Mówi Katya, macocha trzech nastolatków i matka dwójki młod­szych dzieci:

W wieku trzech lat mój najmłodszy pasierb często rzucał na mnie stos poduszek, gdy na podłodze czytałam czasopisma. Kiedy skakał po nich, ja udawałam, że nic się nie dzieje. On sprawdzał, jak daleko mo­że się posunąć, ale można również powiedzieć, że chciał mnie wyelimino­wać ze swojego życia. Pewnego dnia, mniej więcej rok po ślubie, doczeka­łam się wreszcie wspaniałej chwili. Malec nieumyślnie upuścił na podłogę talerz z posiłkiem. Uklękłam i zaczęłam zbierać jedzenie. On wtedy popa­trzył na mnie i wyszeptał, że mnie lubi. Wydawało mu się, że w tej sytua­cji – ja na kolanach na podłodze – może bezpiecznie wygłosić tego typu oświadczenie.

Belinda czytała swoim trzem synom – w kilka lat po bolesnej sepa­racji z ich ojcem, który ponownie się ożenił – bajkę o wiedźmie i ma­cosze. Po wysłuchaniu opowiadania ośmiolatek wykrzyknął, że histo­ria jest bardzo łatwa do zrozumienia, bo wiedźma i macocha to po prostu jedna i ta sama osoba. Macocha w rzeczywistości była bardzo dobra, ale to pokazuje, jak wielkie napięcie przez cały czas towarzyszy­ło dzieciom.

Chociaż dostępne jest poradnictwo i wsparcie dla przybranych ro­dzin, większość macoch, ojczymów i ich przybranych dzieci samotnie zmaga się z problemem, jak najlepiej ułożyć współżycie.

Problem rodzin przybranych jest zbyt poważny i skomplikowany, by w niniejszym poradniku omawiać go szczegółowo. Do telefonu zaufa­nia prowadzonego przez organizację Rodzin Przybranych dzwonią głównie żony i mężowie rodziców dzieci, zaniepokojeni zachowaniem wychowanków. Przeważnie telefony pochodzą od macoch, chociaż w większości przybranych rodzin dzieci są wychowywane przez matki i mężów matki. Wygląda na to, że albo kobiety są bardziej śmiałe, dla­tego częściej korzystają z telefonów zaufania, albo ich rola jest szcze­gólnie trudna.

W telefonie zaufania również słyszy się skargi partnerów rodziców dzieci na atmosferę panującą w trakcie odwiedzin. Czują się oni wyłą­czeni i pomijani. Straszne macochy uwijają się w kuchni przy zmywaniu garów, a tatusiowie z dziećmi spędzają pożytecznie czas przed telewi­zorem. (Nie jest ważne, że w istocie wspólne zmywanie jest znacznie bardziej wartościowe, niż oglądanie telewizji, tu liczy się samopoczu­cie). Wiele osób związuje się z osobami posiadającymi dzieci, nie zda­jąc sobie sprawy z magnetyzmu, jaki wiąże rodziców i dzieci. Czują się więc zazdrośni o czas, który partner spędza z własnymi dziećmi.

Grupy wsparcia, spotykające się raz w miesiącu w domu któregoś z członków, mogą być bardzo pomocne. Nie rozwiążą one oczywiście problemu, ale pokażą macochom i ojczymom, że nie są sami. W przy­bliżeniu jedna rodzina z dziećmi na osiem to rodzina przybrana. We­dług szacunków mniej więcej jedna czwarta dzieci przed ukończeniem szesnastego roku życia doświadczy rozwodu rodziców. Pamiętać też trzeba, że oficjalne statystyki nie ujmują dzieci, które tylko przez pe­wien czas wychowywane są w przybranych rodzinach, to znaczy dzieci, które żyją z jednym rodzicem, przeważnie tylko z matką, a regularnie na weekendy i wakacje zabierane są przez drugiego rodzica, który za­warł kolejny związek małżeński.

Grupy samopomocy zawiązują się samorzutnie i zwykle nie trwają dłużej niż jeden rok. Rozpad grupy jest raczej oznaką sukcesu, a nie porażki, jej członkowie prwadopodobnie już nie potrzebują wsparcia. Grupa, której członkowie mieszkają blisko siebie, może być także po­mostem dla dzieci z podzielonych rodzin. Tam dzieci mogą znaleźć no­wych znajomych, którzy są w podobnej sytuacji.
Jeśli rzeczywiście jesteś typem osoby, która nie czerpie przyjemno­ści z przynależności do grup samopomocowych, powinnaś rozważyć przyłączenie się do jednej z nich dla dobra dzieci. Dotkliwie brakuje poradnictwa i wsparcia dla dzieci żyjących z jednym rodzicem i part­nerem rodzica, a mających problemy z zachowaniem lub z nauką. Dzieci, których zachowanie lub nauka w sposób bardzo znaczący po­garsza się po rozstaniu rodziców, skupiają na sobie najwięcej uwagi, ponieważ częściej się dostrzega „złe dzieci", natomiast ignoruje te wy­cofujące się, ciche, szukające ucieczki w książkach albo owładnięte pa­sją gier komputerowych, bardziej związanych z grupą rówieśniczą niż rodziną. Te dzieci podejmują desperackie próby reagowania na zmie­nione warunki rodzinne w sposób, w jaki wydaje im się, że oczekują od nich rodzice, ale w środku przeżywają katusze.

Kilka praktycznych rad dla rozwodzących się rodziców

Jeśli masz dzieci, nie powinnaś podejmować sprawy rozwodu bez konsultacji z profesjonalistą z zewnątrz, a przynajmniej bez przeczyta­nia odpowiedniego poradnika na ten temat.

Trzeba pamiętać, że rodzicielstwo po rozwodzie to nie rywalizacja między rodzicami. Nie jest to także pole bitewne, na którym macie prawo do odwetu za doznane w związku krzywdy i urazy. Rodziciel­stwo jest dla dobra dziecka.

Nie ma przewidzianych nagród dla rodzica, który próbuje, jak po­trafi najlepiej, zostać tym ulubionym rodzicem, przygotowuje najbar­dziej ekscytujące niespodzianki i prezenty. Od tego momentu oboje zaczniecie tworzyć swoje własne relacje z dzieckiem. I wcale tak nie musi być, że jedno z rodziców jest lepsze lub gorsze, po prostu jeste­ście różni. Nierozsądne jest oczekiwanie, że były partner będzie per­fekcyjnie kopiował twoje zachowanie w stosunkach z dzieckiem.

Nigdy nie próbujcie odgrywać się na sobie poprzez dziecko i nie po­zwólcie mu na próby skłócenia was. Dziecko, które przeszło przez roz­wód rodziców, czuje się tak bardzo słabe, że szansa wykazania się siłą jest dla niego zbyt kusząca, by jej nie wykorzystać (przede wszystkim ono nigdy nie chciało znaleźć się w tej sytuacji).

Jeśli jesteś rodzicem „dochodzącym", który spędza z dzieckiem tyl­ko weekendy i wakacje, staraj się przygotowywać ciekawe (oczywiście takie, na które cię stać) niespodzianki, ale nigdy nie przesadzaj. Łatwo zapomnieć, jak szybko dzieci się męczą, zwłaszcza w nowej, podnieca­jącej je sytuacji. Skup się na zaaranżowaniu przytulnego miejsca, w którym będziecie mogli usiąść i porozmawiać, zjeść pizzę lub zagrać w grę. Jeśli już przeprowadziłaś się do nowego mieszkania, na pewno jest tam coś do zrobienia, w czym może ci pomóc dziecko.

Jeśli tobie przyznano opiekę na dzieckiem, staraj się pamiętać, że twój były mąż prawdopodobnie próbuje robić wszystko najlepiej, jak potrafi. Jeśli nawet uważasz, że bez sensu spędza czas z dziećmi, jak długo są bezpieczne, nie ma to znaczenia. Z perspektywy czasu fakt, że jadły koszmarne posiłki lub któreś zostawiło nowy płaszcz w pocią­gu albo zachorowało, naprawdę jest bez znaczenia.
Jeśli masz zastrzeżenia do przebiegu wizyt, pomyśl, czy twoje oba­wy wynikają z tego, że drugi rodzic w oczywisty sposób szkodzi dziec­ku, czy też źródłem ich jest fakt, że na krótki okres musisz wyrzec się kontroli. Jako rodzic, któremu sąd przyznał opiekę na dzieckiem, jeśli nawet masz już nowego partnera (patrz niżej), jesteś przyzwyczajona do bycia osobą odpowiedzialną i trudno ci wyjść ze swojej roli. Zasta­nów się nad tym, zanim zaczniesz krytykować byłego partnera.

Przeprowadzając wywiady z rozwiedzionymi rodzicami, zauważy­łam, że bardzo trudno jest im myśleć konsekwentnie o dzieciach, a nie o sobie. Rozmowa zbaczała z tematu i wracała do nich, do ich bólu, za­chowań w poszczególnych sytuacjach. Wielkiego wysiłku wymagało utrzymanie konwersacji wokół spraw dzieci i ich dobra. Jeśli po roz­wodzie ty i twój partner potraficie obserwować dzieci i dostrzegać ich problemy, znaczy, że wspaniale dajecie sobie radę.

Separacja i rozwód

Separacja i rozwód

Badanie przeprowadzone przez uniwersytet w Exeter wykazało, że dzieci z przeorganizowanych rodzin są mniej szczęśliwe niż dzieci z nierozwiązanych związków, i to nawet wtedy, gdy rodzice żyją razem skłóceni.

U dzieci ze zreorganizowanych rodzin, jeśli się je porówna z dzieć­mi z nierozwiedzionych rodzin po uwzględnieniu takich czynników, jak wiek, płeć, klasa społeczna, typ szkoły, do której uczęszczają, jest dwa razy większe prawdopodobieństwo występowania problemów zdrowot­nych i niskiej samooceny, trzy razy większe prawdopodobieństwo zabu­rzeń zachowania i prawie czterokrotnie większe prawdopodobieństwo występowania problemów w życiu społecznym i w pracy szkolnej.

Problemy nasilają się znacznie u dzieci, które kilka razy zmieniły rodzinę, i takie dzieci częściej mają trudności, niż te wychowywane przez jednego rodzica lub przez rodzica i ojczyma albo macochę.

Częścią badania, szczególnie bulwersującą, była ta, w której stwier­dzono, że dzieciom lepiej jest w nierozwiedzionych rodzinach, nawet gdy rodzice kłócą się i nie zgadzają, niż w kolejnych związkach. To spo­strzeżenie uderza w samo sedno myślenia o rozwodach i prawa rozwo­dowego, w koncepcję, według której, z punktu widzenia dziecka, lepiej jest, jeśli rodzice rozstają się pokojowo, bez upokorzeń i oskarżeń, niż gdy poświęcają własne szczęście i trwają w związkach „dla dobra dzie­ci". Wiele dzieci, których rodzice pozostają w ostrym konflikcie i któ­re doświadczyły domowej przemocy, odczuwa wielką ulgę, kiedy ro­dzice się rozchodzą. Badanie z Exeter pokazuje jednak, że nie zawsze tak jest. Co więcej, nawet te dzieci, które były zadowolone z rozstania rodziców, w życiu dorosłym mają często trudności z zaangażowaniem się w stały związek.

Z badania z Exeter wypływają jeszcze inne wnioski. Po pierwsze ro­dzice, którzy pragną separacji, powinni właściwie przygotować dzieci na to, co je czeka. W większości wypadków ojciec odchodzi, a matka mówi dzieciom, że tatuś się wyprowadził. Jedna piąta z indagowanych dzieci nie otrzymała dokładniejszych wyjaśnień w tej sprawie, ponieważ matki utrzymywały, że dzieci są za małe, żeby zrozumieć takie sprawy.

Większość dzieci chciałaby, żeby rodzice pozostali razem. Wygląda na to, że również bardzo troskliwi rodzice, którzy robią wszystko, co w ich mocy, żeby nie krytykować się nawzajem w obecności dzieci, zo­stawiają swoje pociechy bez zadowalających wyjaśnień.
Po drugie, dzieci pragną więcej, niż z reguły mają, kontaktów z ro­dzicem, który z nimi nie mieszka. A także z ukochanymi dziadkami, ciociami, wujkami, byłymi ojczymami, macochami, byłym przyrodnim rodzeństwem i tymi wszystkimi, którzy na pewnym etapie odgrywali ważną rolę w ich życiu, a teraz zniknęli z pola widzenia.

Po trzecie, sprawiedliwe rozwiązanie problemu kontaktów, nawet dla rodziców wrażliwych, dbających o dobro dziecka, jest w praktyce bardzo trudne i stresujące. Jednym z takich rozwiązań jest podwójny dom. Dzieci dzielą swój czas równo między oboje rodziców. Wydaje się jednak, że dwa domy nie są lepsze od jednego. Macocha, która przez lata starała się, żeby dzieci męża czuły się u niej jak u mamy, powie­działa mi, jak bardzo było jej smutno, kiedy jedno z nich, już dorosłe, bardzo delikatnie wypomniało, że nigdy tak naprawdę nie miało domu.

Obecne rozwiązania prawne koncentrują się na „dobrym rozwo­dzie", który drogą mediacji przeprowadzany jest „wzorowo", z uwzględnieniem dobra i szczęścia dzieci. Cel jest szczytny, ale nie ma się co oszukiwać, że para może się rozstać bez krzywdzenia dzieci. Ro­dzice najwyżej mogą się starać, żeby rany się nie pogłębiały, mogą oczywiście także odnieść sukces w odbudowywaniu szczęśliwego życia wszystkim zainteresowanym. Nie są jednak w stanie całkowicie zapo­biec zranieniom. Blizny pozostaną.
Rozwód nie tylko bezpośrednio dotyka dzieci z rozbitej rodziny, ale także ma wpływ na inne dzieci.

Mówi jedna z matek:


Był taki okres, że mniej więcej co dwa tygodnie któraś ze znanych nam par się rozstawała. Myślę, że jeśli wokół wiele małżeństw decyduje się na rozwód, dzieciom wydaje się, że obecnie jest to bardziej społecznie akceptowane, niż kiedyś. Zastanawiam się, co przy­niesie przyszłość, kiedy one będą zawierać związki małżeńskie. Czy będą przeżywać rozterki trzy tygodnie przed ślubem, odnośnie swego wyboru, czy też podejdą do sprawy lekko, bo przecież można się rozwieść? Czy bę­dą angażować się w związki, jakich próbuje nasze pokolenie i próbowała generacja naszych rodziców?

Kirstie, wychowana na dalekiej prowincji w Szkocji, ale teraz miesz­kająca w południowo-wschodniej Anglii, pamięta, jak trudno było jej wytłumaczyć ośmioletniej córce, że przyjaciele się rozwodzą.

Laura z powodu choroby nie poszła do szkoły i była w domu, kiedy zadzwonił nasz przyjaciel z wiadomością, że oboje z żoną Elizabeth postanowili się rozstać. Musiałam wytłumaczyć Laurze, że Jack już nie kocha żony i że znalazł sobie inną kobietę. Wydawało mi się, że córka będzie przede wszystkim zaniepokojona tym, że my też możemy się rozejść, a tymczasem ona bardziej martwiła się o dzieci tamtego małżeństwa, z którymi się przy­jaźniła. Pytała, czy nadal będą widywały się z ojcem, czy nie pragną, żeby ich rodzice byli razem. Nigdy nie podejrzewała, że rodzice się rozwodzą, ponieważ dzieci były niegrzeczne. Najtrudniej było mi wyjaśnić jej, dlacze­go Jack zrobił coś takiego swoim dzieciom. To rozstanie było dla mnie tak wielkim szokiem, że sama sobie nie umiałam tego wyjaśnić. Pewnego dnia, niespodziewanie, w sprawie rozwodu przyjaciół wypowiedział się Donald, młodszy brat Laury. Stwierdził, że to okropne być osobą porzuco­ną. Jackowi jest dobrze, bo ma nową żonę, ale Elizabeth musi sobie radzić sama. Uświadomiłam sobie wtedy, że syn musiał o tym dużo myśleć.

Theresa opowiadała, że kiedyś w hotelu jej synowie, sześcio- i ośmioletni oglądali w telewizji film o rozwiedzionej parze. Początko­wo Theresa była przeciwna oglądaniu, ale potem pomyślała, że dobrze się stało.

Film był świetną okazją do rozpoczęcia rozmowy na temat roz­wodów. Zobaczyli, jak to się odbywa i przede wszystkim zrozumieli, że ni­gdy nie następuje z winy dzieci. Utwierdzili się w przekonaniu, że ja i mój partner nie zamierzamy się rozstać. My jesteśmy razem, ale chłopcy mają dużo przyjaciół, których rodzice się rozwiedli, więc byłam zadowolona, że ich niepokój w tej sprawie został rozwiany.