Archive for the ‘Uroczyste dni i wakacje’ Category

Urodziny i przyjęcia

Bratowa, kiedy zabierała z przyjęcia siedmioletniego synka, spytała gospodynię, czy wszystko było w porządku. W odpowiedzi usłyszała, że nie bardzo, bo chłopcy naśmiewali się z czarodzieja.

Bratowa i ja zgodziłyśmy się, że gdybyśmy miały dość odwagi, prze­rwałybyśmy pokaz ze słowami:

Moi złoci, jesteście tak niegrzeczni, że profesor Fancypants spakuje już teraz swoje rzeczy i opuści was. Dzwonię po rodziców, żeby was zabrali, a dzieci, których rodziców nie zastanę, bę­dą tu siedzieć i czekać.

Oczywiście to czysta fantazja. Po pierwsze, nikt nie zdobędzie się na to, żeby zapłacić artyście tylko za połowę pokazu, a po drugie, trzeba niezwykłej odwagi, żeby w takiej sytuacji nadzorować (co najmniej go­dzinę) tuzin siedmioletnich chłopców. Ale gdyby było nas stać na re­alizowanie ostrego kursu, życie byłoby odrobinę przyjemniejsze dla wszystkich naszych znajomych, a już z pewnością dla czarodziejów.

Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby urządzać dzieciom przy­jęcia, jeśli one nie wykazują zainteresowania i wcale im na tym nie zależy. Niepotrzebne są im urodzinowe bale. Na wiele innych, mniej kłopotliwych dla ciebie sposobów, można im sprawić przyjemność. Odnoszę wrażenie, że niektóre dzieci traktują bal urodzinowy jako coś, co im się należy.

Omówmy teraz podstawowe zasady, których należy przestrzegać, organizując dziecięcy bal.

Obowiązkowo trzeba odpowiadać na zaproszenia. Niektóre matki zadają sobie wiele trudu, żeby przygotować – dla każdego gościa indy­widualne – balony, specjalne nakrycia stołowe, paczuszki z niespo­dziankami, byłoby więc nietaktem niepoinformowanie, czy dziecko przyjdzie.

Podziękowanie dzieciom za prezenty nie tylko należy do dobrego tonu, ale jest absolutnie konieczne. Wielu rodziców wkłada dużo wy­siłku w to, żeby przygotować odpowiedni podarunek. List do nich po­winien zostać tak sformułowany, by nie było wątpliwości, że wiesz, co dziecko dostało od gościa. Formułka: Dziękuję za śliczny prezent oczy­wiście nie wchodzi w grę. Będąc osobą zaproszoną, możesz to zadanie ułatwić gospodarzowi, przyklejając do prezentu pod opakowaniem sa­moprzylepną karteczkę z informacją, kto jest ofiarodawcą.

Nie kupuj prezentu byle jakiego, ale też nie przejmuj się bardzo tym, żeby utrafić w dziesiątkę. Nikt nie oczekuje od ciebie, żebyś zna­ła jubilata tak samo dobrze, jak rodzice. Ważne jest, aby z wiekiem dzieci same aktywnie włączyły się w wybieranie urodzinowych prezen­tów dla swoich przyjaciół. Niech pomyślą, co sprawiłoby koledze szczególną przyjemność.

Kiedyś panowała paskudna moda, a mianowicie zamiast upomin­ków urodzinowych proszono o pieniądze. To zadziwiające, ale wielu rodziców przystało na to. Chłopcy przynosili solenizantowi pięciofun- towy banknot. Belinda nie zaakceptowała tego zwyczaju i wysyłała swoich chłopców z tradycyjnym prezentem – książką albo płytą.

Katya narzekała:

Imprezy urodzinowe zrobiły się nienormalne. Gdy­bym mogła wyrzucić połowę rzeczy, pozbyłabym się ich, bo nienawidzę rozgardiaszu. Jeśli zapraszasz dwadzieścia pięcioro dzieci, dostajesz dwa­dzieścia pięć prezentów.

Niektórzy szczęśliwi jubilaci w ogóle nie potrzebują upominków od zaproszonych na przyjęcie gości. Oni mają już i tak wystarczająco du­żo rzeczy, a jeszcze mnóstwo dostają z okazji urodzin od krewnych. Istotą urodzinowego balu jest sam bal. Jeśli szafki twojego dziecka są bliskie rozpadnięcia się na skutek przeładowania zabawkami, które dostało na poprzednie urodziny, i którymi prawie nigdy się nie bawi, zrób to, co zrobiła pewna matka na siódme urodziny córki. Po wielo­krotnym omówieniu sprawy z dziewczynką wysłała zaproszenia z pro­pozycją, ażeby zamiast podarków dla solenizantki goście przynieśli dary do miejscowej wypożyczalni zabawek, na przykład własne, w dobrym stanie zabawki, z których wyrośli. Po zakończeniu imprezy dary zosta­ły spakowane i same dzieci poszły je ofiarować.

Wyjazdy podczas roku szkolnego

Dopóki nie było dzieci, mogłaś, jeśli tylko dostałaś urlop, wyjeż­dżać, kiedy miałaś na to ochotę. Teraz okres, w którym możesz sobie na to pozwolić, jest uwarunkowany przerwami w nauce. Wszyscy chcą wyjeżdżać właśnie wtedy, więc przemysł turystyczny dyktuje w tym okresie najwyższe ceny za podróż i zakwaterowanie. Ci, którzy naj­mniej mogą sobie na to pozwolić, płacą więcej, niż zarabiający krocie samotni, bez zobowiązań, wybierający się na urlop poza szczytem. Ty możesz albo wynająć opiekę do dzieci i poza sezonem wyrwać się gdzieś na trzy tygodnie, albo wybrać wariant dość popularny wśród ro­dziców – zabrać dzieci ze szkoły.

 

Dotyczy to głównie rodzin, które pragną złożyć dłuższą wizytę krewnym za granicą. Wyjazd taki stanowi jednak poważne zakłócenie w edukacji dzieci nawet z młodszych klas szkoły podstawowej. Dzieci na etapie nauki czytania i pisania bardzo szybko tracą zdobyte umie­jętności, jeśli proces uczenia się zostaje przerwany. U starszych nara­stają braki w materiale, który stanowi podwaliny do nauki w szkole średniej. Zabierając pociechy ze szkoły, uniemożliwiamy im uczestni­czenie w szkolnych wydarzeniach, takich jak zawody sportowe czy koncerty, które są spoiwem łączącym społeczność uczniowską. Ale najgorsze jest to, że u dzieci rodzi się przekonanie, że szkoła nie jest bardzo ważna.

Lepiej więc dopasować swój urlop do szkolnych wakacji, a jeśli rze­czywiście musisz zabrać dzieci ze szkoły, przedtem porozmawiaj o tym z wychowawcą. Być może przygotuje materiał pomocniczy, dzięki któ­remu dziecko szybciej uzupełni braki.

Wyjazdy dzieci bez rodziców

Cynikowi może się wydawać, że kreatorami mody na kolonie czy obozy dla młodszych dzieci są bogaci rodzice, którzy chcą na trochę odetchnąć od swoich pociech. A przecież czasami dla wychuchanego malca to jedyna okazja, żeby doświadczyć w życiu czegoś innego, cze­goś, co wykracza poza doświadczenia z rodzinnego samochodu.

Opowiada Diana:

Moja najstarsza, dziesięcioletnia córka, która osią­ga dobre wyniki w sporcie, jest uzdolniona plastycznie i muzykalna, nie­stety ma bardzo zachwiane poczucie bezpieczeństwa i jest niepewna sie­bie. Przez cały czas stara się unikać spojrzeń innych. Nigdy nie bierze udziału w szkolnych przedstawieniach, argumentując „będą się na mnie gapić". Boi się obcych, nieznajomych dzieci. Boi się podłości, chociaż ni­gdy nie była w szkole obiektem szykan. Długo muszę ją namawiać, żeby chodziła na przyjęcia, które, jak sama potem przyznaje, bardzo się jej po­dobają. Szczególnie nie lubi wakacyjnych, kursów i zajęć, ale gdy miała osiem i pół roku sama błagała, żeby pozwolić jej na kurs jazdy konnej (zajęcia odbywały się w dzień, a wieczorem dzieci wracały do domu), na który zapisały ją koleżanki. Pierwszy dzień był dla niej straszny – została z tyłu za grupą, miała trudnego konia. Następnego dnia nie chciała iść na zajęcia, ale wymogłam to na niej. Co prawda z nerwów wymiotowała, ale gdy dotarłyśmy na miejsce i dosiadła konia, wyglądała na zadowoloną. Zostawiłam ją więc i odjechałam. Ledwo weszłam do domu, zadzwonił telefon. Otrzymałam wiadomość, że córka źle się czuje i wymiotuje. Zre­zygnowałyśmy z kursu, co przyjęła z olbrzymią ulgą. Rozmawiałam z nią o tym dużo, bardzo pomogła jej świadomość, że choć czasem zmuszam ją do czegoś, jestem wyrozumiała, gdy widzę, że naprawdę sobie nie radzi. Doświadczenie to było niewątpliwie porażką, a jednak spowodowało, że wzrosła jej wiara we własne siły. Następnego lata zapisałam córkę na ty­godniowe kursy malowania i gotowania. Jak poprzednio, pierwszego dnia była roztrzęsiona i źle się czuła. Potraktowałam ją ostro, powiedziałam, że wcale nie jest chora, że to wszystko z nerwów. Często w ten sposób rea­gujemy pod wpływem lęku czy niepokoju. Ale jak sobie z tym radzić? To trzeba wytrenować. Nie mogłam pozwolić, żeby się wycofała zupełnie bez walki. Udało się, spodobał się jej kurs, a pod koniec cieszyła się nawet, że poznała nowe dzieci.

Rodzicowi bardzo trudno zachować miarę pomiędzy zmuszaniem dziecka do brania udziaiu w zajęciach, których nienawidzi, a lekkim „popychaniem" do robienia czegoś, co przyniesie dużo radości. Przede wszystkim realizuj cele wieloetapowo. Na kilka lat wcześniej, zanim mało sprawne ruchowo dziecko wyślesz na dwa tygodnie gór­skiej wspinaczki lub szkolenie dla płetwonurków, zaproponuj mu mniej ambitne zajęcia sportowe. Jeśli twoja pociecha będzie prawdzi­wie zadowolona i wciągnie się w nie (podobnie jak córka Diany), w na­stępne wakacje możesz pomyśleć o czymś bardziej ekscytującym. Jed­nak przez cały czas dostarczaj jak najwięcej zachęt i wzmocnień.

' Dowiedz się bardzo dokładnie, najlepiej od rodziców, których dzie­ci były na podobnym obozie czy kolonii, co naprawdę jest potrzebne. Okropnie być jedyną osobą w grupie, która nie ma ważnej części ekwi­punku czy odpowiedniego ubrania. Dla nerwowych dzieci wyjazd na wakacje bez rodziny może być bardzo stresujący, i to zarówno z powo­du braku bliskich i trudności w nawiązywaniu kontaktów, jak i z powo­du poczucia fizycznego zagrożenia. Wyjazd z kolegą znacznie zmniej­sza lęk, ale nie wyeliminuje go całkowicie. Nie zapominaj, że twoje dziecko samo potrafi znaleźć przyjaciół, a kiedy to mu się uda, bardzo wzrośnie jego pewność siebie i poczucie własnej wartości.

Rita wysłała swoją najstarszą, siedmioletnią córkę na szkolny obóz do Walii, na którym dzieciom zakwaterowanym w lesie zapewniono je­dynie podstawowe wygody. Oto jej relacja:


Opowieści o obozie brzmia­ły przerażająco. Dzieci same przygotowywały jedzenie i korzystały z wyko­panych w ziemi latryn. Przez całe dwa tygodnie lało. Córka była wśród zupełnie obcych łudzi. Spośród dziewięćdziesięciu czterech uczestników znała tylko jedną dorosłą opiekunkę, moją znajomą. Mieszkała w na­miocie, przy ognisku popijała kakao na wodzie, jadła proste posiłki i czu­ła się tam wspaniale. Zawarła fantastyczne przyjaźnie. Oczywiście byli pozbawieni telewizji, wideo, stereo, książek, dosłownie wszystkiego. Nie mieli wyjścia, musieli się zaprzyjaźniać. Kiedy ją odbierałam, wyglądała na kompletnie wyczerpaną. Twarz miała opuchniętą, jej skóra przypomi­nała papier ścierny – okazało się, że to uczulenie na napój pomarańczo­wy, który tam piła – a mimo wszystko była radosna, promieniejąca szczę­ściem i pełna zachwytu. W tym roku pojedzie ze swoją młodszą siostrą.

Jeśli nigdy nie spędzałaś wakacji pod namiotem, spróbuj teraz, kie­dy dzieci są w wieku szkolnym. Mówi Nerys, matka czworga dzieci:
 Ży­cie na kempingu to dla dzieciaków wolność i swoboda. Im prymitywniej, tym lepiej. Wybraliśmy się po nowy namiot. Myślałam, że wybiorą okaza­ły, w stylu wiejskiej chaty, a tymczasem one wolały najskromniejszy, bo wy­glądał tak, jak powinien wyglądać namiot. Na biwaku koniecznie chciały gotować. Kiedy posiłki przygotowuje się na poziomie ziemi, gotowanie sta­je się dla dzieci dziesięć razy bardziej interesujące. W domu, w kuchni, wy­konujesz czynności na wysokości powyżej talii, odwrócona plecami do dzieci, więc one nigdy nie widzą, co rzeczywiście robisz. Na kempingu ma­luchy mogą zmywać, ponieważ nie ma problemu, jeśli nachlapią. Nie mu­szą tego robić zbyt często. Takie wakacje są naprawdę świetne.

Niewygody podróży

Mówi Jocasta:

Planujemy wakacje w taki sposób, żeby podróż samo­chodem trwała tylko jeden dzień. Wiemy wtedy, że jeśli zaciśniemy zęby i przestaniemy marudzić, będziemy mieli jazdę z głowy aż do powrotu.

Louise, która ze swoim partnerem i czwórką dzieci podróżowała po wschodniej Europie, dzieli się doświadczeniami:

 We wszystkich porad­nikach dla zmotoryzowanych radzą, żeby robić postoje, ale przerwy powo­dują, że podróż staje się bardziej, a nie mniej nieznośna. Dlatego dopóki ktoś desperacko nie potrzebuje udać się do toalety, jedziemy bez zatrzymy­wania się.

Niebezpiecznie jest jechać bez zatrzymywania się dłużej niż dwie godziny, ale jeśli zatrzymujesz się często, podróż trwa strasznie długo. Kiedy zaś będziesz próbował przejechać przez Europę do miejsca wy­poczynku w dwa dni, robiąc tylko jeden krótki postój na noc, musisz się liczyć z tym , że drugi dzień będzie okropny, nawet gdy pierwszy minął dobrze.

Oblicz, ile czasu zajmie wam podróż i zaplanuj różne zajęcia na każ­de pół godziny lub dwadzieścia minut dla podtrzymania dobrego na­stroju – grę, zabawkę, kasetę, zagadkę lub czasopismo do czytania dla szczęśliwców, którzy nie cierpią na chorobę lokomocyjną. Nie zdawaj się na zabawki i gry sprzedawane na stacjach benzynowych. Podczas długich wakacyjnych podróży dzieci zasługują na przyjemności, których normalnie się im odmawia, na przykład na niewiarygodnie drogie cza­sopisma. Świetnie sprawdzają się kasety z opowiadaniami. Jeśli dzieci mają własne odtwarzacze, wtedy same mogą ich słuchać, a ty nie jesteś zmuszana do wysłuchiwania tej samej bajki po tysiąc razy. A oto zabawy na długą podróż samochodem:

•        Odmiany zabawy POSZŁAM NA TARG I KUPIŁAM… lub PA­KOWAŁAM WALIZKĘ I WŁOŻYŁAM DO NIEJ… Każdy do­daje po przedmiocie, nie wolno powtarzać. Doskonale można się bawić, wymyślając własną wersję zabawy.

•        WAKACYJNA TELENOWELA. Dzieci układają scenariusz, oparty na ulubionej książce lub telewizyjnym serialu. Pod koniec wakacji albo będziecie żałować, że kończy się wasza praca jako au­torów scenariusza, albo przekonacie się, że tworzenie dialogów jest trudniejsze, niż wam się zdawało.

•        NAUKA WIERSZA. Weź ze sobą antologię wierszy, które nadają się do głośnego czytania, wybierz jeden i odczytaj na głos kilka ra­zy. Będziesz zdumiona, jak szybko dzieciaki poniżej jedenastu lat nauczą się wiersza na pamięć.

•        CZYTANIE MAPY. W celu uniknięcia marudzenia, wypytywania „czy już jesteśmy blisko", zaopatrz każdego w mapę, aby mógł samo­dzielnie śledzić trasę, oceniać odległość i szukać miejsc godnych obej­rzenia po drodze. I pamiętaj, siedzenie przez dziesięć godzin, w do­datku w pasach bezpieczeństwa, nie jest naturalną pozycją dziecka.

Latanie samolotem z dzieciakami między piątym a jedenastym ro­kiem życia jest fraszką w porównaniu z lotem z niemowlętami lub brzdącami w wieku żłobkowym. Na pokładzie zawsze dzieje się coś ciekawego, a ponieważ dzieci nie latają często, nie grozi im nuda. Pro­blemem jest natomiast wiercenie się i głośne zachowanie. Przed po­dróżą przypomnij dzieciom, że dorośli nienawidzą, kiedy się im prze­szkadza i kopie w plecy. Bieganie między fotelami jest wykluczone. Lot samolotem jest dobrą okazją do ćwiczenia się w byciu rozważnym. A ty wypracuj realne do nałożenia sankcje za nieodpowiednie zacho­wanie, np. za przeszkadzanie dorosłym współpasażerom zakaz pływa­nia w basenie pierwszego dnia pobytu.

Linie lotnicze często mają przygotowane dla dzieci specjalne zesta­wy do zabawy, ale nie licz na nie, bo może się okazać, że właśnie wy­dali ostatni i nie mają więcej w magazynie. Co roku Jamila zabiera dzieci do rodziny w Bombaju i zawsze pamięta, żeby w bagażu pod­ręcznym mieć rzeczy, którymi można się bawić. Dopilnuj, żeby dzieci piły dużo wody podczas długiego lotu, a jeśli narzekają, że bolą je uszy, urządź im zawody w ziewaniu albo daj gumę do żucia, ewentualnie cu­kierek. W czasie nocnych przelotów są większe szanse, że dziecko prześpi podróż, ale nie można mieć całkowitej pewności.Prawdziwym horrorem w podróży są opóźnienia samolotów, o czym dowiadujesz się dopiero na lotnisku. O ile można się na nie przygoto­wać w drodze na wakacje – zabrać ze sobą gry i książki – o tyle w po­wrotnej jest znacznie gorzej. Miej w rezerwie grę planszową.

Wspólne wyjazdy to cenny, spędzany razem czas. Szkoda, że zbyt często we wspomnieniach z wakacji pojawiają się awantury i nieporo­zumienia. Lato, w którym twoje dziecko ma osiem czy dziewięć lat, jest ostatnim latem, w którym ma osiem czy dziewięć lat, więc jak naj­lepiej wykorzystaj ten wspólny czas. Ciesz się swoimi dziećmi podczas wakacji. Usiądź z tylu i obserwuj, jak robią różne rzeczy, nawet jeśli zachowują się okropnie. Jeśli podróżowanie z dziećmi za granicę stre­suje cię i co roku wracasz z wakacji niezadowolona z listą nieszczęść, które się wydarzyły, zrób sobie przerwę. Zaoszczędź pieniądze i zostań w kraju, róbcie razem coś, co sprawia przyjemność i tobie i dzieciom.

Pakiet ratunkowy: zaginięcie dziecka

Opowiada Nerys:

W zeszłym roku dwójka naszych najmłodszych pociech – cztery i sześć lat – wdrapała się na górę i na kilka godzin znik­nęła nam z oczu. To było przerażające, ale w istocie nic im się nie stało.

 Trzeba mieć doświadczenie matki czwórki dzieci, żeby nie panikować w podobnych okolicznościach, będąc w nieznanym bliżej miejscu, wśród ludzi mówiących innym językiem.

Pamiętam, jak kiedyś zaginęło moje dziecko. Syn miał wtedy pięć lat, wracaliśmy z pikniku i zgubił się w pobliżu parkingu. Prawdopo­dobnie nic mu wtedy nie groziło, ale to było najdłuższe pół godziny w moim życiu. Przez głowę przelatywały mi najkoszmarniejsze myśli. Został uprowadzony? Przejechany? Wpadł do kopalnianego szybu? Zniknął w króliczej jamce?

Nastrój wakacyjny sprawia, że daje się dzieciom więcej swobody niż zazwyczaj, dlatego zawczasu zabezpiecz się przed przykrymi niespo­dziankami. Nim opuścicie dom, wyposaż każde dziecko w laminowa­ną wizytówkę z wypisanym niezmywalnym flamastrem wakacyjnym adresem i numerem telefonu, którą powiesisz na bransolecie lub na łańcuszku na szyi, albo przypniesz do ubrania. Poucz, że jeśli się zgu­bią gdzieś w ruchliwym punkcie, mają nie ruszać się z miejsca, lecz czekać i rozglądać się w poszukiwaniu osoby, najlepiej policjanta, do którego można się zwrócić z prośbą o pomoc. Natomiast gdy zgubią się na odludziu, mogą, jeśli są absolutnie pewne, skąd przyszły, ruszyć z powrotem po swoich śladach. W ciemnościach mają zabezpieczać się przed zimnem i stać w jednym miejscu.

Mój zagubiony pięciolatek całkiem sensownie odwrócił się i poma­szerował z powrotem ścieżką, którą omyłkowo poszedł. Zgodnie z za­sadami powinien zostać i czekać na nas, ale wtedy w dziewiczym rejo­nie Somerset byłoby nam bardzo trudno go znaleźć.

Wakacje są także dla ciebie

O tej części szkolnych wakacji, którą spędzasz razem z dziećmi, po­myśl bardzo poważnie – nie tylko pod kątem potrzeb dzieci, ale i swo­ich. Mówi Lotte:

Dzieci orientują się od razu, że pewien rodzaj zajęć lub określony typ urlopu wybrałaś z obowiązku. Wybierz coś, co i tobie spra­wia przyjemność, wtedy są większe szanse, że ten czas spędzicie razem.

Łatwo popaść w stan, w którym kolejne wakacje organizowane są tyl­ko pod kątem dzieci – odwiedzanie rozlicznych parków rozrywki. Niech czasem dzieci podążą za tobą, kiedy będziesz zwiedzała coś, na co masz ochotę, czy robiła dla siebie zakupy. Nie stanie się im żadna krzywda.

Louise wspomina:

Któregoś dnia, kiedy byliśmy na wakacjach w Pra­dze, moja jedenastoletnia córka, z natury bardzo uparta osoba, chciała się od nas odłączyć i pójść bawić się z koleżanką, podczas gdy my wybie­raliśmy się do praskiego zamku. Powiedziałam wtedy, że gdybyśmy jej nie zabrali ze sobą, w przyszłości miałaby do nas pretensje, że będąc w Pra­dze, nie widziała zamku. Niechętnie wlokła się za nami, ale wieczorem podziękowała za piękny dzień. Bardzo mnie to ucieszyło.

Wakacje w ośrodkach, które nie zapewniają posiłków, a mają dobrze wyposażone kuchnie dla wczasowiczów, są świetne dla rodzin. Chociaż, jeśli pracujesz poza domem, a twój dom jest sympatycznym miejscem, przebywanie w nim z dziećmi też jest rodzajem wakacji, i to znacznie mniej stresującym, niż niektóre wczasy z własnym wyżywieniem.

Dla rodzin z jednym dzieckiem oferty wakacyjne są bardzo intere­sujące. Masz do wyboru albo pozwolić dziecku być „honorowym" do­rosłym na wycieczce dla starszych w jakimś cudownym mieście, albo dać mu się cieszyć z przynależności do wielkiej rodziny przez dwa ty­godnie na kempingu. Nessa, matka ośmiolatki, mówi:

Jedną z zalet by­cia jedynakiem jest to, że łatwiej (nie mówiąc o tym, że taniej) z nim po­jechać na ciekawą wycieczkę, niż z trójką dzieciaków. Moja córka jeździ w miejsca, w których nigdy by nie była, gdyby miała rodzeństwo. Ona wie wszystko o kawiarniach, restauracjach i podróżach. Zanim jej klasa uczyła się o Rzymianach, ona już zwiedziła Pompeję.

Gdy ma się jedynaka, łatwiej również zabrać ze sobą na wakacje przyjaciela dziecka.

Jak zabrać dzieci do restauracji

Już słyszę głosy, że dzieci nie chodzą do restauracji. One chodzą do barów z burgerami, gdzie wszystko jada się palcami, bo nie ma sztuć­ców, gdzie od głowy do stóp są umazane w keczupie, bo papierowe serwetki mają tak miniaturowy rozmiar, że ledwie zakrywają kolana i gdzie sami musimy przynieść do stolika zamówione dania. O, tu mu­szę cię zaskoczyć, nawet w ponurej, starej Brytanii są skuteczni rodzi­ce, którzy dla przyjemności fundują dzieciom posiłek w skromnej, ale prawdziwej restauracji.

Sukces przedsięwzięcia zależy w dużym stopniu od restauracji i pra­widłowego nastawienia do dzieci sieci dużych amerykańskich jadłodaj­ni, które reklamują się jako miejsca serwujące rodzinne obiady.

Nessa, która w czasie wakacji jada z dziećmi poza domem, wspomi­na:

 Byliśmy we włoskiej restauracji z dwu i półletnią bratanicą mojego mę­ża, która miała napad złego humoru. Szef sali zauważył, co się święci, gdy tylko przekroczyliśmy próg. Podszedł, pokłonił się maleńkiej dziewczynce i uściskał jej dłoń, nazywając osóbkę „Pńncipessa". Mała rzeczywiście poczuła się jak księżniczka. Potem osobiście zawiązał jej serwetę wokół szyi, czyniąc to bardzo ceremonialnie, a następnie od niej pierwszej przy­jął zamówienie i jako pierwszej podał danie – frytki na srebrnej tacy. Dziewczynka była rozkoszna do końca dnia. Poczuła się naprawdę jak ktoś bardzo ważny.

Wielkie sieci ajencyjnych restauracji potrafią dobrze karmić dzieci, choć jakość tak zwanych zestawów dziecięcych w niektórych z nich na­pawa mnie grozą. Warto pamiętać o małych, niezależnych restaura­cjach, które jeśli zostaną w porę uprzedzone, chętnie przyjmą rodzinę na obiad podczas weekendu. A oto moja niekonwencjonalna ocena narodowych restauracji: francuskie nie są dobre dla dzieci, chińskie i hiszpańskie są lepsze, hinduskie starają się dogodzić gościom (a nie wszystkie hinduskie potrawy są ostre), a włoskie nadal wyróżnia nie­zwykle przychylny stosunek do dzieci. Jest tak zapewne dlatego, że Włosi mają przeważnie duże rodziny. Wybierz się więc do włoskiej re­stauracji, póki jeszcze jest przyjazna, bo wskaźnik urodzin we Wło­szech spada i wszystko może się zmienić.

Dzieci stają się nieznośne, gdy wyczuwają, że atmosfera jest napię­ta, a to, czy atmosfera będzie napięta czy nie, w dużym stopniu zależy od ciebie. Mówi Nessa:


To ty decydujesz, czy dzieci mają siedzieć prosto i zachowywać się jak dorośli, a wtedy będziesz miała nerwowy posiłek, czy też zaakceptujesz, że dzieci są dziećmi, a więc bywają głośne i ruchliwe. Z drugiej strony zbyt duży hałas naprawdę jest trudny do zniesienia dla normalnej osoby, a kelnerzy nie mogą pracować, gdy dzieci plączą się im pod nogami.

Znam parę, która od dwudziestu kilku lat jada co tydzień niedziel­ny obiad w tej samej restauracji. Ich dzieci są w przedziale wieku od lat trzech do dziewięciu i zawsze zamawiają to samo. Idealne rozwią­zanie dla tych, którzy umieją tak zorganizować sobie życie. Personel zna dzieci, ty znasz frykasy z listy dań, więc możesz tak kalkulować po­siłek, jak byś robiła to w domu. Jeśli wydaje ci się, że obiad w restau­racji jest za drogi, zastanów się, ile wydajesz w ciągu roku na dania gotowe, słodycze, półprodukty lub gry komputerowe. Czy one rzeczy­wiście oszczędzają twojej rodzinie tyle zachodu i dają tak dużo sposob­ności do popatrzenia na siebie i porozmawiania ze sobą, ile cotygo­dniowy wypad na obiad do zaprzyjaźnionej restauracji?

Jak zabrać dzieci do teatru, opery, na balet

Badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wykazały, że wyniki w nauce dzieci, które trzy lub cztery razy w roku były na przed­stawieniu teatralnym, są od 10 do 15 procent wyższe niż tych, które nie oglądały sztuk. Było to prawdopodobnie studium socjologiczne z ro­dzaju tych, w których rezultaty są łatwe do przewidzenia, i które jedy­nie potwierdza nasze oczekiwania. Dzieci osiągające w szkole dobre rezultaty prawdopodobnie pochodzą z rodzin, w których raczej się chodzi do teatru, niż ogląda bzdury w telewizji. Niemniej wyniki bada­nia prowokują do myślenia. Przedstawienia teatralne rozbudzają dzie­cięcą wyobraźnię.

W wypadku opery i baletu sprawą zasadniczej wagi jest zapoznanie się wcześniej z treścią i posłuchanie nagrań z najważniejszymi ariami i melodiami, tak abyście oboje, ty i dziecko, umieli je rozpoznać. Jeśli twoje dziecko nie jest rodzinnym geniuszem muzycznym, ogranicz re­pertuar do komedii, takich jak Cyrulik Sewilski Rossiniego, Wesele Fi­gara Mozarta, Don Pasąuale Dionizettiego, czy cokolwiek Giberta i Sullivana, ponieważ z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że będą się podobały.

W operze największym problemem jest zrozumienie, o co chodzi na scenie. Dlatego, o ile to możliwe, omów z dzieckiem libretto. Jeśli two­je dziecko potrafi cichutko przewracać kartki, weź ze sobą słowa libret­ta oraz maleńką latarkę dającą skupione światło, aby dziecko mogło podczas przedstawienia śledzić tekst. Jeżeli chcesz zabrać ze sobą kilko­ro dzieci, sugeruję, żebyś porzuciła ten pomysł, ponieważ przekładanie stron może się zamienić samo w sobie w koncert na orkiestrę. I tu zno­wu staraj się zaskarbić dla dzieci jak najwięcej sympatii ze strony innych osób na widowni – bo niestety publiczność jest waszym największym wrogiem – chociażby przez odpowiedni wizytowy strój i porządnie ucze­sane włosy. Dużo wcześniej przed przedstawieniem daj dzieciom kalo­ryczny posiłek, bowiem potrzebna im będzie siła i wytrwałość.Balet wspaniale nadaje się dla dzieci, ponieważ w swojej istocie jest spektaklem i popisem gimnastycznym. W nieskomplikowanej formie przybliża dzieciom muzykę klasyczną. Przedstawienia zwykle nie są zbyt długie, a treść nie jest zawiła. Wiele przepięknych książek opar­tych jest na najsłynniejszych baletach, więc będziesz mogła bez trudu wprowadzić dziecko w akcję rozgrywającą się na scenie. Na początek najlepiej wybrać klasyczny balet, który opowiada prostą historię.
Znacznie łatwiej jest znaleźć przedstawienie teatralne dla dzieci niż operę, ale i tak musisz wiedzieć, na co się wybierasz. Młodsze dzieci lepiej skupiają uwagę, gdy mają miejsca w pierwszych rzędach małej sałi, gdy aktorzy są na wyciągnięcie ręki, niż z tyłu w wielkim teatrze. Jeśli idziesz do teatru z małym dzieckiem, które boi się ciemności, uprzedź je, że przed przedstawieniem zgasną światła. Znam rodzinę, której pięcioletni malec tak strasznie się wystraszył podczas pierwszej wizyty w teatrze, gdy na widowni zrobiło się ciemno, że przez lata nie chciał nawet się zbliżyć do jakiegokolwiek teatru.

Efekt, jaki wywołuje u dzieci przyzwyczajonych do obrazów na ekranie żywe przedstawienie, zawsze zaskakuje rodziców. Dyrektor jednego z dziecięcych teatrów powiedział mi:


Ludzie mówią, że dzieci są bardzo wyrafinowane, ale i tak żywy teatr wprawia je w niezwykły za­chwyt. Na scenę wkracza aktor w jakimś osobliwym kostiumie i nagle przemądrzały ośmiołatek, który wszystko już widział i robił, chowa się pod fotel. Byłem świadkiem podobnych scen setki razy.

Siła żywego przedstawienia albo filmu oglądanego w kinie tkwi między innymi w tym, że nie można go zatrzymać i przewinąć tak jak wideo. Jeśli film wideo wywołuje lęk u dziecka, możesz nad nim zapa­nować poprzez zatrzymanie taśmy, cofnięcie do tyłu, puszczenie szyb­ciej fragmentu, żeby rozładować sytuację, możesz też z dzieckiem o tym porozmawiać. Teatralnego spektaklu nie można zatrzymać, więc wrażenie, jakie wywołuje przedstawienie, siłą rzeczy narasta.

Dzieci w końcu mogą zdecydować, że wolą film albo wideo, ale przedtem powinny zobaczyć chociaż jedno bardzo dobre przedstawie­nie na żywo, żeby ich wybór oparty był na doświadczeniu.

Jak zabrać dzieci do galerii sztuki

Przedstawię sposób, w jaki Gerry, artystka, wprowadziła swoje dzie­ci w świat kultury. Zaoszczędziła im łez, zmęczenia, i co najważniejsze udało się jej rozbudzić w nich zainteresowanie sztuką.

Działaj powoli. Skoncentruj swoje wysiłki na jednej galerii, którą będziesz mogła odwiedzić kilkakrotnie w ciągu dłuższego okresu. Za­mów katalog wystawianych tam obrazów, jeśli takowy posiadają. W wieczór poprzedzający wizytę w galerii obejrzyjcie go wspólnie i po­proś, żeby każde dziecko wybrało trzy obrazy, które chciałoby obej­rzeć. Przeznacz na to ćwiczenie około pół godziny. Kiedy dotrzecie do galerii, spytaj kuratora, gdzie znajdują się wybrane obrazy, i od razu tam się skierujcie. Obejrzyjcie je i porozmawiajcie o nich dłuższą chwi­lę. Jeśli czas pozwoli, weź dzieciom kredki i blok rysunkowy, niech spróbują skopiować jakiś szczegół oglądanego obrazu. Nie wędrujcie po całej wystawie, bo to dzieci znuży. Po zwiedzaniu kupcie pocztów­ki z „waszymi" obrazami, a potem w nagrodę udajcie się do kawiaren­ki (jeśli galeria taką prowadzi) na herbatę z ciastkiem.


Jak zabrać dzieci na koncert muzyki klasycznej

Dzieci powyżej ósmego roku życia, normalnie rozwinięte, są w sta­nie siedzieć w bezruchu podczas koncertu, a wiele z nich jest do tego zdolnych znacznie wcześniej. Jeśli szkoła niewystarczająco skutecznie wpaja dzieciom, że wielce pożyteczne jest siedzenie i słuchanie, być może koncert będzie świetną okazją, żeby je do tego przekonać. Bez ćwiczeń nigdy się nie nauczą.

Przeglądaj gazety w poszukiwaniu odpowiednich, rodzinnych kon­certów. Idealne dla dzieci są koncerty na powietrzu, organizowane la­tem w parkach, którym towarzyszą pokazy ogni sztucznych i wystrzały petard, a także wszelkie imprezy propagujące popularne, klasyczne melodie.

Rodzinne poranki symfoniczne są zwykle organizowane dla mniej wyrafinowanych osób, które nie są doświadczonymi bywalcami sal koncertowych. Philip, zawodowy muzyk, wyjawi! mi pewien sekret. Otóż on dla swoich czworga dzieci nabywa bilety na próby kostiumo­we w operze. Większość ludzi nie wie, że nie trzeba tam pracować, że­by dostać takie bilety.

Na koncert ubierzcie się stosownie. Dzieci czują się bardziej doro­słe i ważne, gdy noszą eleganckie spodnie czy spódnice oraz skórzane pantofle, niż gdy są we wczorajszych dresowych bluzach i sportowym obuwiu. Ludzie teatru i muzycy nie podzielają mojego zdania, ponie­waż uważają, że chodzenie do teatru albo na koncerty powinno być dla dzieci częścią ich codziennego życia. To typowe dla dorosłych two­rzenie iluzji. Po pierwsze, nikt z pewnością nie będzie częściej odwie­dzał teatru tylko dlatego, że jest niechlujnie ubrany, a po drugie, przedstawienie teatralne lub koncert są szczególnym wydarzeniem i warto dać temu wyraz strojem. Nie mówiąc już o tym, że do eleganc­ko ubranych twoich dzieci dorosła publiczność będzie mniej niechęt­nie nastawiona.

Weź ze sobą na przekąskę w czasie przerwy nieklejące się kanapki lub chipsy (unikaj stania w kolejce po lody). Przyjedź dużo wcześniej, żeby wszyscy zdążyli do toalety.

Dowiedz się sporo o koncercie, żeby przedstawienie było jak naj­mniej obce. Kup wcześniej program, żebyś miała czas przeczytać go dzieciom i wyjaśnić, co będzie się działo. Raczej nie dawaj programu każdemu dziecku, chyba że potrafi bezszelestnie przewracać kartki. Z drugiej jednak strony dzieci, które uczą się grać, lubią mieć na ko­lanach zapis nutowy (dostępny w sklepach muzycznych) wykonywane­go podczas koncertu utworu.

Jeśli nigdy nie byłaś na koncercie muzyki klasycznej, wiedz, że pod­czas koncertu nie rozmawia się, nie spaceruje, nie je ani nie pije. Sta­raj się siedzieć całkowicie nieruchomo, powstrzymuj się od kaszlu, ki­chania, wyłącz wydający dźwięki zegarek.
Ponadto nie klaszcz po każdej części długiego utworu, robi się to po wykonaniu całego dzieła. Dzieci są bardzo zawstydzone, gdy zdarzy się im klaskać w nieodpowiednim momencie.

Wyjścia

Droga do nudy brukowana jest dobrymi intencjami, a wśród nich czołowe miejsce zajmuje pomysł, żeby wakacje spędzone w domu po­święcić na rozwijanie zainteresowania dzieci kulturą – sztukami pięk­nymi, historią, teatrem czy muzyką klasyczną. Tobie może to przynieść wielkie rozczarowanie, zaś u dzieci zaowocować negatywną postawą do „bycia karmionym kulturą".

Mówi Jessica, która podobnie jak Charles ma zawód związany ze sztuką:


Rzadko kiedy chodzimy teraz do galerii, ponieważ dzieci tego nie­nawidzą. Myślę, że je zraziliśmy, chociaż robiliśmy wszystko, żeby je nie zniechęcić. Może zbyt szczegółowo objaśnialiśmy im obrazy, a może Charles i ja za bardzo koncentrujemy się na własnych emocjach, a dzie­ci czują się niepotrzebne.

Jest to jedna z małych męczarni rodzicielstwa. Mając jakąś wielką pasję, przez lata musisz dusić ją w sobie, nim zdecydujesz się na ujaw­nienie przed dziećmi, w obawie, że je zrazisz. Być może wyjściem z sy­tuacji jest przyznanie się do swoich zainteresowań i wyrażenie gotowo­ści do współdziałania na tym polu. Potem zostaje tylko cierpliwe czekanie na odzew ze strony dziecka i dopiero wtedy, gdy okaże chęć włączenia się, można pomyśleć o wyprawie do galerii sztuki albo roz­poczęciu nauki gry na pianinie.

Wszystkie wyjścia oczywiście należy wcześniej zaplanować i zebrać jak najwięcej informacji na temat tego, co będziecie oglądać.