Archive for the ‘Złocone klatki i wózki olbrzymy’ Category

Dieta dla dziecka

W krajach zachodnich zdrowa dieta dzieci zagrożona jest głównie przez dwa czynniki.
Pierwszym jest sposób karmienia. Dziecku wolno jeść mniej więcej wszystko, na co ma ochotę. Może więc wybierać wśród wielkiej rozmai­tości prostych przekąsek, smażonych potraw, słodyczy, herbatników, ciast i słodzonych napojów. Taka dieta z reguły zawiera dużo tłuszczu i rafinowanego cukru (czyli takiego, który nie występuje naturalnie, na przykład w owocach czy mleku). Może to prowadzić do różnego ro­dzaju problemów zdrowotnych, nawet do niedoboru witamin.

Większość rodziców zdaje sobie sprawę z tego, że taki sposób odży­wiania jest niewłaściwy. Można temu zaradzić, podając o określonych porach posiłki i obserwując, co dziecko je oraz dostarczając bardziej urozmaicone potrawy. Na przykład w miejsce chipsów lub podobnych przekąsek proponuj świeże lub suszone owoce, orzechy (tam, gdzie nie ma ryzyka zakrztuszenia czy alergii), zamiast ciastek i herbatników podawaj pełnoziarnisty chleb, chleb z owocami, pożywne pasty i sma­rowidła do kanapek, takie jak masło orzechowe, a słodzone napoje zastąp sokiem lub jeszcze lepiej mlekiem (sojowym w przypadku uczu­lenia na mleko krowie). Używaj wodę mineralną i syfon do przygoto­wywania naturalnie gazowanych napojów. Smażone potrawy zastąp grillowanymi, frytki gotowanymi lub pieczonymi ziemniakami albo niskotłuszczowymi frytkami do pieczenia. Do każdego posiłku podawaj atrakcyjnie przygotowane gotowane warzywa (brokuły, groszek, mar­chewkę, kukurydzę, które w miarę chętnie są jadane przez wrogo na­stawione do warzyw dzieci, ale także staraj się wprowadzać mniej po­pularne gatunki, aby poszerzyć menu).

Próbuj zastępować przetworzone produkty mięsne chudym mięsem, drobiem oraz rybami i wprowadzaj je regularnie do jadłospisu. Więk­szości dzieci świetnie służy urozmaicona dieta bogata w świeżą, natu­ralną żywność, natomiast uboga dieta obfituje w puste kalorie, które dają niewiele więcej niż cukier i tłuszcz. Dzieci mają swoje upodobania i przeważnie nie zjadają wszystkiego, co im się poda. Mają dni, kiedy wybrzydzają i takie, kiedy zjadają wszystko z wilczym apetytem, ale je­śli dostają różnorodną żywność, wybiorą to, co jest im potrzebne.

Rodzice, którzy sami bardzo przestrzegają diety – szczególnie, gdy eliminują mięso i jednocześnie ograniczają spożycie tłuszczu i cukru – często nie dostrzegają zagrożenia dla prawidłowej diety rosnącego dziecka, namawiając maluchy do naśladowania ich własnych „zdro­wych" nawyków żywieniowych i z wolna wpędzając dzieci w niedoży­wienie w ostrej postaci.

W poradniku dietetycznym, opublikowanym w 1994 roku przez Committee on Medical Aspects of Food Policy (COMA), w celu zapo­biegania chorobom serca, rekomenduje się, aby dzieci powyżej piąte­go roku życia odżywiały się według tych samych ogólnych reguł diete­tycznych, co dorośli. Główne proponowane zmiany w przeciętnej die­cie Brytyjczyków, zarówno dorosłych, jak i dzieci, to:

•        Zwiększenie spożycia owoców, warzyw i ryb, szczególnie ryb ole­istych.

•        Zmniejszenie udziału tłuszczów w średnim bilansie energetycznym jednostki do 35 procent.

•        Zwiększenie udziału zespołu węglowodanów (chleba, ziemnia­ków, nieoczyszczonych zbóż) w spożyciu energetycznym jednostki do 50 procent.

•        Używanie odtłuszczonych margaryn i produktów mlecznych, takich jak chude mleko zamiast produktów pełnotłustych.

•        Spożywanie nienasyconych tłuszczów – niektóre oleje roślinne – za­miast nasyconych, które występują w mięsie i produktach mlecznych.

•        Ograniczenie soli.

Powyższe zalecenia są korzystne dla dorosłych i dobra rodzinna die­ta powinna je uwzględniać. Jednak dietetyczne potrzeby rosnącego dziecka różnią się zasadniczo od potrzeb odchudzającej się kobiety lub zaniepokojonego niedomaganiami serca mężczyzny. Dzieci potrzebują dużo białka i energii. Białka prawdopodobnie mniej niż kiedyś sądzo­no, ale i tak więcej niż dorośli w stosunku do masy ciała i wzrostu.

Dwoma doskonałymi, ogólnodostępnymi, i co bardzo ważne smacz­nymi źródłami białka i energii są mięso i artykuły mleczne. Jeśli te produkty wyeliminujemy lub usuniemy z nich tłuszcz w celu zreduko­wania kalorii, musimy się dobrze zastanowić, skąd dzieci mają czerpać białko i energię.

COMA rekomenduje, by zarówno osoby dorosłe, jak i dzieci spoży­wały więcej ziemniaków, warzyw, owoców oraz chleba. Całkowite za­lecane spożycie to około sześciu porcji warzyw lub owoców, dwie por­cje ziemniaków, makaronu lub ryżu i cztery kromki chleba dziennie.

Sześć porcji warzyw lub owoców? A jak to przeprowadzić z dziećmi nienawidzącymi zieleniny, które odmawiają wzięcia do ust maleńkie­go, zielonego groszku? W tej sercowej diecie chodzi o uzupełnienie energii straconej przez wyrzucenie z jadłospisu innych składników. Nie wyrównuje to jednak braku białka utraconego w wyniku drastycz­nego ograniczenia spożycia mięsa. Dlatego rodzic, próbujący rygorystycznie stosować się do tych zaleceń, będzie miał trudności z dostar­czeniem dziecku pełnej dziennej dawki kalorii.
Nawet jeśli zastąpisz białka zwierzęce roślinami strączkowymi i gro­chem, musisz bardzo uważać, żeby dziecko otrzymało potrzebną mu ilość białka. Ryby nie szkodzą (chyba że jest się na nie uczulonym), ale dzieci nie chcą ich jeść codziennie. Dziecko, które raczej nie zje sze­ściu porcji warzyw, prawdopodobnie w jakimś momencie poczuje głód i zacznie poszukiwać słodyczy, herbatników, chipsów i innych kalo­rycznych, ale bezwartościowych przekąsek.

Niektórzy dietetycy są przeciwni podawaniu dzieciom odtłuszczo­nego mleka i niskokalorycznych margaryn, optują za pełno tłustymi produktami. Po pierwsze, dzieciom potrzebny jest tłuszcz w celu uzy­skania energii, a po drugie, większości z nich produkty pełnomleczne, z dużą zawartością tłuszczu, bardziej smakują. Kiedy proponuje się im odtłuszczone mleko lub niskokaloryczne margaryny, często odmawia­ją i wybierają do picia sok lub coca-colę, a do jedzenia chipsy. Jeśli próbujesz zniechęcić dzieci do chipsów i innych tego rodzaju paczko­wanych przekąsek, spróbuj pójść na kompromis i zezwól na „smacz­niejsze alternatywy" w postaci świeżego masła, a nie margaryny i pie­czonych ziemniaków, zamiast pełnoziarnistego chleba.

Reasumując, zalecenia COMA prawdopodobnie sprawdzają się we wzorcowej rodzinie, w której każdy zjada dokładnie to, co dostanie, ale trudno je zastosować w zwyczajnej rodzinie. Dieta powinna być ta­ka, by rodzice nie mieli trudności z dostarczaniem dzieciakom atrak­cyjnych posiłków.

Eksperci zajmujący się zaburzeniami łaknienia zaobserwowali, że dzieci i młodzi dorośli, którzy pragną ograniczyć spożycie tłuszczu w ce­lu uzyskania spadku wagi, przeważnie przechodzą na wegetarianizm. Czasami jest to pierwsza zauważana przez rodziców zmiana w diecie dziecka lub nastolatka, u którego później rozwinęła się anoreksja.

Pakiet ratunkowy: kiedy jesteś uwięziona w olbrzymim wózku

Ośmioletnia córka Oliwii chodzi do prowincjonalnej prywatnej szkoły, oddalonej od domu o 40 km. Rodzina mieszka w zapadłej wsi, do której nie dociera publiczny transport, nie ma też nikogo, z kim mogłaby dzielić obowiązek wożenia dzieci do szkoły. Robi to sama, co zabiera mnóstwo czasu. Kobieta mówi:

Świetnie się nam razem rozma­wia w czasie drogi. Czasami po południu zabieram ze sobą młodsze dziecko, ale zwykle jedziemy tylko we dwie. Wtedy córka ma okazję pytać mnie o rzeczy, które są zbyt „dorosłe" do poruszania przy młodszym ro­dzeństwie, na przykład, co to jest gwałt.

Olivia i jej córka pożytecznie wykorzystują godziny spędzane w sa­mochodzie. Każdego dnia mają dużo czasu tylko na rozmowy, co bar­dzo korzystnie wpływa na ich wzajemne więzi.

Jeśli nie możesz uniknąć regularnego wożenia dzieci samochodem, zastanów się, jak ten czas wykorzystać z pożytkiem. Jeden z ojców stwierdził, że podczas jazdy miały miejsce wszystkie ważne rozmowy jego z dziećmi oraz między dziećmi.

Podczas jazdy samochodem ucz dzieci zasad bezpieczeństwa na drogach. Namów je, żeby wyglądały przez okno i udawały, że to one siedzą za kierownicą. Niech podejmują decyzje (oczywiście na niby), co zrobić. Czy stajemy przed zebrą i puszczamy pieszych? Czy ta ko­bieta z wózkiem postępuje rozsądnie, próbując wejść na jezdnię spo­między zaparkowanych samochodów? Czy na tych światłach skręcamy w lewo, czy w prawo? Musisz zdawać sobie sprawę, że w oczach dziec­ka droga zza szyb samochodu wygląda zupełnie inaczej, niż ta pokony­wana pieszo. Niech stanie się rutyną rozmawianie o charakterystycz­nych punktach, takich jak ulubione wystawy sklepowe albo nietypowe budynki.

Weź mapę i poproś dziecko, żeby pilotowało cię do domu. Nawet jeśli umiesz trafić z zamkniętymi oczami, dla niego jest to znakomite ćwiczenie. W ten sposób przyczynisz się także do nauki geografii. Do­świadczenie to pozwoli dziecku inaczej spojrzeć na drogę i przyda się bardzo w przyszłości, gdy samodzielnie będzie chciało znaleźć drogę do określonego miejsca.

Osobiście niezbyt interesuję się samochodami, ale dla wielu dzieci i dorosłych są one przedmiotem fascynacji. Niewątpliwie przyjemniej jest spędzać godziny w samochodzie, gdy jest się miłośnikiem moto­ryzacji. Być może rozmowy o samochodach pozwalają niektórym ro­dzicom nawiązać bliższą więź z dziećmi, które z natury są nieśmiałe i zamknięte w sobie. Podobnie jak gry komputerowe, samochód jest przedmiotem neutralnym, wspólnym, i może być na przykład miej­scem spotkań dzieci z nowymi partnerami rodziców. W żadnym wy­padku nie powinien być traktowany jako domena chłopców. To kobie­ty odbywają większość kursów z dziećmi, więc wspieraj swoją córkę, żeby została dobrym kierowcą.

Pomyśl, co twoje dziecko wie o tym, jak działa samochód. Na rynku jest wiele świetnych, ilustrowanych książek przedstawiających działa­nie skomplikowanych maszyn. Dorośli mogą się z nich nauczyć równie dużo, jak dzieci. Rozmawiaj z dzieckiem na tematy takie jak zanie­czyszczenie powietrza czy zużycie benzyny, żeby ukształtować w nim poczucie odpowiedzialności za środowisko.
Ale przede wszystkim rozmawiaj, rozmawiaj i jeszcze raz rozma­wiaj. Pod warunkiem że nie tracisz z oczu drogi przed sobą, opowiadaj podczas jazdy dzieciom o rodzinie, swoim dzieciństwie, o tym, co wy­darzyło się dawno temu babci i dziadkowi. Przeznacz czas spędzany w samochodzie na rozmowy o sprawach, które są dla ciebie ważne, dziel się z dziećmi swoimi poglądami i opiniami.

Pociągi, autobusy, statki, samoloty

Dwaj starsi synowie Lydii zaczęli razem jeździć metrem po Lon­dynie, gdy starszy miał jedenaście lat, a młodszy dziewięć. Lydia i Jas­per, rodzice zaangażowani zawodowo, mieszkający ze swoimi dziećmi w Północnym Londynie, podobnie jak inni rodzice, którzy zdecydowa­li się dać swoim latoroślom nieco swobody, nie przestrzegają żadnych specjalnych reguł dotyczących samodzielnego poruszania się dzieci po mieście. Indywidualnie oceniają, czy dziecko poradzi sobie z daną sy­tuacją. Dziewięcioletniej córce wolno jeździć na rowerze po ulicach w pobliżu domu (choć nie jest to tak spokojna, podmiejska okolica, jak u Imogen lub Rupy). W wieku ośmiu lat dziewczynka sama kilka­krotnie jechała godzinę pociągiem do cioci. Matka wsadziła ją jedynie do wagonu i poprosiła całkiem obcą osobą o opiekę nad córką. Na miejscu po dziewczynkę wyszła ciocia.

Lydia, wysyłając dzieci w podróż pociągiem, upewnia się, czy jest ja­kaś dorosła osoba i czy można powierzyć jej dziecko. Radzi innym:


Wybierz przyjemną, otyłą babcię, która podróżuje ze swoimi wnukami. Kogoś zaufanego lub kuzyna poproś o wyjście po dziecko – tylko nie ta­kiego, który załatwia tysiąc spraw jednego dnia, bo może się spóźnić. Ważne jest również, żeby osoba, która ma się zaopiekować twoim dziec­kiem podczas podróży, nie miała zbyt dużo dzieci pod opieką. Nie licz na przychylność pracowników kolei.

Nie twierdzę, że kryterium otyłej babci jest idealne. Podaję je jako wypracowaną i jak dotąd sprawdzającą się metodę jednej z matek. In­ne rodziny raczej nie pochwalają tego sposobu.

Powiedz dziecku, żeby trzymało się w pobliżu kilku osób różnej płci i unikało grup składających się z kilku mężczyzn lub nastoletnich chłopców. Jeśli dziecko nie czuje się całkiem bezpiecznie, powinno zmienić wagon, a gdy nadal jest zaniepokojone, najlepiej, jeśli podej­dzie do kogoś z obsługi. W dzisiejszych czasach rzadko polegamy na rozsądku dziecka, a przecież niektórzy z nas pamiętają, że gdy byliśmy dziećmi, odwoływano się do naszego rozsądku. Obecnie nawet nie po­winno zalecać się takich praktyk. Wszystko, co mówię, wypróbowała Lydia, i co ważniejsze, przyjęły jej dzieci.

Opowiada Lydia:

 Nie jestem tchórzliwa. Nie straszyłam dzieci obcy­mi. Nie mam w drzwiach łańcucha. Mówiąc ogólnie, ludzie są dobrzy. Należą do rzadkości przypadki zamordowania dziecka przez osobę nie­znaną ofierze. Każdego może zaatakować łobuz wałęsający się po uli­cach. Na wolności wciąż pozostaje wielu niezrównoważonych osobników, i to budzi niepokój. Ja z takim samym prawdopodobieństwem jak dzieci mogę natknąć się na wariata na skwerku, a mimo to chodzę tam.

Jeśli wysyłasz dziecko do innego miasta, gdzie będzie mogło zano­cować u przyjaciół lub krewnych, rozważ podróż ekspresowym auto­busem. Są one mniejsze od pociągów, rzadziej się zatrzymują i wyda­ją się być bezpieczniejsze dla dzieci. Pokonaj najpierw trasę sama lub zasięgnij języka u doświadczonych podróżnych, wypytaj ich o ludzi, których ewentualnie dziecko może spotkać na tym odcinku, na co zwrócić szczególną uwagę, ile przystanków ma autobus w mieście do­celowym. Wybierz autobus ze stewardesą, jeśli takowe jeszcze istnieją, i uprzedź ją, że dziecko podróżuje samo.

W czasie podróży dziecko będzie musiało wykazać się inicjatywą i radzić sobie w różnych sytuacjach. Nim wysiądzie, musi upewnić się, czy na pewno jest to właściwy przystanek. Jeśli powierzysz dziecko opiece współpasażera budzącego zaufanie, powinno grzecznie pod­trzymywać konwersację, jednocześnie strzegąc swojej niezależności. Nie może zapomnieć o swoim bagażu i o tym, by nie wdawać się w roz­mowę z nieznajomymi.

Jeśli stanie się najgorsze i nikt po nie wyjdzie na stację lub przysta­nek, w żadnym wypadku nie może pokazać, że jest zagubione, ani dać się gdziekolwiek podwieźć. Powinno natomiast udać się prosto do ka­sy, informacji lub kontrolera biletów i powiedzieć, co się stało. Ponie­waż jednak na wielu stacjach nie ma dzisiaj personelu, koniecznie daj dziecku pieniądze na telefon lub kartę telefoniczną i krótką listę nu­merów – swój numer i paru przyjaciół. Powinno zabrać coś do czyta­nia, żeby miało co robić, gdy przyjdzie mu czekać. Nie będzie się wte­dy rozglądało, budząc niepotrzebne zainteresowanie. Dobrą rzeczą jest hasło, które może okazać się bardzo przydatne, gdy plan nie wy­pali i ktoś inny przyjdzie je odebrać.

Lydia prawdopodobnie ma więcej powodów niż większość rodzi­ców, żeby obawiać się o zdrowie swoich dzieci, ponieważ jej siostra zginęła w wypadku drogowym, a wujek podczas wspinaczki w górach. Zdaje sobie jednak sprawę, że dzięki takim doświadczeniom dzieci za­chowują się rozważniej, a to wpływa na ich bezpieczeństwo.

Jej dwaj starsi synowie, gdy mieli odpowiednio jedenaście i dziesięć lat, popłynęli zupełnie sami nocnym promem na Hybrydy. Warunki były takie, że musieli sami wejść na prom, potem przesiąść się do wła­ściwego autobusu, a następnie spędzić noc na dużym statku. Droga powrotna była taka sama. Do tej poiy Lydię przeszywa dreszcz na wspomnienie tamtej wyprawy. Pomyśl, że to nie zdarzyło się w czasach przedwojennych, ale w Wielkiej Brytanii lat dziewięćdziesiątych, kie­dy poczucie zagrożenia było znacznie większe.

Opowiada Lydia:

Bywa, że sprawy się zagmatwają. Kiedyś wsadziłam jedenastolatka do niewłaściwego pociągu. Dojechał na miejsce i nikt na niego nie czekał. Moja przyjaciółka miała wyjść na pociąg osobowy, a ja wyprawiłam go pospiesznym. Zadzwonił do mnie z pytaniem, co ma zro­bić. Dał sobie radę, spokojnie poczekał. Kiedy coś nie wychodzi, dzieci wcale nie głupieją. One bardzo dużo zyskują na tych samodzielnych po­dróżach. Mogą pojechać same i zatrzymać się u przyjaciół bez naszej eskorty. Czują się niezależne, bo przez godzinę czy dwie muszą radzić so­bie same. Bez samodzielności nie nauczą się zaradności.

Swoboda na prowincji

W naszym świecie wszystko przewróciło się do góry nogami. Obec­nie najwięcej swobody mają dzieci w miastach, a najmniej te z prowin­cji, mieszkające na otwartych przestrzeniach. Rodzice z małych zakąt­ków rzadko pozwalają swoim pociechom na radosne, swobodne wędrówki, tak jak to bywało za dziecinnych lat Kim – dzieliła się swo­imi wspomnieniami na początku tego rozdziału.
Kobieta, która jako dziecko włóczyła się samotnie ścieżkami wśród pól, powiedziała mi:

Kiedyś w drodze powrotnej ze szkoły zatrzymałam się, żeby porozmawiać ze starym mężczyzną, który siedział na skraju dro­gi i jadł chleb. Starzec powiedział mi, że nigdy nie był przeziębiony, ponie­waż zawsze wkładał do kanapki trochę surowej cebuli. Przypomniałam sobie o tym spotkaniu po wielu latach, gdy uświadomiłam sobie, jak bar­dzo współczesne dzieci są odcięte od kontaktów z dorosłymi, którzy nie należą do ich najbliższego otoczenia. Dzisiaj taka pogawędka byłaby nie­możliwa, bo zabrania się dzieciom rozmawiać z obcymi. Również starzec mógłby z tego powodu mieć kłopoty. A przecież to było takie sympatycz­ne, ja czułam się ogromnie dorosła i dumna z faktu, że zainicjowałam rozmowę. Przy okazji poznałam jedną z ludowych mądrości.

Niestety, odkąd chorzy psychicznie zamiast w szpitalach poddawa­ni są terapii w środowisku, z pejzażu zniknęły niewinne obrazy małych dziewczynek gawędzących z pogodnymi wędrowcami. Szosy na pro­wincji, z wielkim natężeniem ruchu kołowego i brakiem poboczy, są szczególnie niebezpieczne dla dzieci. Rodzice muszą poszukiwać in­nych obszarów swobody dla swoich pociech, niezwiązanych z porusza­niem się po drogach.

Louise, matka ośmiolatka i jego trzech nastoletnich sióstr, żyjąca na głębokiej prowincji, przyznaje:

Bardzo często nie wiem, gdzie on jest, ale mamy pewność, że znajduje się na wyznaczonym obszarze, który sta­nowi jego terytorium. Może się zdarzyć, że spadnie z drzewa, ale nigdy nie wybiegnie na szosę.

Wyznacz swojemu dziecku podobne terytorium, położone z daleka od drogi, gdzie będzie miało przestrzeń do włóczęgi i przede wszyst­kim będzie mogło bawić się poza zasięgiem twojego wzroku. Diana, która jest bardzo niezadowolona ze szkolnego regulaminu w punkcie dotyczącym przechodzenia przez jezdnię, raz w roku zabiera trójkę własnych dzieci do domu swojej matki na walijskich wzgórzach. Pa­mięta dobrze pierwsze spotkanie dzieci z otwartą przestrzenią:


Kur­czowo trzymały się mnie przez cały czas. Uświadomiłam sobie wtedy, że przecież to ja nauczyłam dzieci, że nie wolno się oddalać. Musiałam im wyraźnie powiedzieć, że mogą korzystać ze swobody. Podkreśliłam, że są bezpieczne. Każdego roku mniej więcej pół dnia zajmuje im oswajanie się z nową sytuacją, a ja znowu muszę je przekonywać, że mogą bawić się same na dworze i że mogą spotkać wyłącznie osoby, które ja znam i któ­re wiedzą, kim one są. To wielka frajda dla moich dzieci, że mają możli­wość takiego kontaktu z ludźmi beze mnie. Wiem, że nie mogą czuć się tak swobodnie jak ja, kiedy byłam w ich wieku. One mają przykazane, żeby nie tracić z oczu domu, ale ludzie spacerujący z psami po polach czasem przystają i gawędzą z nimi. Dzieci czują się bezpiecznie. Zasada, by nie rozmawiać z obcymi jest jakby na ten czas zawieszona. Dostrzega­ją, że jest wielka różnica pomiędzy pytaniem starszej kobiety, której cie­kawość każe się dowiedzieć, czy są dziećmi Diany, a zaczepką obcego mężczyzny, oferującego im podwiezienie w jakieś miejsce lub chcącego usłyszeć od nich coś więcej niż to, jak się wabi ich pies. Jestem przekona­na, że dzieci nie przekroczą pewnej granicy.

Oliwia wraz z córkami mieszka na obrzeżach wioski. Dzieci mają bardzo mało swobody, choć matka przyznaje, że prawdopodobieństwo spotkania przez dziewczynki zboczeńca podczas rowerowych przejaż­dżek jest minimalne. Raczej mogą się natknąć na kogoś takiego w par­ku znajdującym się w terenie zabudowanym, ale tam rzadko zagląda­ją. Oliwia nie pozwala córkom oddalać się od domu. Wypracowała jednak specjalną taktykę, żeby dać im poczucie swobody, której bar­dzo pragną:


Kiedy wybieram się na rower z moją ośmiolatką, puszczam ją przodem. Proszę, żeby zatrzymała się przed zakrętem łub innym cha­rakterystycznym miejscem. Natomiast gdy zauważy coś dziwnego albo za­trzyma się obok samochód, ma rzucić rower i biec prosto tam, gdzie naj­bliżej, do mnie, do domu, albo do znajomej farmy.

Swoboda na przedmieściach

W miejscu, gdzie mieszka Jessica, zawsze jest dużo ludzi, jest dobra komunikacja, łatwo znaleźć budkę telefoniczną, policjanta, sporo jest tak zwanych „punktów bezpiecznych". Inaczej to wygląda na przedmie­ściach, gdzie odległości są większe, na ulicach nie ma tylu przechod­niów nawet w ciągu dnia, a samochody poruszają się znacznie szybciej i przez to ruch kołowy jest bardziej niebezpieczny. Przystanki autobu­sowe rozmieszczone są w większych odległościach od siebie, autobusy rzadziej kursują, a wzdłuż dróg rosną krzaki, w których mogą się kryć potencjalni napastnicy. Nic więc dziwnego, że chciałabyś wszędzie pod­wozić dziecko samochodem lub towarzyszyć mu w drodze.

Oznacza to, że nie masz możliwości poszerzania zakresu niezależ­ności dziecka poza domem. Spróbuj jednak tak zorganizować drogę do i ze szkoły, żeby dziecko szło samodzielnie na bezpieczniejszym od­cinku trasy. Jeśli rzeczywiście bardzo niepokoisz się z powodu nasilo­nego ruchu kołowego lub z innych powodów, ogranicz eksperyment do miesięcy letnich, kiedy przynajmniej sprzyja światło dzienne. Krót­kotrwały trening w niezależności przez kilka miesięcy w roku jest lep­szy, niż całkowity jego brak.

Przerzucenie na dzieci części odpowiedzialności za chodzenie do szkoły będzie początkowo doświadczeniem frustrującym. Pociechy bę­dą się spóźniać, wam rodzicom zaczną puszczać nerwy, będziesz chcia­ła wrócić do starego obyczaju zabierania delikwentów spod samych drzwi (dzieci z kilku rodzin zabierane są do szkoły razem, przez peł­niącego dyżur rodzica), co w tym wypadku oznacza powrót dziecka do stanu wczesnodziecięcej zależności. Spróbuj nie ulegać pokusie. Fru­stracja jest częścią procesu uczenia się. Jeśli pozbawisz dziecko odpo­wiedzialności po prostu dlatego, że nie wywiązuje się ze swoich obo­wiązków właściwie, uzna, że bycie odpowiedzialnym nie jest ważne, że zawsze ktoś – ty – wykona za nie zadanie. Czy w takim przekonaniu chcesz utrzymywać dziecko aż do wieku młodzieńczego?

Jeśli twoja pociecha należy do tych dziewięćdziesięciu procent dzie­ci, które posiadają własny rower, czy jest szansa, żeby jednoślad był wy­korzystywany do poszerzenia jego doświadczenia? Może udałoby się zaplanować dziecku jakąś bezpieczną trasę – na basen, do sklepów, do­mu kolegi. Za pierwszym razem pojedź razem z dzieckiem i wskaż mu miejsca niebezpieczne, porozmawiaj z nim o nich. Wypunktuj general­ne zasady bezpieczeństwa. Przede wszystkim dziecko powinno wie­dzieć, że nie wolno dać się zatrzymać, na przykład pod pretekstem, że złapało gumę.

Rupa, matka dziesięcioletniej córki i ośmioletniego syna, mieszka­jąca na dużym podmiejskim osiedlu, pozwala dzieciom poruszać się mniej więcej swobodnie na rowerach, pod warunkiem że omijają ruchliwe ulice, jeżdżą po ustalonych wcześniej trasach i nie rozstają się z przyjaciółką córki, a więc są zawsze we trójkę. Rupa zdaje sobie sprawę, że dana im swoboda pomaga w układaniu stosunków między dziećmi, bez interwencji osób dorosłych. Opowiada:


To oznacza, że dwie duże dziewczynki muszą opiekować się ośmioletnim chłopcem. Za­powiedziałam córce, że jeśli jej przyjaciółka, która jest bardzo miłym dzieckiem, ale bardzo dominującym, będzie kiedykolwiek niemiła dla jej młodszego brata, ma go bronić.

Uderzające w tym trójstronnym związku jest to, że jego powodze­nie zależy od zachowania córki Rupy. Podczas nieobecności matki do dziewczynki należy rola mediatora pomiędzy przyjaciółką i bratem, musi też radzić sobie z lojalnością do tych dwóch osób, których intere­sy są sprzeczne. Gdyby temu triu nie wolno było opuszczać przydomo­wego ogródka, prawdopodobnie po pomoc zwracaliby się do doro­słych. A tak dziewczynka jest postawiona wobec faktu, że w wypadku kłótni, w której brat zostanie pobity lub wykluczony z zabawy, bezpie­czeństwo malca zależy od jej umiejętności powstrzymania go od sa­motnego powrotu do domu. Ta odpowiedzialność silnie wpływa na związek dzieci, bardzo go wzmacnia. Jest to rodzaj odpowiedzialności, który zostanie w pamięci obojga do końca życia.

Dzieci w grupie są bezpieczniejsze. Ośmioletni syn Imogeny i jego sześcioletnie siostry bliźniaczki mogą razem chodzić do sklepu znajdu­jącego się na farmie. Sklep znajduje się w odległości 1,2 km, prowadzi do niego bezpieczna droga, ale bardzo blisko przebiega niezwykle ruchliwa szosa. Imogena pozwala chodzić dzieciom tylko we trójkę. Również do szkoły znajdującej się czterysta metrów od domu, do któ­rej prowadzi ścieżka wśród drzew, idą razem. Matka świadomie stara się poszerzyć zakres swobody swojej trójki, bo uważa, że symptoma­tyczną cechą nadopiekuńczych rodziców jest próba kontrolowania wszystkich aspektów życia dzieci.

Swoboda w mieście

Dwunastoletnia córka Jessiki pierwszy raz wybrała się sama do bi­blioteki, usytuowanej na końcu ulicy, przy której mieszka, gdy miała siedem i pół roku. Obecnie wolno jej wracać do domu ze szkoły me­trem z dwiema koleżankami. Stacja metra, mimo że znajduje się bli­sko jej domu, nie jest wymarzonym miejscem dla dziecka, a poza tym sąsiaduje ze stadionem piłkarskim. Dla większości rodziców, uważa­jących się za troskliwych, byłoby nie do pomyślenia, że ich dziecko samo porusza się w takim rejonie codziennie, i to w wieku siedmiu lat.

Jessica opowiada:

 Córka ma przy sobie dwie karty telefoniczne, kartę bankową i małą sumę pieniędzy, na wypadek gdyby w metrze ogłoszono alarm lub z innych powodów musiałaby wziąć taksówkę. Wtedy, co ma przykazane, musi wsiąść do samochodu razem z koleżankami. Nosi tak­że klucz do budynku, ale nie do mieszkania. Boimy się, że mogłaby go zgubić. Od czasu do czasu wraca przed tatą, ale co najwyżej dziesięć mi­nut wcześniej.

Jessica i Charles dali swoim dzieciom wyjątkowo dużo kontrolowa­nej swobody. Między innymi pod wpływem niemieckich doświadczeń. W Niemczech spędzili kilka lat we wczesnych latach osiemdziesiątych i byli zaskoczeni poziomem bezpieczeństwa na tamtejszych ulicach. Prawie na każdym rogu ulicy stał policjant i widok pięcio- i sześciolat- ków wędrujących bez opiekunów do szkoły nie należał do rzadkości. Tak jak Jessica wspomniała wcześniej, to doświadczenie utwierdziło ją w przekonaniu, że w wielu sytuacjach dzieci potrafią sobie radzić nad­spodziewanie dobrze.

W wieku ośmiu lat jej starsza córka znała się na zegarze, ponieważ musiała wiedzieć, ile ma czasu do wyznaczonej pory powrotu. W wie­ku dziesięciu lat chodziła sama do biblioteki, na basen, odwiedzała ko­leżanki. Mając lat jedenaście wiedziała, jak zatrzymać taksówkę lub ją zamówić telefonicznie z firmy zatrudniającej jako kierowców wyłącz­nie kobiety albo jakim autobusem dojechać do lokalnego centrum handlowego. A wszystko to miało miejsce w Londynie w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy na ulicach widywało się mnóstwo typów spod ciemnej gwiazdy. Nie wspominam o londyńskim ruchu samochodo­wym. Jessica przyznaje, że bardzo bała się o córkę. Dziewczynka naj­pierw ćwiczyła przez długi czas drogę do domu z koleżanką. Niezależ­ność, którą ma teraz, pozytywnie wpływa na jej samopoczucie.

Samodzielne powroty ze szkoły do domu

Dobrym pomysłem są samodzielne powroty ze szkoły, ale nie dro­ga do niej, jeśli niepokoisz się ewentualnym spóźnianiem i poranną godziną szczytu. Postaraj się jednak zrównoważyć zaletę, jaką jest po­południowe mniejsze natężenie ruchu z wadą tego rozwiązania. Otóż w drodze powrotnej dzieci są bardziej podniecone, łatwiej się rozpra­szają, są bardziej zmęczone i w związku z tym częściej, a tak wynika ze statystyk, ulegają wypadkom komunikacyjnym. Najlepiej, jeśli grupa dzieci ze szkoły mieszka blisko siebie, wtedy mogą chodzić razem.

Opowiada Diana, której trójka dzieci uczęszcza do prywatnych szkół w Londynie:

Szkoła mojej dziesięcioletniej córki jest bardzo rygo­rystyczna w sprawie przechodzenia przez jezdnię w pojedynkę; dzieci w jej wieku mają wręcz zakaz przechodzenia przez ulicę samodzielnie. Praw­dopodobnie wstawiono ten punkt do regulaminu pod wpływem rodziców, którzy się tego domagali. Ja pozwoliłabym jej przechodzić samej, ale ona tak bardzo się boi, że nie przejdzie nawet wtedy, gdy czekam na nią po drugiej stronie mało ruchliwej ulicy. Wyczekuje, aż podejdę i razem prze­chodzimy.

Córka Diany nie wierzy we wiasne siły, jest nieśmiała i denerwuje się na samą myśl o spotkaniu nowych ludzi czy radzeniu sobie w no­wych sytuacjach. Polityka szkoły jeszcze wzmacnia w niej brak pewno­ści, uznając, że dziesięciolatek jest niezdolny do poruszania się po uli­cach bez opieki.

Nerys, mieszkająca w centrum Londynu matka czworga dzieci, jest relatywnie ostrożnym rodzicem, nie pozwala na przykład bawić się dzieciom na ulicy. Dziesięcioletniego syna podwozi rano do szkoły, ale drogę powrotną, około półtora kilometra, chłopiec pokonuje sam. Ne­rys opowiada:


Syn bardzo lubi ten spacer do domu. Zawsze wraca z przy­jaciółmi i wydaje nam się, że często nie idą prosto do domu. Czasami się spóźnia, wtedy ja zaczynam się denerwować, że coś się stało. Innym ra­zem zjawia się szybko, bardzo zadowolony z siebie, bo całą drogę poko­nał biegiem.

Przykład syna Nerys pokazuje, że wracanie do domu bez rodziców, pod warunkiem że szkoła nie prowadzi nadopiekuńczej polityki, może stanowić dobry początek usamodzielniania dziecka (jeśli w domu ktoś na nie oczekuje). Na każdym etapie tego procesu jest bardzo ważne, żeby je dobrze znać i wiedzieć, jak się zachowuje, czy jest ostrożne, czy nazbyt odważne, czujne, czy też ze skłonnością do zamyślania się.

Jeśli dziecko wraca ze szkoły samochodem, pomyśl o tym, żeby szło kawałek pieszo na początku drogi lub na końcu. W ten sposób powięk­szysz nieco zakres odpowiedzialności dziecka za siebie, a poza tym do­starczysz mu porcję ćwiczeń i choćby odrobinę ulżysz doli kierowcy. Nigdy nie umawiaj się z dzieckiem na rogu ulicy ani w innym ryzykow­nym miejscu, gdzie bezradne będzie czekało samotnie.

Pamiętaj, żeby dziecko było widoczne dla kierowców. Niech nosi zewnętrzne okrycie w jasnych kolorach z odblaskowymi paskami, ale lepiej fluorescencyjne kurtki, bo moim zdaniem same paski to za ma­ło, musiałoby ich być bardzo dużo, żeby spełniały swoją funkcję. Jeśli robotnicy drogowi i policjanci nie zadowalają się niczym innym, jak tylko obszernymi fluorescencyjnymi żółtymi albo pomarańczowymi kombinezonami, nie widzę powodów, żeby dzieci nosiły okrycia mniej chroniące.

Najstarszemu synowi Sarah, Jackowi, pozwolono samemu wracać do domu od dziesiątego roku życia. Idzie do stacji, jedzie dwa przy­stanki lokalną kolejką, następnie dochodzi do bardzo ruchliwego skrzyżowania z sygnalizacją świetlną, a potem przez osiedlowe uliczki kieruje się do domu.

Sarah opowiada:

Każdego miesiąca Jack radzi sobie lepiej. Uświado­miłam sobie, że w pociągu spotyka się z różnymi sytuacjami. Jest świad­kiem złego zachowania innych pasażerów, zarówno dorosłych, jak i dzie­ci, i sam podejmuje decyzje, jak należy postąpić w danej sytuacji. Teraz, kiedy ma dwanaście lat, może odwiedzać przyjaciół kiedy tylko chce, pod warunkiem że poinformuje nas o swoich planach. Rozumie, że musi nam mówić, dokąd idzie i nigdy nie zakłada, że się domyślimy.

 

Samodzielne chodzenie do szkoły

W latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych trzy czwarte siedmiolatków samodzielnie, bez opieki wędrowało do szko­ły. Obecnie prawie to się nie zdarza. Nawet wśród jedenastolatków tyl­ko połowa chodzi sama. Aż trudno uwierzyć, że niektórym dzieciom nie wolno nawet podjąć takiej próby.

Organizacja charytatywna pod nazwą Suzy Lamplugh Trust, zajmu­jąca się edukacją i bezpieczeństwem osobistym, zaleca, aby początko­wo przemierzać z dzieckiem trasę i po drodze razem rozpoznawać charakterystyczne, bezpieczne miejsca: sklepy, bibliotekę, posterunek policji, przychodnię lekarską, żeby dziecko miało rozeznanie, gdzie może wejść i poprosić o pomoc.


Wycofywanie się rodzica krok po kroku

Jeśli uświadomiłaś sobie, że przepaść pomiędzy tym, gdzie twoje dziecko obecnie potrafi dotrzeć samodzielnie, a tym, gdzie będzie po­trzebowało dotrzeć lub ty byś chciała, żeby umiało dojść czy dojechać za rok albo za dwa jest przeogromna, zacznij pracować nad zasypywa­niem przepaści krok po kroku. Przypuśćmy, że odprowadzasz córkę lub syna do szkoły. Ośmioletnie dziecko powinno przejść ostatnie sto metrów dzielące je od szkoły samodzielnie. Zatrzymaj się więc pewne­go dnia, oczywiście po uprzednim uprzedzeniu dziecka, w pewnej od­ległości od szkoły i pozwól mu dalej iść samemu. Jeśli denerwujesz się o jego bezpieczeństwo lub pociecha ma skłonność do zamyślania się, wycofuj się krok po kroku, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Za każ­dym razem żegnaj się z dzieckiem trochę dalej od celu.

Jeśli w drodze do szkoły korzystacie z publicznego transportu, spró­buj wysiadać jeden przystanek wcześniej. Niektórzy rodzice zdają się na osobę budzącą zaufanie, na przykład matkę z dziećmi lub starsze­go ucznia z tej samej szkoły i proszą o zwrócenie uwagi na dziecko podczas wysiadania. Pamiętaj jednak, że nikomu nie można w pełni zawierzyć. Jeśli do szkoły podróżujecie pociągiem, zacznij od rozsta­wania się z dzieckiem na ulicy, przy której jest szkoła.

Jeśli jeździcie samochodem, obmyśl własny sposób na wycofywanie się krok po kroku. Możesz zacząć od zatrzymywania się niedaleko od szkoły, tam gdzie jest dogodne miejsce do zaparkowania. Początkowo wysiadaj z dzieckiem i maszerujcie razem. Następnie wydłużaj drogę do samodzielnego przebycia.

W przypadkach bardziej skomplikowanych, gdy na trasie trzeba się przesiadać, towarzysz dziecku do ostatniego środka transportu (z pew­nością najbardziej obawiasz się przesiadki). Na samodzielne przesiada­nie pozwól, gdy będzie starsze. Przedtem sprawdź, jakie są przewidzia­ne działania w stosunku do dziecka, które zgubiło bilet lub pieniądze na opłatę za przejazd.

Jeśli wraz z kilkoma rodzinami na zmianę wozicie dzieci do szkoły, umów się, żeby twoje, zamiast spod samych drzwi, było zabierane z po­bliskiego przystanku. Wadą tego rozwiązania jest to, że podwożący danego dnia samochód może się nie pojawić i dziecko zostanie na przystanku, co nie jest bezpieczne. Ważne więc jest, żeby znało „bez­pieczne miejsca". Organizacja Suzy Lamplugh zaleca, aby dziecko i rodzina mieli swoje sekretne hasło. Wtedy będzie mogło uchronić się przed fałszywym przyjacielem rodziny udającym, że chce je podwieźć na prośbę rodziców.

Starannie wybierz miejsce, z którego dziecko będzie odbierane. Po­winno być bezpieczne, dobrze oświetlone, w ruchliwym punkcie, bli­sko budki telefonicznej, posterunku policji, przychodni etc. Jeśli nie uda ci się znaleźć takiego miejsca, pomyśl o domu kogoś, kto zna two­je dziecko. W razie potrzeby odśwież znajomość z pobliskim kioska­rzem lub sprzedawcą ze sklepu, rozmawiając z nimi upewnij się, czy znają imię twojego dziecka. Pomyśl o znalezieniu osoby, która, choć nie jest odpowiedzialna za twoje dziecko, pomoże mu, gdy zajdzie ta­ka potrzeba.

Theresa zastanawiała się, czy nie pozwolić ośmiolatkowi jeździć do szkoły jeden przystanek metrem w Londynie (droga do metra i od me­tra do szkoły jest bezpieczna), ale zrezygnowała z tego pomysłu, po­nieważ syn musiałby wtedy opiekować się sześcioletnim bratem. Uznała, że na to nie może się zdecydować. To byłaby zbyt wielka odpowiedzial­ność dla starszego i Theresa czułaby się niespokojna, że podróżują sa­mi. Przypuszcza, że zaczną jeździć sami, gdy będą mieli odpowiednio po dziesięć i osiem lat. Czeka na ten moment z niecierpliwością, bo uważa, że jest to ważne dla ich poczucia pewności siebie.Dziecko powinno mieć przy sobie w portmonetce lub zapinanej na suwak kieszeni kartę telefoniczną oraz zapisany numer do domu i kil­ka tak zwanych numerów awaryjnych. Jeśli należycie do tego rodzaju rodzin, które nie pamiętają o kupieniu nowej karty po wyczerpaniu się starej (a której rodzinie to się nie zdarza?), pomyśl o zaopatrzeniu się w specjalną kartę telefoniczną, która działa jak karta kredytowa, a wtedy mający ją przy sobie członek rodziny będzie zawsze mógł dzwonić bez pieniędzy. Dopilnuj, żeby dziecko umiało posługiwać się publicznymi telefonami.

Jeśli masz pewność, że nie zostanie skradziony i że dziecko umie z niego skorzystać, dodaj gwizdek i osobisty alarm (pod warunkiem że szkoła zezwala). Szkoda, że to urządzenie nie jest zaprojektowane z myślą o dzieciach, więc może sprawiać trudności. Nastolatki nato­miast śmiało można wyposażyć w osobiste alarmy. Wytłumacz dziec­ku, że gwizdek lub alarm nie są środkami służącymi do obrony, mogą jedynie w razie ataku zwrócić uwagę innych. Nie zastąpią zaś rozwagi, czujności i umiejętności poruszania się po drogach.

Utwierdzaj dziecko w przekonaniu, że warto reagować, gdy sytua­cja w jakikolwiek sposób wydaje się dziwna lub niebezpieczna. Jeśli na przykład jakaś osoba wzbudza w nim niepokój, powinno szybko odejść i skierować się do jednego z „bezpiecznych miejsc".

Być bezpiecznym z innymi ludźmi

Naucz dzieci, jak postępować z innymi ludźmi, którzy mogą stano­wić dla nich zagrożenie. Musisz wpoić im podstawowe zasady, których będą przestrzegać wszędzie – na ulicy, na szosie, w polu. Oto one:

•        Kiedy jesteś sam, nigdy nie rozmawiaj z obcymi, z wyjątkiem poli­cjantów, strażników miejskich, sprzedawców w sklepie i innych funkcjonariuszy, którzy mogą ci pomóc w drodze (kierowcy auto­busów itp.). Nie musisz odpowiadać na pytania, jeśli pytanie nie należy do obowiązków służbowych danej osoby. Nie postąpisz nie­grzecznie, jeśli ktoś spyta cię na przykład o drogę, a ty odwrócisz głowę i szybko odejdziesz.

•        Nigdy nie wsiadaj do czyjegoś samochodu, nawet jeśli znasz kie­rowcę, nawet jeśli ktoś mówi, że został przysłany przez rodziców. W takich sytuacjach użyteczne jest hasło. Jeśli dorosły twierdzi, że został przysłany przez rodziców po ciebie do szkoły, nie powinie­neś wejść do samochodu, dopóki nie poda hasła. Jeśli go nie zna, wróć natychmiast do szkoły i powiadom o incydencie nauczyciela lub kogoś z personelu.

•        Nigdy nie pozwól nikomu dotykać się. Jeśli ktoś próbuje wciągać cię w rozmowy, zachowuj dystans na wyciągnięcie ręki (zademon­struj to dziecku) i odejdź szybko. Natychmiast powiedz o tym inne­mu dorosłemu, komuś, komu ufasz (policjantowi, parkingowemu, nauczycielowi, jak tylko dojdziesz do szkoły).

•        Jeśli ktoś zachowuje się w sposób, który sprawia, że czujesz się nie­swojo, zaufaj własnym odczuciom i odejdź jak najszybciej w bez­pieczne miejsce.

•        Jeśli wydaje ci się, że ktoś chce cię dotknąć lub złapać krzycz naj­głośniej jak potrafisz i uciekaj do najbliższego miejsca, w którym są ludzie – do sklepu, stacji obsługi samochodów, a nawet na szosę.

•        Z zasady nie baw się sam lub tylko z jednym czy z dwójką przyjaciół na pustkowiu, skąd nie widać żadnego domu. Zwróć uwagę, czy plac zabaw lub park pełen ludzi, gdy przyszedłeś, nie opustoszał, kiedy się bawiłeś. Unikaj sytuacji, w której ty i przyjaciel będziecie sam na sam z dorosłym lub grupą starszych dzieci albo dorosłych. Idź wtedy do domu. • Nie włócz się, nie zbaczaj ze zwykłej trasy, nawet z kimś, kogo znasz. Droga powinna być uzgodniona wcześniej z rodzicem, żeby wyeliminować jak najwięcej niebezpiecznych miejsc.

Problem ze strategią Obcy – niebezpieczny polega na tym, że ist­nieje duże ryzyko wystraszenia dzieci, które mogą utwierdzić się w przekonaniu, że świat jest pełen złych ludzi pragnących wyrządzić im krzywdę. Spotkałam wielu rodziców, którzy żalili się, że ich dzie­ci po wpajaniu im zasady Obcy – niebezpieczny cierpią z powodu lę­ków nocnych.

Podkreślaj, że złych ludzi jest bardzo mało, ale my nigdy nie wiemy, gdzie możemy ich spotkać, ani kim oni są. Inną wadą strategii Obcy – niebezpieczny jest to, że nie bierze pod uwagę zagrożeń płynących od osób dziecku znanych. W wyobraźni dziecka obcy jest wielką, wzbu­dzającą lęk postacią w czarnym kapeluszu. W rzeczywistości prawdzi­wy porywacz jest najczęściej kimś z otoczenia dziecka, osobą, która podkreśla: Przecież mnie znasz, prawda? Znam twojego tatę. W takich przypadkach, jeśli dziecko nie zostało nauczone, że należy zdecydowa­nie odmówić, na przykład: Mama kazała mi iść prosto do domu, i odejść w bezpieczne miejsce, nie będzie miało odwagi, by się prze­ciwstawić pewnemu siebie dorosłemu. Strategia ta również pomija za­grożenie ze strony innych, przeważnie starszych dzieci.

Kirstie, która bardzo się denerwuje, gdy dzieci wychodzą poza ogrodzenie, ponieważ boi się, że ulegną wypadkowi drogowemu lub zaczepi je ktoś obcy, wypracowała własną strategię, którą posługuje się podczas zakupów z dwójką swoich dzieci w centrach handlowych. Zatrzymujemy się pośrodku galerii i pytam, co by zrobiły, gdyby się zgubi­ły. Czy pozwoliłyby nieznajomemu, który by powiedział, że zna rodziców, odprowadzić się do domu. Rozmawiamy o tym i zawsze powtarzamy, że są chwile, kiedy mogą wrzeszczeć najgłośniej, jak potrafią.

Sheila nigdy nie powiedziała swoim dzieciom, że dorośli mogą za­bić dziecko. Nie zagłębiam się w szczegóły, poprzestaję na stwierdzeniu, że może spotkać je krzywda ze strony dorosłych. Pozwalam im chodzić ra­zem, odkąd jedno skończyło osiem i pół roku a drugie siedem, do oko­licznych sklepów i na boisko. Dzieci mają poczucie swobody.

Kiedy mogą już przechodzić samodzielnie?

Gdy Theresa zamieszkała w Londynie, trenowała ze swoim synem przechodzenie przez jezdnię przez cały rok, zanim pozwoliła mu sa­modzielnie przejść przez ulicę. Chłopiec miał wtedy osiem lat. Kobie­ta tak opowiada:

 Teraz pozwalam synowi chodzić do kiosku, w którym sprzedają kolekcjonowane przez niego nalepki z piłkarzami. Żeby tam dotrzeć, musi pójść do końca naszej uliczki, a następnie przejść przez nie­zbyt ruchliwą ulicę, na której zainstalowano spowalniacze ruchu. Umó­wiłam się z synem, że zgodzę się na samodzielne wyjścia, pod warunkiem że będzie prawidłowo zachowywał się na wszystkich skrzyżowaniach, bez mojego przypominania.

Ulica obok domu Theresy jest fatalna, ale na szczęście pośrodku, pomiędzy pasami ruchu w przeciwnych kierun­kach, jest dobrze widoczna wysepka dla pieszych. Kiosk z gazetami mieści się blisko piekarni i delikatesów, więc odkąd chłopiec opano­wał drogę do niego, otworzyły się przed nim perspektywy daleko wy­kraczające poza futbolowe nalepki. Teraz jest odpowiedzialny za prawdziwie dorosłe zakupy – zaopatruje rodzinę w chleb i ser.

Dziecku przestrzegającemu zasad Kodeksu Zielonego Krzyża ofi­cjalnie można zezwolić na samodzielne przechodzenie przez mało ruchliwą ulicę w wieku ośmiu lat. Odradzałabym puszczanie na ulice dzieci młodszych, ale również nie należy odkładać zgody na chodzenie bez opieki w nieskończoność. Dla większości dzieci jest to ważne do­świadczenie.

Oficjalne poradniki, takie jak wydawane w Wielkiej Brytanii przez Towarzystwo Zapobiegania Wypadkom wśród Dzieci, podają, że dzie­ci do jedenastu, dwunastu lat nie potrafią ocenić prędkości, z jaką po­rusza się samochód, i dlatego nie umieją zachować się właściwie na ruchliwych drogach. Bez problemu jednak mogą korzystać z przejść z sygnalizacją świetlną lub namalowaną zebrą, a także wcześniej uczyć się szacować, z jaką prędkością nadjeżdża pojazd, dzięki metodzie po­dwójnej kontroli. Jeśli z ośmiolatkiem będziesz zawsze pokonywała jezdnię zgodnie z zasadami Kodeksu Zielonego Krzyża, dziecko nie rozwinie umiejętności oceniania prędkości i odległości samochodu.

Starszy, jedenastoletni syn Jocasty był bardzo wystraszony, gdy mat­ka po raz pierwszy poprosiła go, żeby zrobił drobne zakupy. Rodzina mieszka w Londynie, w pobliżu najruchliwszej ulicy w mieście, i chło­piec w drodze do sklepu musiał przejść przez prowadzącą do niej dro­gę dojazdową. Wtedy Jocasta uświadomiła sobie, co było dla niej wiel­kim szokiem, że syn nie miał absolutnie żadnego doświadczenia w sa­modzielnym poruszaniu się po ulicach. Postanowiła nadrobić zanie­dbania. Szczęśliwie zawsze stosowała metodę podwójnej kontroli i wiedziała, że chłopiec potrafi poradzić sobie z przejściem przez jezd­nię o jednym pasie ruchu w każdym kierunku. Dzięki temu dość łatwo przezwyciężyła strach syna; co sobota wysyłała go po sprawunki do po­bliskiego sklepu na rogu. Wkrótce ufała już mu na tyle, że zezwalała na zabieranie młodszego brata na miejski, ogrodzony plac zabaw po­łożony nieco dalej od domu. Od tego momentu życie chłopców zaczę­ło się otwierać na zewnętrzne otoczenie.

Sheila, która nie posiada samochodu, również zaczęła wysyłać dwój­kę swoich dzieci do pobliskiego sklepu, gdy jedno miało osiem, a dru­gie siedem lat. Opowiada o tym tak:

Najpierw dzieci poruszały się tylko po maleńkich osiedlowych uliczkach, które nie wyprowadzały poza osie­dle. Później zezwoliliśmy na przechodzenie przez zebrę na ruchliwszej uli­cy. Córka chodziła w towarzystwie o rok starszego brata.

Chłopak miał duże trudności w nauce, które potencjalnie mogły w znacznym stopniu zachwiać jego samooceną. Rodzicom wydaje się, że wyrósł na otwar­tego, pewnego siebie i szczęśliwego nastolatka, w dużym stopniu dzię­ki temu, że oczekiwano od niego dużej samodzielności w poruszaniu się po mieście, zarówno pieszo, jak i transportem miejskim.

Inna matka dwójki dzieci, Gina, podobnie jak Jocasta, uświadomi­ła sobie, że dzieci potrzebują więcej samodzielności, gdy zauważyła, jak bardzo denerwują się na samą myśl o podróżowaniu bez opieki:


W sobotę po ich lekcji pływania wstąpiłam do pralni chemicznej. Dowie­działam się, że jeśli poczekam dwadzieścia minut, pranie będzie gotowe. Zaproponowałam więc dzieciom, że przeprowadzę je przez ulicę, a potem same pójdą do domu. Dziewięciolatek był z tego zadowolony, ale sied­miolatek rozpłakał się, mówiąc, że się boi i nie pójdzie. Uświadomiłam sobie, iż to ja wpoiłam im, że kiedy są sami, muszą uważać na obcych, którzy mogą być niebezpieczni. Nie przyszło mi do głowy, że w rezultacie będą się bali przejść sami kilkaset metrów. Postanowiłam popracować nad wyrobieniem w nich pewności siebie.

W związku z tym, że rodzice bardziej obawiają się ataków o charak­terze seksualnym i chuligańskim w stosunku do córek, dziewczynki mają znacznie mniej doświadczeń w kwestii samodzielnego przecho­dzenia przez jezdnię. A jednak właśnie chłopcy częściej ulegają wy­padkom drogowym, i jak wskazują obserwacje, częściej reagują impul­sywnie. To niesprawiedliwe, że dziewczynki, które mają większe szan­se przeżycia na ulicach niż chłopcy, trzymane są pod kontrolą z powo­du strachu przed czymś, co zdarza się znacznie rzadziej, niż wypadek drogowy.