Archive for the ‘Złocone klatki i wózki olbrzymy’ Category

Podwójna kontrola przechodzenia przez jezdnię

Oliver, ojciec bardzo żywych, siedmioletnich bliźniaków, mówi:

Nie wepchniesz dzieciaków pod autobus, żeby pokazać im, jak niebezpiecznie jest na ulicach, ale możesz im pokazać, co zostaje z liścia, który dostał się pod koła.

 Synowie Olivera są bardziej uzależnieni od samochodu niż dzieci Ismene czy Sheili, niemniej ojciec uczy ich, powoli i celowo pod­czas porannego spaceru do szkoły, bezpiecznego poruszania się w ru­chu ulicznym.

Badania pokazują, że tylko 10 procent rodziców w czasie przebywa­nia z dzieckiem na ulicy rozmawia z nim na temat bezpieczeństwa na drodze i technik przechodzenia przez jezdnię. Większość koncentruje się na samej czynności pokonywania drogi – wyczekują na lukę między pędzącymi pojazdami, chwytają dziecko za rękę i ciągną je na drugą stronę – w tym momencie nie zajmują się edukacją. Za każdym razem, kiedy w ten sposób prowadzimy dziecko przez jezdnię, maluch traci okazję doskonalenia swoich umiejętności, które są mu niezbędne do właściwego zachowania się na drodze.

Nawet z małymi dziećmi możesz ćwiczyć i wzmacniać bezpieczne przechodzenie przez ulicę. Zawsze, gdy zbliżasz się z dzieckiem do punktu, w którym będziecie przekraczać jezdnię, uprzedź je odpo­wiednio wcześniej, że to ono ma zdecydować, kiedy jest bezpieczny moment do przejścia (trzymaj dziecko mocno za rękę).Zacznijcie trenować na wyznaczonych przejściach dla pieszych. Tłumacz dziecku, dlaczego trzeba zatrzymać się przy krawężniku. Upewnij się, czy rzeczywiście odwraca głowę w obie strony i obserwu­je drogę. Bądź cierpliwa, nie przesuwaj się do przodu ani nie ściskaj dłoni dziecka, gdy wydaje ci się, że już można przejść, ponieważ w ten sposób sygnalizujesz swoje zamiary i tym samym ćwiczenie traci sens. Stój spokojnie, aż do momentu, gdy dziecko wyda komendę – idziemy. Wtedy przechodźcie, trzymając się za ręce. Twoje dziecko rozpromie­ni duma. Jeśli stwierdzisz, że nie możecie przejść, trzymając mocno dłoń dziecka powiedz stanowczo – nie! Wskaż na nadjeżdżającą zza zakrętu ciężarówkę i wyjaśnij, że przy próbie pokonania jezdni zginę­libyście pod kolami.

Celem tych ćwiczeń jest skupienie uwagi dziecka na przechodzeniu przez ulicę w takim samym stopniu, jak w przypadku, gdy będzie na drodze samo. Możesz również trenować przechodzenie przez jezdnię na niby, stojąc na przystanku autobusowym lub wyglądając przez okno na ulicę. Tylko poprzez ćwiczenia praktyczne dziecko może się na­uczyć bezpiecznego poruszania po drogach.
Niektóre badania dotyczące zdolności dzieci do oceny prędkości i odległości pojazdów były przeprowadzone na drogach zainscenizo- wanych wzdłuż prawdziwych dróg. Dzieci były proszone o przecho­dzenie przez sztuczne drogi wtedy, kiedy uznały, że byłoby to bez­pieczne na prawdziwej drodze. Opiekunowie mogli obserwować błędy popełniane przez dzieci bez obawy, że narażają je na niebezpie­czeństwo.

Następnym etapem szkolenia jest omawianie z dzieckiem bezpiecz­nych miejsc, w których można przejść przez jezdnię. Kodeks Zielone­go Krzyża określa, że są to następujące miejsca:

•        Namalowane na jezdni „zebry".
•        Sygnalizacja świetlna.
•        Przejście podziemne.
•        Kładka dla pieszych.
•        Duża przerwa pomiędzy zaparkowanymi samochodami, skąd do­brze widać drogę w obu kierunkach.

I znowu tylko doświadczenie zdobyte na ulicy podczas przechodze­nia z tobą za rękę pozwoli dziecku zrozumieć, co to znaczy „skąd do­brze widać drogę w obu kierunkach". Z każdą z wymienionych wyżej kategorii są problemy. Kierowcy nie zawsze zatrzymują się przed przejściem dla pieszych, jeśli myślą, że mogą sobie zaoszczędzić kło­potu, dlatego ograniczają się jedynie do gwałtownego przyhamowania, czym wprowadzają zamęt i zmuszają przechodniów do pozostania na chodniku. Sygnalizacja zaś nie zawsze działa, a przejścia podziemne i kładki nieczęsto się spotyka na prowincji. Z kolei przejścia podziem­ne w miastach nie są z pewnością najlepszym miejscem dla dzieci, bez względu na porę dnia.

Na niektórych ulicach po obu stronach stoją ciasno zaparkowane samochody i w wielu wypadkach wyobrażenie dziecka o „dużej prze­rwie między samochodami" może być mylne. Dlatego, mimo ostrze­żeń, że nie jest bezpiecznie przechodzić między zaparkowanymi samo­chodami, ucz, jak zrobić to w miarę najbezpieczniej, to znaczy zrównać się z zewnętrznym brzegiem samochodu i poczekać na wystarczająco dużą przerwę w ruchu. Na mało ruchliwej ulicy pokaż, że łatwiej jest przejść zza samochodu osobowego niż zza ciężarówki lub wysokiego samochodu dostawczego. Powtarzaj lekcję wielokrotnie, w celu utrwa­lenia.

Po zrównaniu się z zewnętrznym brzegiem samochodu dziecko po­winno uważnie obserwować pojazdy nadjeżdżające z obu kierunków i jak poprzednio wydać komendę: Przechodzimy! – kiedy uzna, że jest właściwy moment. Możesz wprowadzić do treningu pewne elementy zabawy, ale nigdy nie pozwól, żeby zabawa wzięła górę, bo sprawa jest zbyt poważna.

Psychologowie uważają, że dzieci poniżej dziewiątego roku życia nie rozumieją, iż zagrażać im może pojazd, którego w danym mo­mencie nie widzą. Weź ten aspekt pod uwagę przy omawianiu bez­piecznych miejsc do przechodzenia przez jezdnię. Niektórzy rodzice wyraźnie przeceniają możliwości własnych dzieci, pozwalając im na przykład w wieku pięciu lat samodzielnie przechodzić przez ruchliwe ulice. Prawdą jest również, że dzieciom w tym wieku można wyjaśnić znacznie więcej, niż z reguły się to robi. Jeśli nie rozpoczniesz kształ­cenia dziecka z chwilą, gdy zacznie rozumieć, co do niego mówisz, nigdy nie będziesz w stanie stwierdzić dokładnie, jakie są jego moż­liwości.

Reasumując, regularnie powtarzaj, jakie warunki musi spełniać miejsce dogodne do przechodzenia na drugą stronę jezdni. Wskazuj na wzniesienia, zakręty i łuki drogi, ruchliwe skrzyżowania i inne nie­bezpieczne miejsca. Posługuj się swoją wyobraźnią w taki sposób, że­by dziecko odwoływało się do własnej wyobraźni.

Ćwicz z dzieckiem każdego tygodnia. Jeśli dużo z nim chodzisz, mo­żesz sobie pozwolić od czasu do czasu na powrót do starej metody – pociągnięcia go za sobą za rękę. Ale kiedy mało masz okazji do cho­dzenia z dzieckiem po ulicy, na przykład tylko raz czy dwa w tygodniu podczas weekendowych zakupów, musisz bardziej uważać na swoje postępowanie. Zawsze pamiętaj, żeby to dziecko trzymane przez cie­bie mocno za rękę dawało znak do wejścia na jezdnię. Powtarzaj regu­larnie, że brak samochodów na określonej drodze w dniu wczorajszym nie oznacza wcale, że dzisiaj będzie tak samo.

Wydostawanie się z olbrzymiego wózka

Statystyki dotyczące wypadków drogowych pokazują, że wśród dzieci w wieku od lat pięciu do dziewięciu proporcjonalnie jest od czterech do pięciu razy więcej poszkodowanych, niż wśród dorosłych w przedziale wieku od lat dwudziestu jeden do pięćdziesięciu dziewię­ciu. Gdy tylko dziecko osiągnie wiek przedszkolny, możesz zacząć je uczyć zasad bezpieczeństwa na drodze. Bez pełnego zrozumienia, jak postępować na drodze, i bez świadomości zagrożenia, twoje dziecko będzie na ulicach bezpieczne w takim samym stopniu, jak kulawy jeż. Dziecko, któremu tylko zademonstrowano na lekcji w szkole, jak na­leży poruszać się po drogach, wcale nie będzie bezpieczniejsze.

Nigdy nie przerzucaj na szkołę całej odpowiedzialności za naucze­nie dziecka zasad bezpiecznego poruszania się po drogach, ponieważ ty masz więcej możliwości i czasu, żeby się tym zająć. Jesteś w tej luk­susowej sytuacji, że możesz uczyć dziecko na przykładach, po drodze, kiedy jedziecie lub idziecie razem. Jeśli dużo czasu spędzasz wożąc dziecko, nie marnuj go. Wskaż przechodniów na przejściu dla pie­szych, różnego typu skrzyżowania, ich wady i zalety itp. W Wielkiej Brytanii dzieci uczą się Green Cross Code. Jest to zestaw podstawowych zasad, które w założeniu mają być wy­starczająco proste do zrozumienia dla małych dzieci i które obejmują zagadnienia im potrzebne. Zasady są następujące:

•        Znajdź bezpieczne miejsce do przejścia na drugą stronę i zatrzymaj się.

•        Stań na chodniku, blisko krawężnika.

•        Rozejrzyj się dookoła i posłuchaj.

•        Jeśli nadjeżdżają pojazdy, pozwól im przejechać.

•        Jeśli droga jest pusta, przejdź prosto na przeciwną stronę.

•        Przechodząc, cały czas patrz i słuchaj uważnie, czy coś nie nadjeżdża.

Zasady te na pierwszy rzut oka wydają się sensowne, ale oczywiste jest, że zostały opracowane dla ulic jednokierunkowych. Niewielu ro­dziców zauważa, że kodeks, choć generalnie pożyteczny, jest wadliwy. Możesz się o tym przekonać, stojąc przez dziesięć minut na ruchliwej ulicy w centrum miasta i obserwując dorosłych przechodzących przez jezdnię.

Zauważysz to, na co prędzej czy później zwrócą uwagę dzieci, że do­rośli nie przestrzegają zasad zawartych w Kodeksie Zielonego Krzyża.

Nie zawsze przechodzą przez jezdnię w bezpiecznym miejscu, igno­rują oznaczone przejście dla pieszych, ponieważ jest im nie po drodze.

Rzadko zatrzymują się, nim wejdą na jezdnię, a dogodnego momentu do przejścia na drugą stronę wypatrują, idąc chodnikiem. Często wchodzą na jezdnię, nawet jeśli nie pojawi się między samochodami stosowna luka, i kierują się w stronę nadjeżdżających pojazdów, a nie­doświadczonemu kierowcy może się wtedy wydawać, że przechodzień zmierza prosto pod koła samochodu. Dorośli przechodzą często po skosie, przebiegają a nie przechodzą i traktują jezdnię z dwoma pa­smami ruchu w jednym kierunku jak dwie oddzielne drogi – pokonu­ją pierwsze pasmo, mimo że na drugim są samochody. Nie przygląda­ją się i nie nasłuchują, jeśli wydaje im się, że są bezpieczni i że żaden pojazd nie wyjedzie zza zakrętu.

Wszystkie te zachowania przyswoili sobie dorośli, by radzić sobie na bardzo zatłoczonych ulicach. Wybierają minimalne przerwy między pojazdami, żeby jak najszybciej dostać się na drugą stronę. Dorosły ma dłuższe nogi, chodzi i biega szybciej, niż dziecko. Nauczył się w mgnieniu oka oceniać prędkość samochodu i jego odległość od sie­bie. Dzieci patrzą, jak radzą sobie rodzice, i próbują ich nieumiejętnie naśladować, niestety z tragicznymi rezultatami.

Dr James Thomson z Uniwersytetu w Strathclyde zauważył, że Ko­deks Zielonego Krzyża nie sprawdza się na ruchliwych ulicach. Dziec­ko musiałoby przeczekać godziny szczytu, żeby przez moment na jezd­ni zrobiło się pusto. Sugeruje on, że dziecko zamierzające przejść przez ulicę frustruje się długim oczekiwaniem i w końcu zdesperowa­ne wbiega na jezdnię. Z tego powodu kierowcy, którzy potrącili dziec­ko, często relacjonując zdarzenie mówią, że ofiara nagle wtargnęła na jezdnię.

W Holandii, gdzie stosunkowo mniej dzieci ulega wypadkom dro­gowym niż w Wielkiej Brytanii, prowadzony jest wieloetapowy pro­gram z zakresu bezpieczeństwa na drogach.

Dzieci uczy się nie tylko rozpoznawania bezpiecznych miejsc do przejścia na drugą stronę, ale także radzenia sobie w miejscach nie­bezpiecznych – na przykład przechodzenia między zaparkowanymi samochodami lub przez ulice wielopasmowe. Kodeks Zielonego Krzyża poucza dzieci, jak unikać niebezpiecznych miejsc do prze­chodzenia, ale nie bierze pod uwagę, że często są to jedyne przej­ścia.
Poza tym nie uwzględnia faktycznych sposobów przechodzenia przez jezdnię, jest w nim wiele niejasności, pozostających do wyjaśnie­nia przez nauczycieli i rodziców. Przekonasz się, że dzieci interpretu­ją zasady zbyt dosłownie, odmawiając wejścia na jezdnię nawet wtedy, gdy samochód jest oddalony o 400 metrów. Niemniej dopóki oficjalne czynniki nie uznają za konieczne wprowadzenie nowych regulacji, obowiązuje Kodeks Zielonego Krzyża.

Co z nich wyrośnie?

Matka siedmiolatki opowiadała:


 Często podczas spaceru córka idzie w pewnej odległości za mną. Myśłę, że siedmioletnie dzieci, a nawet młodsze, tęsknią za swobodą, chcą być samodzielne. Jeśli się im na to nie pozwala, oczywiście w rozsądnych granicach, stają się niegrzeczne, a wte­dy karcimy je, mówiąc, że są rozpieszczone.

Na poziomie praktycznym dziecko wszędzie wożone lub odprowa­dzane jest narażone na to, że łatwo może stać się ofiarą wypadku dro­gowego, ponieważ jego umiejętność oceny zagrożenia na drodze nie rozwija się w dostatecznym stopniu. Natomiast na poziomie psycholo­gicznym jest zagrożone frustracją. Łaknie odpowiedzialności, ale myli ją ze swobodą. Tak desperacko pragnie swobody, że chwyta ją w każ­dej formie. Nastolatkom swoboda kojarzy się z wczesną aktywnością seksualną, używkami i paleniem, ponieważ te łatwo dostępne substy­tuty swobody przykuwają ich uwagę.

Syn Belindy, gdyby nie miał odpowiednich doświadczeń w dzieciń­stwie, być może spróbowałby nocnej jazdy metrem, ponieważ nie po­trafiłby rozróżnić zwykłego zamieszania od sytuacji zagrożenia. Można sobie wyobrazić, jak do tej wyprawy podeszliby rodzice nadopiekuńczy.

Najprawdopodobniej nie pozwoliliby mu pójść, obawiając się o je­go bezpieczeństwo. Josh byłby rozczarowany, upokorzony i sfrustro­wany, bo jego przyjaciele poszliby na przyjęcie. Ucierpiałaby jego sa­moocena. Chłopak byłby wściekły na matkę i z wielką determinacją bronił swojego „ja". Może by ją nawet zranił, na przykład celowo gu­biąc się lub wymykając cichaczem z domu na wiele godzin.

Możliwość wychodzenia z domu samemu lub z innymi dziećmi po­strzegana jest obecnie jako średnio potrzebny aspekt dzieciństwa, który można „zawiesić" bez zakłócania rozwoju dziecka. Po rozmowach z ro­dzicami uważam, że swobody nie należy odkładać na później. Odgrywa istotną rolę w stawaniu się zrównoważonym, szczęśliwym dorosłym.

Nie jest zaniedbaniem zezwalanie dziecku na doświadczanie nieza­leżności, jeśli jest ono w odpowiednim wieku i nauczone, jak należy zachowywać się w określonych sytuacjach.

Wszyscy rodzice, z którymi rozmawiałam, byli zdecydowani pozwo­lić dzieciom na doświadczanie swobody, choćby w skromnym zakresie, nawet wówczas, gdy w Wielkiej Brytanii wybuchła straszna panika, z powodu zagrożenia, jakim byli dla dzieci rozmaici dewianci. Za każ­dym razem, kiedy media relacjonują taki okrutny przypadek, kolejny kontyngent dzieci zamykany jest w domu.
Poniżej przytaczam typową reakcję opisaną przez dziennikarza w czasopiśmie „Spectator" w 1995 roku, po tym, jak w ciągu jednego weekendu zostało zamordowanych troje dzieci, które oddaliły się po­za miejsce zamieszkania.

Pewien ojciec powiedział mi, że w weekendy, kiedy jest już wyczerpany organizowaniem przyjemności trójce dzieci w wieku od lat pięciu do jedenastu, co jak rozumiem jest konieczne, by je czymś zająć, pozwala dzieciakom pobawić się w przydomowym ogródku. W tym czasie jednak wcale nie odpoczywa, lecz jest zestresowany ciągłym sprawdzaniem, czy któreś nie wyszło za bramę, na ulicę. Martwi się oczy­wiście tym, że tłamsi je stałym dozorem, ale nie widzi alternatywy. Nie może przecież ryzykować, że jakiś psychol porwie mu dzieciaka.

Kusi mnie, żeby spytać, kto jest tym psycholem. Czy wyimaginowa­ny przechodzień, czy też mężczyzna mówiący o swoich dzieciach jak o egzotycznych zwierzątkach, które mogą uciec lub dać się zabrać cał­kiem obcej osobie. Jego dzieci tracą wiele, choćby szansę nauczenia się bycia odpowiedzialnym za młodsze rodzeństwo, w takim stopniu jak opisywany najstarszy syn Belindy. Tracą na tym także rodzice. Większość czasu spędzają na holowaniu dzieci i nie mają czasu na wła­sne rozrywki. Musieliby być świętymi, żeby nie odczuwać z tego powo­du dyskomfortu.

Skuteczni rodzice, z którymi rozmawiałam, mają mnóstwo pomy­słów na poprawę tego stanu rzeczy. Wielu z nich dostrzegło niebezpie­czeństwo związane z olbrzymim wózkiem dość wcześnie i starało się uchronić swoje dzieci przed uwięzieniem ich w nim na zawsze, stosu­jąc różne, proste środki, z których ty również możesz skorzystać.

Dlaczego dzieci potrzebują swobody

Dlaczego tak się dzieje, że twoje dziecko ma mniej swobody poza domem, niż ty miałaś w jego wieku? Dziecko ma swobodę w innych sprawach: na przykład może sobie samo wybierać ubrania lub progra­my telewizyjne. Czy na pewno jest mu lepiej bez niebezpiecznych spa­cerów po ulicach, gdzie powietrze jest skażone lub po poboczach za­tłoczonych dróg, wzdłuż których nie ma chodników?

Nie, nie jest lepiej. Po pierwsze, pomyśl o ćwiczeniach fizycznych, których dziecku brakuje. Załóżmy, że przed laty, kiedy byłaś ośmiolet­nią dziewczynką, w drodze do szkoły przemierzałaś dwa i pół kilome­tra codziennie w jedną stronę. W skali tygodnia daje to dwadzieścia pięć kilometrów. Dzisiaj twój ośmiolatek ma do szkoły osiem kilome­trów, bo najbliższa miejscowa, twoim zdaniem, nie jest dla niego do­bra, albo po prostu nie istnieje, więc kierowca pokonuje codziennie rano i po południu po szesnaście kilometrów, czyli tygodniowo sto sześćdziesiąt. Jeździ, ale nie chodzi wcale.

Kiedy byłaś dzieckiem, dla ciebie i twoich rodziców dwu- trzykilo­metrowy spacer do szkoły i z powrotem był rzeczą normalną, a ty czu­łaś się po nim na tyle dobrze, by potem świetnie się bawić. Dzisiejsze dzieci pod koniec dnia są kompletnie wyczerpane, nie potrafią pano­wać nad emocjami. Mają objawy zmęczenia psychicznego, które szyb­ko ustępuje po porcji ćwiczeń fizycznych.
Kim bardzo niepokoi pełen napięć psychicznych tryb życia jej dziec­ka:

Te dzieci nie mają gdzie rozładować nagromadzonej agresji. Dlatego nie sprzeciwiam się hałaśliwym zabawom w domu. Układają kawałek gąbki na szczycie schodów i zjeżdżają po nim, jak na zjeżdżalni. Dopro­wadza to mojego partnera do szału, ale mnie ten hałas nie przeszkadza. Staram się też codziennie zabierać ich do parku, niestety możliwości za­bawy w londyńskim parku są niewielkie.

Tobie prawdopodobnie kazano wychodzić na dwór i tam się bawić, kiedy byłaś jeszcze całkiem mała. W szkole zajęcia sportowe też pewnie były obowiązkowe i szczególnie tym pozbawionym sportowego ducha wydawały się nie mieć końca. Twoje dziecko spędza większość czasu w domu na siedząco, przy odrabianiu lekcji lub grach komputerowych, a w szkole ma zajęcia sportowe ograniczone do jednej tygodniowo sesji ćwiczeń (dotyczy realiów angielskich), i to w dodatku bez elementu ry­walizacji, w porównaniu więc z tobą, ma ćwiczeń znacznie mniej. Ty zaś, nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy, zyskałaś bardzo na lekcjach sportowych. Wygląda na to, że trzydzieści lat temu dzieci miały około dziesięciu razy więcej ćwiczeń fizycznych, niż obecnie.

Skala zmian, które zaszły w życiu dzieci na przestrzeni trzydziestu lat, jest szokująca. Przecież my nie porównujemy zdrowych dzieciaków z leniami spędzającymi całe dnie przed telewizorem, nie analizujemy, jak się ma do rzeczywistości wyidealizowana wizja reżysera filmów reklamowych, w którego produkcjach przedwojenne dzieci tańczą w kółku, wyśpiewując popularne wierszyki, i zbierają opakowania po papierosach. My porównujemy normalne dzieciaki, łase na smakołyki, uwielbiające zabawy i programy telewizyjne z lat sześćdziesiątych i sie­demdziesiątych z ich rówieśnikami z lat dziewięćdziesiątych. Pomyśl o problemach zdrowotnych, które trapią nasze pokolenie, a które wy­raźnie można złożyć na karb braku ćwiczeń fizycznych – choroby ser­ca, bóle kręgosłupa związane ze słabością mięśni, otyłość – i wyobraź sobie, jak byśmy wyglądali, gdyby w dzieciństwie ograniczono nam ruch prawie o 90 procent. Ten koszmarny obraz to nie fantazja, to przyszłość naszych dzieci, dzieci z olbrzymich wózków.

Oczywiście, nie każde dziecko może chodzić pieszo do szkoły, nie zaleca się również, żeby najmłodsi uczniowie chodzili sami. Jest jednak tak, że z chwilą kiedy rodzice zdecydują o konieczności odprowadzania własnych pociech, gdziekolwiek one idą, dzieci stają się coraz bardziej zależne od rodzinnego samochodu. Najpierw coraz częściej podwożą dziecko do szkoły, a gdy już zaakceptują samochód jako sposób docie­rania do szkoły, przy wyborze miejsca nauki nie biorą pod uwagę, czy dziecko może dotrzeć tam samo, bo przecież mogą je podwieźć. Wybie­rają więc często szkołę, do której trzeba je wozić i w ten sposób ono co­raz bardziej zapłątuje się w sieć zależności od samochodu.

Lydia, matka czterolatka, mówi:


Dzieci, które dużo spacerują, pew­niej czują się w swojej okolicy, poznają też elementarne zasady radzenia sobie na ulicy. Czują się pewniej, ponieważ dobrze znają dzielnicę, w któ­rej mieszkają.

Olbrzymi wózek nie służy tylko do przemieszczania, ale także po­dejmuje za dzieci decyzje. Izoluje je od ulicy, przenosi w inne miejsce, nim zdążą cokolwiek zobaczyć czy zapamiętać. Dzieci nie uczą się roz­poznawać niebezpieczeństw, które czyhają na nie na ulicy, a przecież tego trzeba się uczyć tak samo jak czytania. Wiele z nich nigdy nie opa­nuje tej sztuki. A przecież muszą sobie radzić z nieprzyjaznym środo­wiskiem na ulicach, żeby w przyszłości mogły skutecznie i bezpiecznie poruszać się po nich. Dopiero wtedy będziesz pewna, że zachowają się właściwie na drodze, jeśli wcześniej zdobędą w tym zakresie doświad­czenie. Nie wszystkie z tych doświadczeń są nieprzyjemne.

Ismene, której poglądy cytowałam na początku rozdziału, i jej mąż Ralph nigdy nie mieli samochodu. Trójka ich młodszych dzieci – dzie- sięcio-, ośmio- i pięcioletnie – cztery razy dziennie pokonuje pieszo drogę do szkoły i z powrotem. Przychodzą do domu na obiad i wraca­ją do szkoły na popołudniowe lekcje.

Choć do szkoły idzie się tylko pięć minut przez osiedle, a po drodze jest tylko jedna uliczka, w dodatku z zainstalowanymi spowolniaczami ruchu, ludzie dziwią się, że Ismene pozwala dzieciom chodzić bez opieki.
Ismene opowiada:

Jeżdżę po zakupy rowerem i czasem w drodze po­wrotnej one idą przede mną. Mogę wtedy patrzeć, jak się zachowują na drodze, kiedy nie zdają sobie sprawy, że są obserwowane. Wydaje mi się, że są spokojne. Nie biegną, ani też nie maszerują na sposób wojskowy, ra­czej idą wolnym krokiem. Nie ma wątpliwości, że widzą, co dzieje się wo­kół. Zauważają zmiany pór roku, opadanie liści, pojawianie się pączków na drzewach. Dostrzegają zmiany w środowisku. Po drodze spotykają lu­dzi, pozdrawiają znajomych.

Dzieci prawie zawsze są uważniejsze, kiedy są same, bez opieki doro­słych. W obecności dorosłego, który za nie odpowiada, automatycznie czują się zwolnione z obowiązku bycia uważnym. Niestety, nie możemy polegać na ich zdolności do przełączania uwagi w sytuacji zagrożenia, która wymaga, żeby same o sobie pomyślały. Dlatego tej umiejętności trzeba ich nauczyć, jak każdej innej, poprzez regularne ćwiczenie.

Psychoterapeutka dziecięca, Susan Kegerreis, opisuje, dlaczego do­świadczenie dziecka, które jest odpowiedzialne za samodzielne dotar­cie do szkoły, jest tak ważne dla jego umysłowego i emocjonalnego rozwoju:

 To, co nazywamy zdrowiem psychicznym, w dużym stopniu do­tyczy procesu przetwarzania własnych doświadczeń lub, mówiąc nieco inaczej, tego, jak włączamy do naszego psychicznego wyposażenia to, co się nam przydarza, a po przyswojeniu tkwi w nas i wpływa na sposób ra­dzenia sobie z kolejnym doświadczeniem. Możliwość bycia samemu stwarza warunki do ćwiczenia, do sprawdzania siebie, do pracy nad in­ternalizacją oddziaływań.

Kegerreis pokazała, jak w ciągu jednego dnia dziecko, które samo wędruje do szkoły, może wykorzystać wiele doświadczeń, bowiem ma wówczas możliwość:

•        Rozwiązania własnego konfliktu wewnętrznego, dotyczącego cho­dzenia do szkoły.

•        Przygotowania ubioru dla siebie oraz szkolnego ekwipunku i pilno­wania go w czasie drogi.

•        Podróżowania we własnym tempie, przystawania i przyglądania się rzeczom, które działają na jego wyobraźnię i korzystania z szansy fantazjowania na ten temat.

•        Słuchania swojego wewnętrznego rodzicielskiego głosu mówiącego, jak się zachować na skrzyżowaniu lub kiedy pojawia się pokusa, że­by za pieniądze przeznaczone na szkolny posiłek kupić słodycze.

•        Wchodzenia w relacje z innymi dziećmi bez nadzoru dorosłych, na trasie między domem a szkołą.

•        Uczenia się reagowania w sytuacjach kłopotliwych, sprowokowa­nych przez dorosłych.

Belinda, rozwiedziona matka trzech nastoletnich chłopców, opo­wiedziała mi o dwóch przypadkach, kiedy to rutynowa, samodzielna wyprawa chłopców, wskutek zaistnienia pewnych okoliczności, nie od­była się zgodnie z planem i dzieci musiały posłużyć się własną inicjaty­wą, żeby bezpiecznie wrócić do domu. Matka odwoziła synów – jede­nastoletniego, dziesięcioletniego i ośmiolatka – na stację, skąd jechali cztery przystanki kolejką podmiejską do prywatnej szkoły. Po połu­dniu spotykała się z chłopcami również na stacji. Dzieci podróżowały same i szybko nauczył}' się, co robić w razie niebezpieczeństwa. Pew­nego popołudnia po przybyciu na stację okazało się, że pociągi zosta­ły odwołane. Najstarszy natychmiast objął dowództwo, zaprowadził młodszych braci z powrotem do szkoły (a było to ciemne jesienne po­południe) i zadzwonił do matki.

Cztery lata później Josh, średni z braci, obecnie czternastolatek, zo­stał zaproszony na przyjęcie w centrum West Endu (dzielnica Londy­nu). W tym rejonie, zwłaszcza późnym wieczorem, można być narażo­nym na zaczepki homoseksualistów. Dlatego chłopak miał przykazane wyjść na tyle wcześnie, żeby zdążyć na ostatnie metro. Tymczasem Josh zachował się znacznie przezorniej. Poszedł na stację metra, ale ponieważ nie spodobało mu się to, co tam zobaczył, wrócił szybko na przyjęcie, dogadał się z dwoma innymi chłopcami, i wzięli taksówkę. Postąpił więc bardzo rozsądnie.

Wtedy, kiedy miało miejsce pierwsze nieprzewidziane wydarzenie, Josh dopiero uczył się, początkowo pod okiem starszego brata, a po­tem samodzielnie, prawidłowo odczytywać to, co dzieje się na ulicy, rozpoznawać sytuacje niebezpieczne i jak umieć ich unikać. Nauczył się, że jeśli wypadnie mu czekać na kogoś nie wiadomo jak długo, trze­ba szybko opuścić rejon niebezpieczny i przenieść się w miejsce bez­pieczne. Szkoła na pewno była lepszym schronieniem, niż opustoszała stacja kolejowa. W drugim przypadku Josh potrafił te i inne informa­cje przetworzyć bez wahania na działanie.

Dwunastoletni syn Lydii, po wizycie u przyjaciela, często wraca sam do domu. Ma do wyboru dwie trasy, krótszą, po ciemku przez kładkę nad torami kolejowymi albo dłuższą, po dobrze oświetlonej głównej drodze. Kiedyś, podchodząc do kładki, spostrzegł na niej niebudzącą zaufania postać. Natychmiast zawrócił i poszedł główną ulicą. Lydia mówi, że jej dzieci są rozsądne i jeśli czują się pewnie na danym tere­nie, nie robią głupstw.

Nastolatki chcą chodzić na przyjęcia, bywać w centralnych punktach miasta, żeby przekonać samych siebie o swojej niezależności i dorosłości. To prawdopodobnie się nie zmieni, kiedy twoje obecnie pięcioletnie dziecko będzie miało trzynaście lat. Dlatego już teraz za­akceptuj fakt, że ono również zechce zasmakować swobody.

Możesz uczyć dziecko radzenia sobie z tego rodzaju sytuacjami, stosując dość powszechną metodę reagowania na bieżąco. Czekasz i nie podejmujesz żadnych działań, aż do czasu, gdy dziecko ci oznaj­mi, że jest zaproszone na jakąś młodzieżową eskapadę, która, jak przypuszczasz, łączy się z zachowaniami zbyt ryzykownymi dla twoje­go „ukochanego malucha". A więc zgodnie z tą metodą, ty, rodzic „ukochanego malucha", próbujesz przeprowadzić z nim rozmowę na temat seksu, przyjaciół, gwałcicieli, narkotyków, alkoholu i palenia na krótko przed jego wyjściem. Oczywiście nie da się dziecku powiedzieć tego, co powinno wiedzieć „w jednej dawce", więc twoje słowa wpad­ną jednym uchem, a wypadną drugim. Nie ma mowy, żeby przekazy­wane informacje zostały włączone do jego doświadczenia bycia bez­piecznym, kiedy jest sam poza domem, w sposób systematyczny i zaplanowany. Jest więc kwestią przypadku, czy dziecku uda się prze­trwać bez obrażeń przyjęcie, koncert muzyki pop albo wieczorną im­prezę łyżwiarską.

Jak następowały zmiany

Z długoletnich badań prowadzonych przez Instytut Badań Spo­łecznych (Policy Studies Institute) wynika, że w 1990 roku cztery ra-
13. Jak być.., zy więcej dzieci w wieku od lat siedmiu do jedenastu było podwożo­nych samochodem do szkoły niż w roku 1971 i liczba ta, co chyba ni­kogo nie zaskakuje, stale rośnie. Trzy czwarte dzieci w tym przedzia­le wiekowym mogło samodzielnie przechodzić przez ulicę w roku 1971, zaś dwadzieścia lat później pozwalano na to tylko połowie. Jed­nemu dziecku na dwoje wolno było podróżować autobusem bez opie­ki w roku 1971, obecnie mniej niż jednemu na siedmioro dany jest ten przywilej.

Moim zdaniem najsmutniejszym aspektem tych przemian jest zmia­na podejścia do użytkowania roweru. Pierwszy rower ma dla nas war­tość szczególną, ma w sobie coś specjalnego. Być może tajemnica tkwi w samej konstrukcji roweru – żeby koła mogły się kręcić, a hamulce skutecznie hamować, muszą być identyczne, jak te używane w pojaz­dach dla dorosłych. Rower dziecięcy jest więc pierwszą własną rzeczą, która bezdyskusyjnie nie jest zabawką, nie jest niezgrabną podróbką prawdziwego urządzenia. W istocie to połączenie chromu i stali, szyb­kich kół i swobody daje niezapomniane wrażenia.

W 1971 roku tylko dwie trzecie dzieci posiadało własny rower, ale z tej grupy aż dwóm trzecim wolno było jeździć po ulicach. Oznacza to, że więcej niż czworo dzieci z dziesięciu, ze szkół podstawowych (ju­nior school), a prawdopodobnie większość tych w wieku lat dziesięciu lub starszych, posiadało samodzielny środek transportu tak samo do­bry jak pojazd dla dorosłych i miało przyzwolenie rodziców na korzy­stanie z niego w sposób mniej więcej tak swobodny, jak dorośli.

Dwadzieścia lat później sytuacja uległa dramatycznej zmianie. Obecnie prawie wszystkie dzieci posiadają własne rowery – dziewię­cioro z dziesięciu w 1990 roku i dzisiaj pewnie jeszcze więcej. Ale tyl­ko czwarta część posiadaczy rowerów w 1990 mogła jeździć po dro­gach i były to dzieci najstarsze w tej grupie wiekowej lub mieszkające w wyjątkowo bezpiecznych miejscach, w których ruch drogowy jest niewielki. Możemy się również domyślać, że rodzice nałożyli znaczne ograniczenia dotyczące odległości od domu.

Liczba dzieci, którym wolno cieszyć się swobodą i samodzielnie po­dróżować po drogach, przez niespełna dwadzieścia łat zmalała o poło­wę. W tym samym czasie o połowę wzrosła liczba dzieci, którym rodzi­ce w prezencie urodzinowym podarowali wspaniałe maszyny, jakie mogłyby dać im poczucie wolności. Większość dzieci, około 70 procent, posiada drogie rowery, na których nie wolno im jeździć po prawdzi­wych drogach, mogą z nich korzystać tylko w parkach, na przygotowa­nych torach. Są więźniami trzymanymi w złotych klatkach dzieciństwa, jak wielobarwne ptaki, którym przycięto skrzydła.

Olbrzymi wózek

Nic tak nie ograniczyło swobody dzieci, nie uzależniło ich życia od rodziców, jak wynalezienie samochodu. Oczywiście rodzic, który po­święca mnóstwo czasu każdego tygodnia na podwożenie dzieci na ba­sen, tor łyżwiarski i do domów przyjaciół, nie patrzy w ten sposób. Dla niego najważniejsza jest zasada: „Dziecko na pierwszym miejscu!".

Jest to z gruntu fałszywe rozumowanie, wielkie kłamstwo, wmawia­ne sobie przez rodziców, żeby uzasadnić wybrany przez siebie sposób życia, który przyjęli nie zastanowiwszy się, jaki ma wpływ na ich dzieci.

Spójrz prawdzie w oczy: Nie dajesz dzieciom swobody w prawdziwym znaczeniu tego słowa, ponieważ to ty decydujesz, dokąd pójdą i kiedy wyjdą. Ty decydujesz, na jak długo i w jaki sposób tam się dostaną (oczy­wiście samochodem). Ty decydujesz, o której wrócą do domu. Dziecko może być całkiem zadowolone z twoich wyborów, może też naciskać na ciebie, żebyś go zabrała tu czy tam. Niemniej decyzja należy do ciebie. W istocie twoje dziecko ma tyle samo władzy nad swoimi ruchami, ile miało wtedy, gdy było przypięte do spacerówki i gdy musiało wołać i po­piskiwać, żebyś podniosła z podłogi zabawkę, która mu upadła.

Samochód jest takim olbrzymim wózkiem, na całe godziny dziennie redukuje dzieci do stanu całkowicie uzależnionego niemowlaka, za­bezpieczonego pasami bezpieczeństwa, który do rączek zamiast grze­chotek dostaje gry komputerowe i osobisty odtwarzacz stereo. Dzieci są uwięzione w swoich domach. Znakiem rozpoznawczym naszych czasów jest brak dzieci bawiących się na ulicach. Jest to spowodowane głównie natężeniem ruchu kołowego. Uprzednio ciche uliczki osiedlo­we zamieniły się w zatłoczone szosy przelotowe. Wiejskie drogi, które w czasach, gdy my byliśmy dziećmi, widziały może jeden samochód na kwadrans, zamieniły się w ruchliwe arterie, po których nieprzerwanym strumieniem pędzą pojazdy. Dla większości dzieci zabawa na ulicach stała się niemożliwa.
Rodzice sami przed sobą z zawstydzeniem przyznają, że ich lęki do­tyczące chuligańskich wybryków w stosunku do ich dzieci są prawdo­podobnie nieuzasadnione, niemniej przy nich trwają. Uwierzcie mi lub nie, liczba przestępstw dokonanych na dzieciach poza ich własnym domem, liczona na głowę, jest taka sama jak w innych okresach, a jed­nak owładnięci jesteśmy obsesją na punkcie zagrożenia dzieci. Chło­niemy wszelkie informacje podawane przez media na temat potwor­nych morderstw dokonanych na dzieciach.
Wolimy trzymać nasze pociechy w domach lub zezwalać na wyjście pod eskortą, niż wyposażać w środki, które miałyby je chronić. Dzieci zadbane, a raczej te, które społeczeństwo uważa za zadbane, rzadko kiedy mają okazję bawić się lub rozmawiać z rówieśnikami bez towa­rzystwa rodziców. Dzieci muszą być pod opieką dorosłych – takie napi­sy widnieją często na placach zabaw i malutkie napisy tej treści wszy­scy mamy w naszych głowach. Zawsze pod opieką, zawsze pod nadzorem. Prywatność jest niedozwolona.

Obecnie, w konsekwencji obumarcia zabaw na ulicy, dzieci raczej nie mają okazji do zabaw z dziećmi starszymi lub młodszymi od siebie o więcej niż dwa lata. Rodzice dobierają im małe grono odpowiednich przyjaciół w tym samym wieku. W związku z tym nie uczą się odpo­wiednich zachowań od starszych dzieci, nie mają możliwości samo­dzielnego dobierania sobie kręgu znajomych.
Nasz narodowy lęk (chodzi o Anglików) przed wypuszczeniem dziec­ka gdziekolwiek bez opieki powoduje, że dzieci rzadziej odwiedzają ta­kie miejsca publiczne, jak baseny czy biblioteki. Mają mniej doświadczeń związanych z życiem codziennym, które uczą odnoszenia się do doro­słych, np. codzienne zakupy. Bez względu na to, jak bardzo rodzice pra­gną wozić swoje dzieci, nie są w stanie zabierać je tak często, jak tego po­ciechy potrzebują, żeby móc poznawać realny świat, istniejący poza ekranem telewizora. Przypięte pasami w olbrzymich wózkach, rzadko kiedy mają szansę decydowania o sobie. Nic więc dziwnego, że się nudzą.

Trzy głosy

Głos pierwszy – Kim:


W dzieciństwie mieszkałam na prowincji. By­wało, że całe dnie spędzaliśmy na dworze. Zapominaliśmy o obiedzie, chodziliśmy łowić ryby w rzece, choć żadne z nas nie umiało pływać. Przełaziliśmy sami na drugi brzeg po balu, rozpalaliśmy ogniska i piekli­śmy bekon z jajami na końcu ogródka. Moim dzieciom nie wolno robić nic z tych rzeczy. Córka może co najwyżej biec kilka kroków przede mną w drodze do kościoła, znajdującego się nieopodal. To jest granica jej swo­body. Smutne, prawda?

Głos drugi – Ismene:

Martwiłabym się znacznie bardziej tym, że mój dwunastoletni chłopak sam wraca do domu ze szkoły w sąsiednim mia­steczku, gdybyśmy posiadali samochód. Znam rodziny z tej szkoły, które wożą synów absolutnie wszędzie i dlatego ich dzieci zupełnie nie mają wy­czucia na drodze. One nigdy nie musiały zdecydować, w którym momen­cie przejść na drugą stronę drogi, żeby było bezpiecznie.

Głos trzeci – Jessica:


Kiedy mieszkaliśmy w Niemczech, byliśmy pod wielkim wrażeniem niemieckich dzieci. Rodzice dają im dużo swobody, a jednocześnie bacznie się przyglądają, co one robią. Szkoły wspierają ro­dziców, którzy uważają, że dzieci mają prawo do samodzielności, że jest to całkiem normalne. To nam dało do myślenia, jak być może należy wy­chowywać dziecko. Niemieckie dzieci umieją sobie radzić nawet wów­czas, gdy znajdą się w kłopotach. Problemy nie przerażają je.

Wszystkie trzy kobiety mówią coś bardzo ważnego o czynniku w ży­ciu naszych dzieci, który – niestety zbyt późno sobie to uświadomiły – ma wielki wpływ na ich rozwój, na ich zdrowie psychiczne i fizyczne. Mówią o swobodzie, na którą zezwalają swoim dzieciom, uznając ją za bezpieczną – o wychodzeniu z domu, przechodzeniu przez drogę, sa­modzielnym docieraniu do celu pieszo, na rowerze lub publicznym transportem.

W tym rozdziale pragnę pokonać lęki i obawy trapiące wielu rodzi­ców, odwołując się do głosów tych, którzy starają się maksymalnie zwiększać swobodę dzieci, oczywiście przy zachowaniu odpowiednie­go poziomu bezpieczeństwa, ponieważ uważają, że jest to ze wszech miar pożyteczne.