Posiłki

Producenci żywności wiedzą bardzo dobrze, że teraz znacznie rza­dziej niż kiedyś rodziny zasiadają do wspólnych posiłków. Dlatego produkują wielką obfitość rozmaitych, łatwych do przygotowania dań i chcąc wzbudzić zainteresowanie klientów, reklamują swoje wyroby w programach telewizyjnych.

Wielka zatem część przemysłu spożywczego, i nie tylko, bierze udział w niszczeniu rodzinnego obyczaju wspólnego zasiadania do obiadu. A zwyczaj ten jest niezwykle ważnym doświadczeniem dla dzieci. Nawet sposób siadania wokół stołu ma tu znaczenie.
Łatwo jest naśmiewać się z klasycznego, rodzinnego obiadu, szy­dząc, że jest to relikt niemodnego już dzisiaj patriarchatu. Przy stole na honorowym miejscu zasiada ojciec, a mama w fartuszku obszytym koronką, z namaszczeniem podaje warzywa uśmiechniętej dziatwie, ubranej w czyste, wydziergane na drutach sweterki. Niemniej satyrycz­ny opis oddaje istotę rodzinnego posiłku. Przy obiadowym stole wszy­scy jesteśmy równi. Dzieci usadzone na tym samym poziomie co doro­śli zajmują pozycje bardziej partnerskie, niż podporządkowane. Jeśli są postawione w sytuacji, w której, jak sądzą, oczekuje się od nich doj­rzałego zachowania, jest duża szansa, że odpowiedzą na to wyzwanie. Nie ma znaczenia, kto ugotował posiłek, mama czy ktoś inny. Wspól­ne jedzenie to klasyczny sposób na stworzenie dzieciom warunków do dorastania.

Zdarza się, że dzieci rozpoczynające naukę w szkole nie potrafią posługiwać się nożem i widelcem, ponieważ wcześniej jadły po pro­stu palcami. Do tej grupy należał mój syn. Być może dlatego, że do przedszkola zabierał gotowe kanapki, a wieczorem po całym dniu poza domem był tak zmęczony, że dla ułatwienia kroiłam mu wszystko. Namówienie go do jedzenia było już nie lada wysiłkiem. Natomiast w weekendy najpierw podawałam obiad jemu i córce, a gdy szli się bawić, my z mężem jedliśmy w spokoju. Oczywiście to był błąd. Syn powinien ćwiczyć samodzielne jedzenie, tak jak inne umiejętności. W wieku czterech i pół roku zupełnie nie radził sobie z nożem i widelcem, samodzielnie potrafił zjeść tylko kanapkę.

W rezultacie, gdy poszedł do szkoły, nie zjadał obiadów i wracał do domu głodny.

Wielu rodziców wspólne posiłki uważa za utrapienie, ponieważ dzieci dominują w rozmowach. Wobec tego dla spokoju, tak jak my praktykowaliśmy w naszym domu, karmią swoje pociechy osobno, czę­sto zanosząc im pełne talerze przed telewizor. Jak na ironię jest to re­zultat powojennego podejścia do dzieci. Wkrótce po tym, jak dorośli uznali, że dzieci należy słuchać – przed wojną dzieci miało być widać, ale nie słychać – rodzice zorientowali się, że oni też mają prawo do ci­chej rozmowy, niezakłócanej dziecięcym szczebiotem. Mówią więc dzieciom, żeby obejrzały sobie film na wideo. Filozofia, która w zamy­śle miała poprawić komunikację między dziećmi i rodzicami, dopro­wadziła do separacji tych dwóch grup.

Skuteczni rodzice nie wahają się poprosić dzieci, żeby były cicho, gdy rozmawiają dorośli. Rodzinne posiłki dają dzieciom nieocenioną możliwość przysłuchiwania się dyskusjom starszych i uczenia się trud­nej sztuki przerywania we właściwym momencie. Proces ten może być wyczerpujący, wymagający wielu powtórzeń, a czasami przygnębiają­cy, ale warto podjąć wysiłek. Twoim celem jest posiadanie w domu młodego, dojrzałego człowieka, który z dużą swadą i pewnością siebie włączy się do konwersacji dorosłych.
Bardzo trudno jest znaleźć rodzinę, która codziennie jada razem, trudno o taką, która jada wspólny posiłek raz w tygodniu. A szkoda! „Usiądźmy razem" w najbardziej skrótowej formie tłumaczy, dlaczego to takie ważne, żeby rodzina regularnie zbierała się przy posiłku. Kie­dy już zbierzecie się wokół stołu, masz rzadką okazję przyjrzeć się wszystkim osobom, popatrzeć na ich twarze, ubrania, na sposób, w ja­ki siedzą, i co najważniejsze, jak się do siebie odzywają.

Oczywiście będą konflikty, ale pamiętaj, że kłótnie to niewystarcza­jący powód, żeby zaprzestać siadania razem.
Mówi Ingrid, matka dwójki dzieci w wieku siedmiu i dziewięciu lat:

W weekendy staramy się siadać razem do obiadu. Niestety dużo się wte­dy kłócimy. Oboje z mężem dbamy o zachowanie manier przy jedzeniu, dzieci mają zjadać swoje porcje i nie kaprysić. Kłopot w tym, że inne za­sady obowiązują w szkołę. Tam największą wagę przywiązuje się do po­trzeb dziecka, co generalnie nie jest złe, ale w przypadku posiłków znaczy tyle, że dzieci wybierają to, co chcą, a potem często nie zjedzone zostawia­ją na talerzach. W domu domagam się, żeby wszystko zjadły, chociaż za­wsze gotowa jestem pójść na kompromis. Przeczytałam mnóstwo porad­ników o wychowaniu dzieci i wiem, że w każdym krytykują wojowanie o jedzenie. Zgadzam się, że jest w tym pewna doza logiki, ale z drugiej strony nie mogę pozwolić, żeby nic nie jadły w środku dnia. Później napy- chają się słodyczami, a o trzeciej po południu są głodne. Myślę, że trzeba wyznaczyć granice.

Dla Deborah, która, kiedy ją poznałam, miała dziesięcioro dzieci i była z jedenastym w ciąży, nakłanianie wszystkich, żeby jednocześnie siadali do olbrzymiego stołu w kuchni wielkiej jak stodoła, było ko­niecznością, a nie strategią wychowawczą. Dopóki nie mieliśmy tego stołu, jedliśmy na dwie zmiany. Teraz mogę zgromadzić wszystkich razem. Nie ma wątpliwości, że to dodatnio wpłynęło na dyscyplinę. Telewizor znajduje się blisko stołu, wiem, że nie jest to właściwe, ale przynajmniej dzieciaki chętniej siadają do posiłku. Jestem na nogach od szóstej rano, zajmuję się dziesiątką dzieci w wieku od sześciu miesięcy do dwunastu lat i powiem szczerze, że włączony telewizor naprawdę mi nie przeszkadza.

Miłość do dzieci wyrażamy między innymi poprzez jedzenie. Nic więc dziwnego, że odżywianie staje się przedmiotem wielu konfliktów. Rozmawiając z rodzicami, którzy pomogli mi stworzyć tę książkę, wie­lokrotnie przekonałam się, że nawet dla tych mądrych, dynamicznych i sprawiających wrażenie skutecznych, jedzenie było tematem drażli­wym. Przyznawali, że w tej dziedzinie ponieśli klęskę.

U Ingrid problem jedzenia stał się głównym powodem stresów, kie­dy dzieci miały odpowiednio po siedem i dziewięć lat. W ciągu tygo­dnia wspólne posiłki były wykluczone z uwagi na charakter pracy mę­ża. Natomiast niedzielne obiady, na skutek kombinacji rozmaitych czynników: nie najlepszych stosunków w małżeństwie, gwałtownego charakteru małżonka, trudności w szkole przeżywanych przez jedno z dzieci, dziecięcych kaprysów i problemów z właściwym zachowaniem się przy stole, były istnym piekłem na ziemi. Wreszcie Ingrid znalazła rozwiązanie. Zaczęła przygotowywać wspaniałe, tradycyjne angielskie podwieczorki dla całej rodziny. Po szybkim obiedzie, ona i dzieci wspólnie, w dobrych humorach pieką malutkie kruche bułeczki i cia­sta. Wszyscy lubią smakołyki podwieczorkowe. Jest czym uraczyć nie­zapowiedzianych gości, nie ma problemów dietetycznych. Podwieczo­rek nadaje się dla wegetarianina, ortodoksyjnego żyda i muzułmanina. Posiłek Ingrid podaje przy stole, wyłącza telewizor, żeby można było porozmawiać. Atmosfera jest mniej napięta, spokojniejsza, niż w cza­sie obiadu.

Podoba mi się bardzo podwieczorkowe rozwiązanie Ingrid, bowiem jest to nowoczesna odpowiedź rodzica na nowoczesny problem. W świecie dostępnych wyborów i mikrofalówek dobrze by było, żeby przetrwała idea wspólnych posiłków przygotowywanych przez rodzinę przy zachowaniu pewnego poziomu właściwych manier. Nie trzeba odrzucać obyczajów, lepiej je przystosowywać.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.