Nauczyciele i dyscyplina

Najczęściej wymieniane przez rodziców obawy dotyczące szkoły to te związane z dyscypliną lub jej brakiem. Rodzice chcą, żeby dzieci na­uczyły się siedzieć i słuchać, kiedy się do nich mówi. Uważają, że jeśli w młodszych klasach będą się dobrze zachowywać, w starszych zaczną odnosić sukcesy w nauce. Dobre zachowanie nie gwarantuje osiągnięć w nauce, ale bez niego nie ma co marzyć o sukcesach w szkole. Szko­da, że niewielu nauczycieli przeszło przez szkolenie, jak kontrolować klasę. Próbują radzić sobie na bieżąco. Wbrew powszechnemu mnie­maniu szkolna dyscyplina nie zależy całkowicie od nauczycieli. Ty, ja­ko rodzic, masz wielki wpływ na atmosferę w klasie, ponieważ to ty uczysz dziecko szacunku dla nauczyciela. Oczywiście dzieci ze stabil­nych, pełnych rodzin z dobrego środowiska sprawiają znacznie mniej problemów niż te zaniedbane, z rodzin patologicznych. Niemniej nauczyciel nie zdyscyplinuje nawet tych „najłatwiejszych" dzieci, jeśli wychowano je w braku poszanowania dla nauczycieli. A zmiany kultu­rowe idą w tym kierunku. Breda Joyce, matka piątki dzieci, ostro za­reagowała, gdy jej nastoletni syn chwalił się tym, jak przy całej klasie poprawiał studenta matematyki, odbywającego w szkole praktykę.

 

Breda opowiada:

Przyjechaliśmy z Irlandii i odkryliśmy, że nasz syn Paul wyprzedza angielskie dzieci w matematyce o jakieś dwa, trzy lata. Był więc na lekcji takim „starym malutkim", co to wie wszystko. Kiedy naśmiewał się z młodego nauczy cięła, spytałam, co chce przez to osiągnąć i jakby on się czuł, gdyby znalazł się w podobnej sytuacji, a jakiś mądrala czyniłby uwagi wzbudzające ogólny śmiech. Powiedziałam, że od kogoś tak bystre­go i inteligentnego spodziewałam się czegoś innego, raczej wsparcia, niż wyśmiewania. Nie zgadzam się na wyszydzanie nauczycieli. Jeśli dziecko czuje się skrzywdzone, może o tym porozmawiać z rodzicami, ale nie wol­no mu drwić i obrażać nauczycieli.

Pogardliwy stosunek do nauczycieli nie jest tylko bolączką szkół państwowych. Marion, nauczycielka w prywatnej szkole, była zaszoko­wana, kiedy jej własna córka lekceważąco opowiadała o swojej nauczy­cielce, która powinna pamiętać jakiś szczególny fakt, bo przecież jej za to płacą.

Marion opowiada:

Powiedziałam jej, że nie wolno śmiać się z nauczy­cielki, nawet jeśli wie, że jest od niej inteligentniejsza. Córka i jej przyja­ciółki są bardzo uwrażliwione na punkcie swoich praw, praw dzieci itp. Jest to, przyznaję, dobre, ale widzę również związek takiej postawy z obser­wowanym przeze mnie w szkole zjawiskiem zacierania granic pomiędzy dorosłym a dzieckiem. Dużo dzieci przychodzących do szkoły nie ma wy­czucia, co jest właściwe w kontaktach z dorosłymi. Wydaje mi się, że one nie są świadome tego, że do osób sprawujących władzę trzeba odnosić się z respektem. Dwaj bracia, siedmio- i jedenastoletni, przyszli do szkoły, w której uczę. Zupełnie nie mają wyczucia. Odzywają się do nauczycieli tak, jakby byli ich kolegami. Po prostu nie dostrzegają różnicy między ma­mą, tatą, sąsiadem, a dyrektorem szkoły. Otwarcie również biorą przed­mioty należące do innych osób. Spotkanie z rodzicami tych chłopców by­ło jeszcze bardziej przerażające. Usiedli w gabinecie tyłem do dyrektora, a kiedy poprosiłam, żeby kupili synom podręczniki do francuskiego, które każdy uczeń powinien mieć, matka odpowiedziała, że nie dostaną książek za karę za zle zachowanie. Chłopcy niszczą wszystko, więc nie da im pod­ręczników do francuskiego. Musiałam wyjaśniać, że to jest kara dla mnie, a nie dla dzieci, bo dopóki nie mają książek, nie mogę ich uczyć.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.