Wyjazdy dzieci bez rodziców

Cynikowi może się wydawać, że kreatorami mody na kolonie czy obozy dla młodszych dzieci są bogaci rodzice, którzy chcą na trochę odetchnąć od swoich pociech. A przecież czasami dla wychuchanego malca to jedyna okazja, żeby doświadczyć w życiu czegoś innego, cze­goś, co wykracza poza doświadczenia z rodzinnego samochodu.

Opowiada Diana:

Moja najstarsza, dziesięcioletnia córka, która osią­ga dobre wyniki w sporcie, jest uzdolniona plastycznie i muzykalna, nie­stety ma bardzo zachwiane poczucie bezpieczeństwa i jest niepewna sie­bie. Przez cały czas stara się unikać spojrzeń innych. Nigdy nie bierze udziału w szkolnych przedstawieniach, argumentując „będą się na mnie gapić". Boi się obcych, nieznajomych dzieci. Boi się podłości, chociaż ni­gdy nie była w szkole obiektem szykan. Długo muszę ją namawiać, żeby chodziła na przyjęcia, które, jak sama potem przyznaje, bardzo się jej po­dobają. Szczególnie nie lubi wakacyjnych, kursów i zajęć, ale gdy miała osiem i pół roku sama błagała, żeby pozwolić jej na kurs jazdy konnej (zajęcia odbywały się w dzień, a wieczorem dzieci wracały do domu), na który zapisały ją koleżanki. Pierwszy dzień był dla niej straszny – została z tyłu za grupą, miała trudnego konia. Następnego dnia nie chciała iść na zajęcia, ale wymogłam to na niej. Co prawda z nerwów wymiotowała, ale gdy dotarłyśmy na miejsce i dosiadła konia, wyglądała na zadowoloną. Zostawiłam ją więc i odjechałam. Ledwo weszłam do domu, zadzwonił telefon. Otrzymałam wiadomość, że córka źle się czuje i wymiotuje. Zre­zygnowałyśmy z kursu, co przyjęła z olbrzymią ulgą. Rozmawiałam z nią o tym dużo, bardzo pomogła jej świadomość, że choć czasem zmuszam ją do czegoś, jestem wyrozumiała, gdy widzę, że naprawdę sobie nie radzi. Doświadczenie to było niewątpliwie porażką, a jednak spowodowało, że wzrosła jej wiara we własne siły. Następnego lata zapisałam córkę na ty­godniowe kursy malowania i gotowania. Jak poprzednio, pierwszego dnia była roztrzęsiona i źle się czuła. Potraktowałam ją ostro, powiedziałam, że wcale nie jest chora, że to wszystko z nerwów. Często w ten sposób rea­gujemy pod wpływem lęku czy niepokoju. Ale jak sobie z tym radzić? To trzeba wytrenować. Nie mogłam pozwolić, żeby się wycofała zupełnie bez walki. Udało się, spodobał się jej kurs, a pod koniec cieszyła się nawet, że poznała nowe dzieci.

Rodzicowi bardzo trudno zachować miarę pomiędzy zmuszaniem dziecka do brania udziaiu w zajęciach, których nienawidzi, a lekkim „popychaniem" do robienia czegoś, co przyniesie dużo radości. Przede wszystkim realizuj cele wieloetapowo. Na kilka lat wcześniej, zanim mało sprawne ruchowo dziecko wyślesz na dwa tygodnie gór­skiej wspinaczki lub szkolenie dla płetwonurków, zaproponuj mu mniej ambitne zajęcia sportowe. Jeśli twoja pociecha będzie prawdzi­wie zadowolona i wciągnie się w nie (podobnie jak córka Diany), w na­stępne wakacje możesz pomyśleć o czymś bardziej ekscytującym. Jed­nak przez cały czas dostarczaj jak najwięcej zachęt i wzmocnień.

' Dowiedz się bardzo dokładnie, najlepiej od rodziców, których dzie­ci były na podobnym obozie czy kolonii, co naprawdę jest potrzebne. Okropnie być jedyną osobą w grupie, która nie ma ważnej części ekwi­punku czy odpowiedniego ubrania. Dla nerwowych dzieci wyjazd na wakacje bez rodziny może być bardzo stresujący, i to zarówno z powo­du braku bliskich i trudności w nawiązywaniu kontaktów, jak i z powo­du poczucia fizycznego zagrożenia. Wyjazd z kolegą znacznie zmniej­sza lęk, ale nie wyeliminuje go całkowicie. Nie zapominaj, że twoje dziecko samo potrafi znaleźć przyjaciół, a kiedy to mu się uda, bardzo wzrośnie jego pewność siebie i poczucie własnej wartości.

Rita wysłała swoją najstarszą, siedmioletnią córkę na szkolny obóz do Walii, na którym dzieciom zakwaterowanym w lesie zapewniono je­dynie podstawowe wygody. Oto jej relacja:


Opowieści o obozie brzmia­ły przerażająco. Dzieci same przygotowywały jedzenie i korzystały z wyko­panych w ziemi latryn. Przez całe dwa tygodnie lało. Córka była wśród zupełnie obcych łudzi. Spośród dziewięćdziesięciu czterech uczestników znała tylko jedną dorosłą opiekunkę, moją znajomą. Mieszkała w na­miocie, przy ognisku popijała kakao na wodzie, jadła proste posiłki i czu­ła się tam wspaniale. Zawarła fantastyczne przyjaźnie. Oczywiście byli pozbawieni telewizji, wideo, stereo, książek, dosłownie wszystkiego. Nie mieli wyjścia, musieli się zaprzyjaźniać. Kiedy ją odbierałam, wyglądała na kompletnie wyczerpaną. Twarz miała opuchniętą, jej skóra przypomi­nała papier ścierny – okazało się, że to uczulenie na napój pomarańczo­wy, który tam piła – a mimo wszystko była radosna, promieniejąca szczę­ściem i pełna zachwytu. W tym roku pojedzie ze swoją młodszą siostrą.

Jeśli nigdy nie spędzałaś wakacji pod namiotem, spróbuj teraz, kie­dy dzieci są w wieku szkolnym. Mówi Nerys, matka czworga dzieci:
 Ży­cie na kempingu to dla dzieciaków wolność i swoboda. Im prymitywniej, tym lepiej. Wybraliśmy się po nowy namiot. Myślałam, że wybiorą okaza­ły, w stylu wiejskiej chaty, a tymczasem one wolały najskromniejszy, bo wy­glądał tak, jak powinien wyglądać namiot. Na biwaku koniecznie chciały gotować. Kiedy posiłki przygotowuje się na poziomie ziemi, gotowanie sta­je się dla dzieci dziesięć razy bardziej interesujące. W domu, w kuchni, wy­konujesz czynności na wysokości powyżej talii, odwrócona plecami do dzieci, więc one nigdy nie widzą, co rzeczywiście robisz. Na kempingu ma­luchy mogą zmywać, ponieważ nie ma problemu, jeśli nachlapią. Nie mu­szą tego robić zbyt często. Takie wakacje są naprawdę świetne.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.