Dlaczego dzieci potrzebują swobody

Dlaczego tak się dzieje, że twoje dziecko ma mniej swobody poza domem, niż ty miałaś w jego wieku? Dziecko ma swobodę w innych sprawach: na przykład może sobie samo wybierać ubrania lub progra­my telewizyjne. Czy na pewno jest mu lepiej bez niebezpiecznych spa­cerów po ulicach, gdzie powietrze jest skażone lub po poboczach za­tłoczonych dróg, wzdłuż których nie ma chodników?

Nie, nie jest lepiej. Po pierwsze, pomyśl o ćwiczeniach fizycznych, których dziecku brakuje. Załóżmy, że przed laty, kiedy byłaś ośmiolet­nią dziewczynką, w drodze do szkoły przemierzałaś dwa i pół kilome­tra codziennie w jedną stronę. W skali tygodnia daje to dwadzieścia pięć kilometrów. Dzisiaj twój ośmiolatek ma do szkoły osiem kilome­trów, bo najbliższa miejscowa, twoim zdaniem, nie jest dla niego do­bra, albo po prostu nie istnieje, więc kierowca pokonuje codziennie rano i po południu po szesnaście kilometrów, czyli tygodniowo sto sześćdziesiąt. Jeździ, ale nie chodzi wcale.

Kiedy byłaś dzieckiem, dla ciebie i twoich rodziców dwu- trzykilo­metrowy spacer do szkoły i z powrotem był rzeczą normalną, a ty czu­łaś się po nim na tyle dobrze, by potem świetnie się bawić. Dzisiejsze dzieci pod koniec dnia są kompletnie wyczerpane, nie potrafią pano­wać nad emocjami. Mają objawy zmęczenia psychicznego, które szyb­ko ustępuje po porcji ćwiczeń fizycznych.
Kim bardzo niepokoi pełen napięć psychicznych tryb życia jej dziec­ka:

Te dzieci nie mają gdzie rozładować nagromadzonej agresji. Dlatego nie sprzeciwiam się hałaśliwym zabawom w domu. Układają kawałek gąbki na szczycie schodów i zjeżdżają po nim, jak na zjeżdżalni. Dopro­wadza to mojego partnera do szału, ale mnie ten hałas nie przeszkadza. Staram się też codziennie zabierać ich do parku, niestety możliwości za­bawy w londyńskim parku są niewielkie.

Tobie prawdopodobnie kazano wychodzić na dwór i tam się bawić, kiedy byłaś jeszcze całkiem mała. W szkole zajęcia sportowe też pewnie były obowiązkowe i szczególnie tym pozbawionym sportowego ducha wydawały się nie mieć końca. Twoje dziecko spędza większość czasu w domu na siedząco, przy odrabianiu lekcji lub grach komputerowych, a w szkole ma zajęcia sportowe ograniczone do jednej tygodniowo sesji ćwiczeń (dotyczy realiów angielskich), i to w dodatku bez elementu ry­walizacji, w porównaniu więc z tobą, ma ćwiczeń znacznie mniej. Ty zaś, nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy, zyskałaś bardzo na lekcjach sportowych. Wygląda na to, że trzydzieści lat temu dzieci miały około dziesięciu razy więcej ćwiczeń fizycznych, niż obecnie.

Skala zmian, które zaszły w życiu dzieci na przestrzeni trzydziestu lat, jest szokująca. Przecież my nie porównujemy zdrowych dzieciaków z leniami spędzającymi całe dnie przed telewizorem, nie analizujemy, jak się ma do rzeczywistości wyidealizowana wizja reżysera filmów reklamowych, w którego produkcjach przedwojenne dzieci tańczą w kółku, wyśpiewując popularne wierszyki, i zbierają opakowania po papierosach. My porównujemy normalne dzieciaki, łase na smakołyki, uwielbiające zabawy i programy telewizyjne z lat sześćdziesiątych i sie­demdziesiątych z ich rówieśnikami z lat dziewięćdziesiątych. Pomyśl o problemach zdrowotnych, które trapią nasze pokolenie, a które wy­raźnie można złożyć na karb braku ćwiczeń fizycznych – choroby ser­ca, bóle kręgosłupa związane ze słabością mięśni, otyłość – i wyobraź sobie, jak byśmy wyglądali, gdyby w dzieciństwie ograniczono nam ruch prawie o 90 procent. Ten koszmarny obraz to nie fantazja, to przyszłość naszych dzieci, dzieci z olbrzymich wózków.

Oczywiście, nie każde dziecko może chodzić pieszo do szkoły, nie zaleca się również, żeby najmłodsi uczniowie chodzili sami. Jest jednak tak, że z chwilą kiedy rodzice zdecydują o konieczności odprowadzania własnych pociech, gdziekolwiek one idą, dzieci stają się coraz bardziej zależne od rodzinnego samochodu. Najpierw coraz częściej podwożą dziecko do szkoły, a gdy już zaakceptują samochód jako sposób docie­rania do szkoły, przy wyborze miejsca nauki nie biorą pod uwagę, czy dziecko może dotrzeć tam samo, bo przecież mogą je podwieźć. Wybie­rają więc często szkołę, do której trzeba je wozić i w ten sposób ono co­raz bardziej zapłątuje się w sieć zależności od samochodu.

Lydia, matka czterolatka, mówi:


Dzieci, które dużo spacerują, pew­niej czują się w swojej okolicy, poznają też elementarne zasady radzenia sobie na ulicy. Czują się pewniej, ponieważ dobrze znają dzielnicę, w któ­rej mieszkają.

Olbrzymi wózek nie służy tylko do przemieszczania, ale także po­dejmuje za dzieci decyzje. Izoluje je od ulicy, przenosi w inne miejsce, nim zdążą cokolwiek zobaczyć czy zapamiętać. Dzieci nie uczą się roz­poznawać niebezpieczeństw, które czyhają na nie na ulicy, a przecież tego trzeba się uczyć tak samo jak czytania. Wiele z nich nigdy nie opa­nuje tej sztuki. A przecież muszą sobie radzić z nieprzyjaznym środo­wiskiem na ulicach, żeby w przyszłości mogły skutecznie i bezpiecznie poruszać się po nich. Dopiero wtedy będziesz pewna, że zachowają się właściwie na drodze, jeśli wcześniej zdobędą w tym zakresie doświad­czenie. Nie wszystkie z tych doświadczeń są nieprzyjemne.

Ismene, której poglądy cytowałam na początku rozdziału, i jej mąż Ralph nigdy nie mieli samochodu. Trójka ich młodszych dzieci – dzie- sięcio-, ośmio- i pięcioletnie – cztery razy dziennie pokonuje pieszo drogę do szkoły i z powrotem. Przychodzą do domu na obiad i wraca­ją do szkoły na popołudniowe lekcje.

Choć do szkoły idzie się tylko pięć minut przez osiedle, a po drodze jest tylko jedna uliczka, w dodatku z zainstalowanymi spowolniaczami ruchu, ludzie dziwią się, że Ismene pozwala dzieciom chodzić bez opieki.
Ismene opowiada:

Jeżdżę po zakupy rowerem i czasem w drodze po­wrotnej one idą przede mną. Mogę wtedy patrzeć, jak się zachowują na drodze, kiedy nie zdają sobie sprawy, że są obserwowane. Wydaje mi się, że są spokojne. Nie biegną, ani też nie maszerują na sposób wojskowy, ra­czej idą wolnym krokiem. Nie ma wątpliwości, że widzą, co dzieje się wo­kół. Zauważają zmiany pór roku, opadanie liści, pojawianie się pączków na drzewach. Dostrzegają zmiany w środowisku. Po drodze spotykają lu­dzi, pozdrawiają znajomych.

Dzieci prawie zawsze są uważniejsze, kiedy są same, bez opieki doro­słych. W obecności dorosłego, który za nie odpowiada, automatycznie czują się zwolnione z obowiązku bycia uważnym. Niestety, nie możemy polegać na ich zdolności do przełączania uwagi w sytuacji zagrożenia, która wymaga, żeby same o sobie pomyślały. Dlatego tej umiejętności trzeba ich nauczyć, jak każdej innej, poprzez regularne ćwiczenie.

Psychoterapeutka dziecięca, Susan Kegerreis, opisuje, dlaczego do­świadczenie dziecka, które jest odpowiedzialne za samodzielne dotar­cie do szkoły, jest tak ważne dla jego umysłowego i emocjonalnego rozwoju:

 To, co nazywamy zdrowiem psychicznym, w dużym stopniu do­tyczy procesu przetwarzania własnych doświadczeń lub, mówiąc nieco inaczej, tego, jak włączamy do naszego psychicznego wyposażenia to, co się nam przydarza, a po przyswojeniu tkwi w nas i wpływa na sposób ra­dzenia sobie z kolejnym doświadczeniem. Możliwość bycia samemu stwarza warunki do ćwiczenia, do sprawdzania siebie, do pracy nad in­ternalizacją oddziaływań.

Kegerreis pokazała, jak w ciągu jednego dnia dziecko, które samo wędruje do szkoły, może wykorzystać wiele doświadczeń, bowiem ma wówczas możliwość:

•        Rozwiązania własnego konfliktu wewnętrznego, dotyczącego cho­dzenia do szkoły.

•        Przygotowania ubioru dla siebie oraz szkolnego ekwipunku i pilno­wania go w czasie drogi.

•        Podróżowania we własnym tempie, przystawania i przyglądania się rzeczom, które działają na jego wyobraźnię i korzystania z szansy fantazjowania na ten temat.

•        Słuchania swojego wewnętrznego rodzicielskiego głosu mówiącego, jak się zachować na skrzyżowaniu lub kiedy pojawia się pokusa, że­by za pieniądze przeznaczone na szkolny posiłek kupić słodycze.

•        Wchodzenia w relacje z innymi dziećmi bez nadzoru dorosłych, na trasie między domem a szkołą.

•        Uczenia się reagowania w sytuacjach kłopotliwych, sprowokowa­nych przez dorosłych.

Belinda, rozwiedziona matka trzech nastoletnich chłopców, opo­wiedziała mi o dwóch przypadkach, kiedy to rutynowa, samodzielna wyprawa chłopców, wskutek zaistnienia pewnych okoliczności, nie od­była się zgodnie z planem i dzieci musiały posłużyć się własną inicjaty­wą, żeby bezpiecznie wrócić do domu. Matka odwoziła synów – jede­nastoletniego, dziesięcioletniego i ośmiolatka – na stację, skąd jechali cztery przystanki kolejką podmiejską do prywatnej szkoły. Po połu­dniu spotykała się z chłopcami również na stacji. Dzieci podróżowały same i szybko nauczył}' się, co robić w razie niebezpieczeństwa. Pew­nego popołudnia po przybyciu na stację okazało się, że pociągi zosta­ły odwołane. Najstarszy natychmiast objął dowództwo, zaprowadził młodszych braci z powrotem do szkoły (a było to ciemne jesienne po­południe) i zadzwonił do matki.

Cztery lata później Josh, średni z braci, obecnie czternastolatek, zo­stał zaproszony na przyjęcie w centrum West Endu (dzielnica Londy­nu). W tym rejonie, zwłaszcza późnym wieczorem, można być narażo­nym na zaczepki homoseksualistów. Dlatego chłopak miał przykazane wyjść na tyle wcześnie, żeby zdążyć na ostatnie metro. Tymczasem Josh zachował się znacznie przezorniej. Poszedł na stację metra, ale ponieważ nie spodobało mu się to, co tam zobaczył, wrócił szybko na przyjęcie, dogadał się z dwoma innymi chłopcami, i wzięli taksówkę. Postąpił więc bardzo rozsądnie.

Wtedy, kiedy miało miejsce pierwsze nieprzewidziane wydarzenie, Josh dopiero uczył się, początkowo pod okiem starszego brata, a po­tem samodzielnie, prawidłowo odczytywać to, co dzieje się na ulicy, rozpoznawać sytuacje niebezpieczne i jak umieć ich unikać. Nauczył się, że jeśli wypadnie mu czekać na kogoś nie wiadomo jak długo, trze­ba szybko opuścić rejon niebezpieczny i przenieść się w miejsce bez­pieczne. Szkoła na pewno była lepszym schronieniem, niż opustoszała stacja kolejowa. W drugim przypadku Josh potrafił te i inne informa­cje przetworzyć bez wahania na działanie.

Dwunastoletni syn Lydii, po wizycie u przyjaciela, często wraca sam do domu. Ma do wyboru dwie trasy, krótszą, po ciemku przez kładkę nad torami kolejowymi albo dłuższą, po dobrze oświetlonej głównej drodze. Kiedyś, podchodząc do kładki, spostrzegł na niej niebudzącą zaufania postać. Natychmiast zawrócił i poszedł główną ulicą. Lydia mówi, że jej dzieci są rozsądne i jeśli czują się pewnie na danym tere­nie, nie robią głupstw.

Nastolatki chcą chodzić na przyjęcia, bywać w centralnych punktach miasta, żeby przekonać samych siebie o swojej niezależności i dorosłości. To prawdopodobnie się nie zmieni, kiedy twoje obecnie pięcioletnie dziecko będzie miało trzynaście lat. Dlatego już teraz za­akceptuj fakt, że ono również zechce zasmakować swobody.

Możesz uczyć dziecko radzenia sobie z tego rodzaju sytuacjami, stosując dość powszechną metodę reagowania na bieżąco. Czekasz i nie podejmujesz żadnych działań, aż do czasu, gdy dziecko ci oznaj­mi, że jest zaproszone na jakąś młodzieżową eskapadę, która, jak przypuszczasz, łączy się z zachowaniami zbyt ryzykownymi dla twoje­go „ukochanego malucha". A więc zgodnie z tą metodą, ty, rodzic „ukochanego malucha", próbujesz przeprowadzić z nim rozmowę na temat seksu, przyjaciół, gwałcicieli, narkotyków, alkoholu i palenia na krótko przed jego wyjściem. Oczywiście nie da się dziecku powiedzieć tego, co powinno wiedzieć „w jednej dawce", więc twoje słowa wpad­ną jednym uchem, a wypadną drugim. Nie ma mowy, żeby przekazy­wane informacje zostały włączone do jego doświadczenia bycia bez­piecznym, kiedy jest sam poza domem, w sposób systematyczny i zaplanowany. Jest więc kwestią przypadku, czy dziecku uda się prze­trwać bez obrażeń przyjęcie, koncert muzyki pop albo wieczorną im­prezę łyżwiarską.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.