Olbrzymi wózek

Nic tak nie ograniczyło swobody dzieci, nie uzależniło ich życia od rodziców, jak wynalezienie samochodu. Oczywiście rodzic, który po­święca mnóstwo czasu każdego tygodnia na podwożenie dzieci na ba­sen, tor łyżwiarski i do domów przyjaciół, nie patrzy w ten sposób. Dla niego najważniejsza jest zasada: „Dziecko na pierwszym miejscu!".

Jest to z gruntu fałszywe rozumowanie, wielkie kłamstwo, wmawia­ne sobie przez rodziców, żeby uzasadnić wybrany przez siebie sposób życia, który przyjęli nie zastanowiwszy się, jaki ma wpływ na ich dzieci.

Spójrz prawdzie w oczy: Nie dajesz dzieciom swobody w prawdziwym znaczeniu tego słowa, ponieważ to ty decydujesz, dokąd pójdą i kiedy wyjdą. Ty decydujesz, na jak długo i w jaki sposób tam się dostaną (oczy­wiście samochodem). Ty decydujesz, o której wrócą do domu. Dziecko może być całkiem zadowolone z twoich wyborów, może też naciskać na ciebie, żebyś go zabrała tu czy tam. Niemniej decyzja należy do ciebie. W istocie twoje dziecko ma tyle samo władzy nad swoimi ruchami, ile miało wtedy, gdy było przypięte do spacerówki i gdy musiało wołać i po­piskiwać, żebyś podniosła z podłogi zabawkę, która mu upadła.

Samochód jest takim olbrzymim wózkiem, na całe godziny dziennie redukuje dzieci do stanu całkowicie uzależnionego niemowlaka, za­bezpieczonego pasami bezpieczeństwa, który do rączek zamiast grze­chotek dostaje gry komputerowe i osobisty odtwarzacz stereo. Dzieci są uwięzione w swoich domach. Znakiem rozpoznawczym naszych czasów jest brak dzieci bawiących się na ulicach. Jest to spowodowane głównie natężeniem ruchu kołowego. Uprzednio ciche uliczki osiedlo­we zamieniły się w zatłoczone szosy przelotowe. Wiejskie drogi, które w czasach, gdy my byliśmy dziećmi, widziały może jeden samochód na kwadrans, zamieniły się w ruchliwe arterie, po których nieprzerwanym strumieniem pędzą pojazdy. Dla większości dzieci zabawa na ulicach stała się niemożliwa.
Rodzice sami przed sobą z zawstydzeniem przyznają, że ich lęki do­tyczące chuligańskich wybryków w stosunku do ich dzieci są prawdo­podobnie nieuzasadnione, niemniej przy nich trwają. Uwierzcie mi lub nie, liczba przestępstw dokonanych na dzieciach poza ich własnym domem, liczona na głowę, jest taka sama jak w innych okresach, a jed­nak owładnięci jesteśmy obsesją na punkcie zagrożenia dzieci. Chło­niemy wszelkie informacje podawane przez media na temat potwor­nych morderstw dokonanych na dzieciach.
Wolimy trzymać nasze pociechy w domach lub zezwalać na wyjście pod eskortą, niż wyposażać w środki, które miałyby je chronić. Dzieci zadbane, a raczej te, które społeczeństwo uważa za zadbane, rzadko kiedy mają okazję bawić się lub rozmawiać z rówieśnikami bez towa­rzystwa rodziców. Dzieci muszą być pod opieką dorosłych – takie napi­sy widnieją często na placach zabaw i malutkie napisy tej treści wszy­scy mamy w naszych głowach. Zawsze pod opieką, zawsze pod nadzorem. Prywatność jest niedozwolona.

Obecnie, w konsekwencji obumarcia zabaw na ulicy, dzieci raczej nie mają okazji do zabaw z dziećmi starszymi lub młodszymi od siebie o więcej niż dwa lata. Rodzice dobierają im małe grono odpowiednich przyjaciół w tym samym wieku. W związku z tym nie uczą się odpo­wiednich zachowań od starszych dzieci, nie mają możliwości samo­dzielnego dobierania sobie kręgu znajomych.
Nasz narodowy lęk (chodzi o Anglików) przed wypuszczeniem dziec­ka gdziekolwiek bez opieki powoduje, że dzieci rzadziej odwiedzają ta­kie miejsca publiczne, jak baseny czy biblioteki. Mają mniej doświadczeń związanych z życiem codziennym, które uczą odnoszenia się do doro­słych, np. codzienne zakupy. Bez względu na to, jak bardzo rodzice pra­gną wozić swoje dzieci, nie są w stanie zabierać je tak często, jak tego po­ciechy potrzebują, żeby móc poznawać realny świat, istniejący poza ekranem telewizora. Przypięte pasami w olbrzymich wózkach, rzadko kiedy mają szansę decydowania o sobie. Nic więc dziwnego, że się nudzą.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.